Przez następne czterdzieści osiem godzin stałam się jednością z moim łóżkiem.
Żadnych telefonów. Żadnego świata zewnętrznego. Tylko ja, sterta koców i miażdżący ciężar upokorzenia.
Ten policzek od Juliana nie był tylko ciosem w twarz. Pod wieloma względami był ciosem wymierzonym w całe moje życie – życie przesiąknięte desperacją, złudzeniami i żałosną tęsknotą. Zmusił mnie do przebudzenia. Zmusił do spojrzenia wstecz na wszystko, co kiedykolwiek zrobiłam, by mnie zauważył, na wszystko, co robiłam dla fantazji zwanej „nami”, która tak naprawdę nigdy nie istniała.
Boże, od czego w ogóle zacząć?
Jak wtedy, gdy mimochodem rzucił, że lubi dziewczyny z gładkimi, jedwabistymi włosami. Tamtej nocy zamówiłam trzy butelki szamponu, który kiedyś pochwalił. Na mojej skórze głowy wystąpiła pokrzywka. Uśmiechałam się przez ból i mówiłam: „W porządku – dla niektórych reakcji alergicznych warto pocierpieć”.
Albo gdy powiedział mi, że jest zbyt zajęty pracą, żeby wyjść na kolację, więc zarwałam noc, ucząc się piec, i przyniosłam mu pudełko wypieków w strugach deszczu. Nawet nie otworzył drzwi – po prostu kazał recepcjonistce przekazać mi: „Nie fatyguj się następnym razem. Nie lubię słodyczy”.
Była też ta noc na kolacji u jego przyjaciela. Zmuszałam się do jedzenia ostryg – mojego najbardziej znienawidzonego jedzenia – byle tylko wydawać się „pełną wdzięku i bezkonfliktową”. Spędziłam całą noc skulona nad toaletą, zwijając się z bólu do 3 nad ranem. Nie zapytał, czy nic mi nie jest. Zaśmiał się i powiedział: „Nie potrafisz znieść owoców morza? To po prostu przesada”.
Ale najgorsze?
Ten moment, kiedy zacytował kwestię z Ojca chrzestnego, która mu się podobała. Przez całą noc czytałam eseje filmowe, żeby potem mimochodem wpleść ten cytat na imprezie. Pomyliłam się. Poprawił mnie przy wszystkich, szydząc: „Nie udawaj, że lubisz rzeczy, których najwyraźniej nie rozumiesz”.
A ja się śmiałam. Śmiałam się i mówiłam: „Masz taką dobrą pamięć”.
Co za żart. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że nie byłam osobą, której pragnął.
Nigdy tak naprawdę mnie nie widział. Byłam dla niego niczym więcej niż tanią wersją „idealnej i nietykalnej” Vivienne. Tanim zastępstwem.
Nie byłam nią, ale mogłam zaoferować mu bladą iluzję ponownego jej posiadania. Tylko do tego się nadawałam.
Ukryłam twarz w poduszce i śmiałam się, aż cała drżałam. Nie dlatego, że to było zabawne – ale dlatego, że ból zaszedł zbyt głęboko, by dało się płakać.
Na szczęście, po tym jak moi rodzice dwa dni temu postawili mi ostateczne ultimatum, więcej się nie kontaktowali.
Niewielka część mnie zastanawiała się – czy Julian zainterweniował? Czy w końcu dotarło do niego, co zrobił?
Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi.
I nie przestawał dzwonić.
Przez pełne pięć minut.
Jęknęłam w poduszkę. O Boże. Interakcja społeczna.
Wlokąc swoje wyczerpane ciało do drzwi, otworzyłam je.
Victoria Kensington – moja najlepsza przyjaciółka i jedyna osoba, która miała pełne prawo na mnie krzyczeć – stała po drugiej stronie z rękami na biodrach. Następnie jej wzrok spoczął na mojej twarzy.
Jej wyraz twarzy zamarł. Światło w jej oczach zgasło. – Co ci się, do cholery, stało?
– Nic mi nie jest – powiedziałam, starając się brzmieć swobodnie. Nie kupiła tego.
Wyciągnęła rękę, delikatnie zakładając kosmyk moich włosów za ucho. Jej szczęka się zacisnęła.
A potem – cisza.
Nie ta niezręczna. Ta niebezpieczna. Taka, która zapada tuż przed wybuchem.
– Kto cię uderzył?
– Wejdź do środka – mruknęłam szybko, próbując nie przyciągać uwagi sąsiadów. To byłoby upokarzające.
Victoria nie drgnęła. Zacisnęła dłoń na moim ramieniu i powiedziała przez zaciśnięte zęby: – Sera. Kto. Cię. Uderzył?
Gdy tylko zamek w drzwiach kliknął, osunęłam się w jej ramiona. Moja twarz utonęła w jej swetrze i w ciągu kilku sekund materiał był przemoczony.
Nie cofnęła się. Po prostu mnie trzymała, gładząc mnie po plecach spokojnymi, kojącymi ruchami.
Nie wiedziałam, jak długo płakałam. Wystarczająco długo, by gardło zaczęło mnie piec, a nos zrobił się jaskrawoczerwony jak u renifera Rudolfa. W końcu udało mi się z siebie wydusić jedno słowo.
– Julian.
Victoria znieruchomiała.
Wszyscy w Sky City znali to nazwisko. Julian Thorne nie był typem mężczyzny, który musiał używać pięści, by kogoś zniszczyć. Jeden telefon do odpowiedniej osoby i twoje życie było skończone. Reputacja, pieniądze, status – miał to wszystko.
Każdy jego ruch był przemyślany, idealnie wymierzony w czasie – jak tykanie Rolexa. Kiedy decydował się iść na wojnę, był arystokratą traktującym okrucieństwo jak sztukę piękną, prawdopodobnie z kieliszkiem dojrzewającej szkockiej w dłoni.
Ludzie nazywali go aroganckim. Nikt nigdy nie nazwał go brutalnym.
Dlatego, gdy do Victorii dotarło to, co właśnie powiedziałam, niemal słyszałam, jak trybiki w jej mózgu krzyczą z protestu.
– Nie ma mowy – zamruczała pod nosem, jakby zaprzeczenie temu na głos mogło w jakiś sposób sprawić, że stanie się to nieprawdą. – Julian? Twój Julian? Nie mógł...
Rozumiałam to. Naprawdę. Julian miał być dżentelmenem. Złotym chłopcem. Nieskazitelnym, eleganckim, nietykalnym dobrym facetem.
– To był on – powiedziałam cicho.
Wypuściła głośno powietrze, po czym znów zaczęła masować moje plecy, tym razem wolniej. – Powiedz mi, co się stało.
Przełknęłam ślinę. – Byłam u niego. I, no wiesz... przypadkiem stłukłam kubek.
Całe jej ciało się spięło. – Tylko kubek?
Skinęłam głową.
Cisza. Potem zacisnęła szczękę i powiedziała: – Przysięgam na Boga, jeśli mi powiesz, że to była jakaś bezcenna, ręcznie robiona, jedyna w swoim rodzaju rodzinna pamiątka...
– To był kubek Vivienne.
Ręka Victorii zamarła w połowie ruchu.
Wszystko się zmieniło. W jednej sekundzie była moją zatroskaną najlepszą przyjaciółką. W następnej – kobietą planującą morderstwo.
Chwyciłam ją za nadgarstek, zanim zdążyła sięgnąć po coś gorszego. – To koniec między mną a Julianem.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Nawet gdyby ziemia pękła na pół, a Sky City zatonęłoby w oceanie, nie wyszłabym za niego.
To powstrzymało ją przed wyjściem w celu popełnienia morderstwa.
– Vivienne. Ta jadowita żmija – Victoria wypluła to imię, jakby fizycznie ją to zabolało. – Nawet jej tu nie ma, a wciąż udaje jej się rujnować ci życie! A twoi rodzice? Po prostu stoją i patrzą! Przysięgam, że mogliby patrzeć, jak podpala twój dom, i jeszcze podaliby jej zapałki. To jest niewiarygodne!
Poczułam się jak balon, który ktoś właśnie przebił – pozbawiona powietrza, wyczerpana. Ten aż nazbyt dobrze znany ból osiadł głęboko w mojej piersi. Wiedziałam, że niektórzy rodzice zawsze będą kochać swoje pierworodne dzieci bardziej. I nie mogłam z tym nic zrobić.
– Przepraszam, Sera.
Victoria usiadła obok mnie i mocno przyciągnęła moją głowę do swojego ramienia. Odsunęłam się i zdobyłam na słaby uśmiech. – Właściwie myślę, że to dobrze. Przynajmniej dowiedziałam się, jakim jest człowiekiem, zanim wzięliśmy ślub. Lepiej teraz niż po przysiędze, prawda?
Wypuściła z siebie długie westchnienie, a jej oczy złagodniały. – Sera, wiesz, że bez względu na wszystko, zawsze będę cię kryć.
Właśnie w tym momencie mój żołądek zaburczał na tyle głośno, by przerwać tę chwilę. Naprawdę głośno.
Niczym iluzjonista, Victoria sięgnęła za siebie i wyciągnęła torbę z jedzeniem na wynos, rzucając mi spojrzenie, które niemal krzyczało: Wiedziałam, że taka będziesz.
Chciałam ją przytulić, ale byłam zbyt zajęta jedzeniem jak wygłodniały mały goblin.
Po kolacji wepchnęła mnie do sypialni i poszła posprzątać. Leżałam na łóżku, wpatrując się w sufit, wyprana z sił i przytłoczona. Co teraz?
Przez wpółotwarte drzwi usłyszałam, jak rozmawia przez telefon. Nie wyłapałam każdego słowa, ale te, które usłyszałam... były kultowe.
– Kawał gówna.
– Totalny jebany psychol.
– Och, myślisz, że to było złe? Poczekaj, aż ci opowiem, co ten brutalny skurwiel właściwie zrobił–
Prawdopodobnie rozmawiała z Zane'em Hastertonem. I w przeciwieństwie do Juliana, Zane nigdy by nie podniósł na nią ręki.
To, w jaki sposób Victoria tak natychmiastowo, tak zaciekle wybrała mnie – bez wahania, bez pytań – sprawiło, że gardło mi się zacisnęło. Uwierzyła mi. Nikt inny tego nie zrobił. Ale ona tak.
Nie zrobiła tego pochopnie. Rodzina Juliana siedziała na samym szczycie łańcucha pokarmowego – nietykalna. I nie miałam wątpliwości, że jej rodzice nie byliby zachwyceni, widząc, jak staje przeciwko nim.
Skuliłam się pod kocem i wypuściłam powietrze z płuc.
Dlaczego moi rodzice nie mogli mnie tak kochać?
Od kiedy ich ulubiona córka wyparowała w stylu Houdiniego z ich genialnego planu, stałam się Planem B. Ale to wcale nie oznaczało, że wybaczyli mi moje istnienie.
Bądźmy szczerzy: jedynym powodem, dla którego przestali mnie aktywnie gnoić, było to, że zaręczyłam się z Julianem. Ten mały układ w jakiś sposób awansował mnie z „nieodwracalnej rodzinnej hańby” na „potencjalną deskę ratunku”.
Częściowym powodem, dla którego zgodziłam się na te zaręczyny – i wiem, jak żałośnie to brzmi – było to, że myślałam, iż może w końcu zdobędę coś, co miała Vivienne: odrobinę rodzicielskich uczuć. Okruszek aprobaty.
Ale teraz, kiedy zaręczyny zostały zerwane?
Znów byłam zbędna.
Z tego, co słyszałam, właśnie pakowali moje rzeczy, gotowi wysłać mnie do jakiejś odległej dżungli, gdzie resztę życia spędziłabym, zaprzyjaźniając się z anakondami i pokutując za swoje grzechy.
Byli do tego całkowicie zdolni.
Jęknęłam w poduszkę. Co ja mam teraz, do cholery, zrobić?
Chyba że... wyszłabym za mąż za kogoś potężniejszego niż Julian.
Ten pomysł był tak absurdalny, że aż parsknęłam. Jasne. Bo przecież miliarderzy właśnie wałęsają się po Sky City z nadzieją na poślubienie 23-letniej sieroty, która nie ma już cierpliwości do ich bzdur.
A jednak–
W moich myślach przemknęła pewna twarz.
Trzy dni temu. Mój nowy sąsiad.
Przypomniałam sobie, zresztą dość niestosownie, jak pomyślałam, że nie miałabym nic przeciwko byciu z nim sam na sam w jego apartamencie, gdzie mógłby robić ze mną wszystkie te rzeczy z kategorią R.
Potrząsnęłam głową, szybko odpędzając tę myśl. Nawet nie znałam jego imienia. Tylko tyle, że miał w sobie aurę, która mogła przeciąć człowieka na pół.
Nie. Zbyt niebezpieczne.
Znów jęknęłam.
Gdybym nie stłukła tego głupiego kubka, może wszystko byłoby w porządku.
Ale nie było. I nie jest. I nie ma już odwrotu.
Kurwa! Dlaczego to ja próbuję to naprawić, skoro to nawet nie ja to zepsułam?! Usiadłam gwałtownie – i bach, drzwi otworzyły się z hukiem.
Victoria wkroczyła do środka. – Sen tylko sprawi, że poczujesz się gorzej. Wstajemy i idziemy znaleźć fiuta wartego miłości – takiego, który będzie lepszy od Juliana.
CO?!
Zanim zdążyłam zamknąć usta ze zdziwienia, zdążyła już wcisnąć mnie w nowy strój.
I w ten oto sposób wyruszyłyśmy do najbardziej ekskluzywnego klubu w Sky City – tylko dla członków.
















