Poślubiona miliarderowi, rywalowi mojego byłego

Poślubiona miliarderowi, rywalowi mojego byłego

Autor: Willow Frost

Rozdział 3 Noc odbicia
Autor: Willow Frost
24 lip 2026
– Czy to naprawdę konieczne? – Stałam na końcu kolejki, trzęsąc się z zimna, desperacko ciągnąc za dół mojej tragicznie krótkiej spódniczki. Niemal to czułam – gdybym tylko otworzyła usta, by coś powiedzieć, moja bielizna znalazłaby się na widoku publicznym. – Skarbie, zapłaciłyśmy fortunę, żeby wejść do tego miejsca. Oczywiście, że ubieramy się zabójczo. Nie kumasz? – zadeklarowała Victoria niczym królowa mafii, stojąc dumnie na wietrze w swoich dwunastocentymetrowych szpilkach, bez najmniejszego śladu strachu. – Ale czy to nie jest odrobinę zbyt... – Nawet nie zdążyłam dokończyć, gdy brutalny podmuch wiatru uderzył mnie w twarz, jakby miał ze mną osobiste porachunki. Natychmiast zapięłam suwak mojej puchowej kurtki i skuliłam się jak zamarznięta krewetka. Victoria wydała z siebie dramatyczne jęknięcie. – Sera, daj spokój. Idziemy do baru, a nie na arktyczną ekspedycję. – Po prostu cieszę się, że nie trafię dziś do szpitala z hipotermią, dzięki – odgryzłam się. Przewróciła oczami tak mocno, że myślałam, iż wypadną jej z orbit, zlustrowała mnie wzrokiem pełnym rozczarowania – ale nie powiedziała nic więcej. Małe zwycięstwo. Moja puchowa kurtka była bezpieczna – na razie. Myślałam, że będziemy musiały czekać w kolejce jak wszyscy inni. To był główny powód, dla którego założyłam tę kurtkę, będącą termiczną fortecą. Ale ewidentnie nie doceniłam Victorii. Nie miała absolutnie w planach przestrzegania jakichkolwiek zasad. Z lekkością kogoś, kto robił to tysiące razy, wsunęła zwinięty banknot w dłoń ochroniarza, a jej dłoń mimochodem musnęła jego twardą jak skała klatkę piersiową niczym dziewczyna Bonda, która zapomniała swojego martini. Dziesięć sekund. Tylko tyle to zajęło. Byłyśmy w środku. Victoria miała ten rodzaj urody, który sprawiał, że mężczyźni w ułamku sekundy zapominali o protokołach – i o etyce. I w ten oto sposób wkroczyłyśmy do Roxanne. Miejsce to było gęste od gorąca, perfum i musującego zapachu szampana. Zdarłam z siebie kurtkę w tej samej sekundzie, w której weszłyśmy do środka, tylko po to, by napotkać mordercze spojrzenie Victorii, które zdawało się mówić: „Próbujesz mnie zawstydzić?”. Ona oddała swój płaszcz przechodzącemu kelnerowi jednym machnięciem dłoni, jakby osobiście go zatrudniła. Królewska, niewymuszona, urodzona do tego. Próbowałam skopiować jej ruchy. Poniosłam sromotną porażkę. Prawie upuściłam torebkę i potknęłam się jak chomik, który właśnie obudził się z drzemki w zamrażarce. Z gracją? Nie. Wyglądałam jak ofiara wypadku w szpilkach od Gucciego. Gdybym nie wiedziała, że każdy koktajl tutaj kosztuje mniej więcej tyle, co stan mojego konta bieżącego, mogłabym nawet wmówić sobie, że jakoś to ciągnę. – Jezu Chryste! – sapnęłam, z oczami przyklejonymi do menu, jakby przed chwilą obraziło cały mój ród. Victoria rzuciła mi spojrzenie z ukosa i prychnęła. – Wyluzuj. Dziś ja stawiam. Wypuściłam powietrze z czymś niebezpiecznie zbliżonym do wdzięczności. Biorąc pod uwagę, że właśnie niemal zerwałam zaręczyny, ryzykowałam wygnanie na jakąś odległą tropikalną wyspę przez moich rodziców i musiałam zacząć odkładać na spray na węże, potrzebowałam każdej możliwej formy jałmużny. Pomijając ceny, widoki były elitarne: ambitni młodzi aktorzy, absurdalnie przystojni modele i cała armia finansistów, którzy wyglądali, jakby prowadzili wykłady TED, mając na sobie ubrania od Burberry. To był lśniący bufet próżności i hormonów, owinięty w aksamitne oświetlenie i iluzję władzy. Znalazłyśmy stolik w pobliżu baru i nawet nie zdążyłyśmy złożyć zamówienia, gdy barman utkwił w nas wzrok. Cóż. Trudno było go przeoczyć – wysoki, o wyrzeźbionych rysach, z rękawami podwiniętymi do łokci akurat na tyle, by wyeksponować wytrenowane przedramiona. Nie powinien mieszać drinków – powinien stać w Luwrze. Albo przynajmniej grać główną rolę w najnowszej kampanii zapachowej Diora. Może to dlatego ten klub był taki drogi: nawet obsługa musiała być idealna. – Dwa razy French 75 na brandy. Zanim w ogóle zdążyłam zlokalizować najtańszego drinka w menu, Victoria już rzuciła swoje zamówienie barmanowi. – Zrób mocne. I oczywiście, nie zapomniała posłać mu swojego firmowego uśmiechu – takiego, który idealnie balansował między byciem seksownym a niewinnym, z podbródkiem uniesionym akurat na tyle, by mówić: „Ups, nie chciałam flirtować”. Barman z łatwością sięgnął po dżin, posyłając jej półuśmiech. – Ciężka noc? – Raczej katastrofa na poziomie zaręczyn – powiedziała, od niechcenia wskazując na mnie kciukiem. – I to taka, która już wkrótce zostanie zakończona. Spojrzałam na nią. – Cieszę się, że moje życie osobiste jest teraz transmitowane publicznie. Poklepała mnie po dłoni z udawanym współczuciem. – Skarbie, to miejsce napędzane jest przez romantyczne katastrofy. Bez złych decyzji nikt nie kupowałby drinków. Potem odwróciła się i wtopiła w tłum, przełączając się w Tryb Królowej Towarzystwa, jakby ktoś pstryknął przełącznikiem. W niecałe dziesięć sekund przeprowadziła wizualne skanowanie – jak jastrząb namierzający ofiarę – po czym obróciła się z powrotem i wskazała idealnie wymanicurowanym palcem w stronę krawędzi parkietu. – Dobra, słuchaj. Potrzebujesz kogoś na pocieszenie. Eksponat A: Metr dziewięćdziesiąt, włosy ułożone staranniej niż kompas moralny twojego byłego, koszula rozpięta akurat na tyle, by krzyczeć seksapilem, ale nie osuwać się w tandetę. Albo ma jacht, albo przynajmniej kartę VIP. Pokręciłam głową. – Nie. Jej wzrok powędrował w nowym kierunku. – Eksponat B: nierozumiany muzyk. Ubrany tak, jakby wypłata jeszcze do niego nie dotarła, ale jest na tyle gorący, że byś mu to wybaczyła. Sfinansowałabyś jego następny album, a i tak spałabyś jak dziecko. – Pas. Westchnęła, a potem znów wycelowała palcem. – Dobra. Eksponat C: totalny klimat tatusia – ale w tym dobrym sensie. Taki tatuś w stylu „umówi cię do lekarza i przygotuje śniadanie”, a nie „mówi do kelnerki „słoneczko” i uważa, że zmiany klimatyczne to mit”. Ukryłam twarz w dłoniach. – Victoria, proszę cię. Nie ustępowała. – Sera, nie możesz tu siedzieć jak jakiś ozdobny gekon na ścianie. Dziś chodzi o to, żeby zresetować twoje życie, a nie zaszywać emocjonalne rany. Właśnie gdy przygotowywała się do czwartej rundy rekomendacji, nagle zamarła. To było tak, jakby ktoś wcisnął przycisk wyciszenia w całym jej systemie. A potem, aż nazbyt swobodnie, powiedziała: – Hej, chcesz skoczyć do łazienki? Zmrużyłam oczy. – Nie? – ...Albo może zmieńmy stolik? Jest tu jakiś dziwny klimat. – Jej uśmiech był napięty, a głos załamywał się jak para zużytych obcasów. Dziwny klimat? Siedziałyśmy tu ledwie dziesięć minut i dopiero zamówiłyśmy drinki. Jak na standardy Victorii, nawet nie dobrnęłyśmy do napisów początkowych. Wtedy podążyłam za jej wzrokiem. Półprywatna loża. Julian. Miał ramię owinięte wokół kobiety. Jej głowa spoczywała na jego ramieniu, makijaż miała nieskazitelny, a uśmiech wyćwiczony i naturalny. Nie potrzebowałam więcej szczegółów. Ta twarz – nigdy bym jej nie zapomniała. Cztery lata temu pewna dziewczyna zniknęła w tajemniczych okolicznościach. A ja, w całej swojej naiwnej chwale, wierzyłam, że po prostu „usunęła się w cień”, bezinteresownie rezygnując z przyszłości u boku Juliana. A teraz, proszę bardzo, oto Vivienne – usadowiona na kolanach mojego byłego narzeczonego, zamknięta w pozie tak intymnej, że wyglądało to mniej jak luźna randka w barze, a bardziej jak niskobudżetowa wersja Pięćdziesięciu twarzy Greya. Wmawiałam sobie, że już mi przeszło. Że to koniec. Że zerwaliśmy. Sprawa zamknięta. Czas iść dalej. Dopóki nie usłyszałam tego, co nastąpiło później. – Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że tak kompletnie się rozsypie przez głupi kubek do kawy. Głos Vivienne był miękki, pełen fałszywego politowania – takiego, które brzmiało, jakby właśnie kogoś zabiła i teraz delikatnie okrywała ciało kocem. Delikatnie zakręciła winem w kieliszku, a jej usta wygięły się w niemal idealnym uśmiechu. – Oczywiście, że postawiłam ten kubek w widocznym miejscu. Chciałam, żeby go zauważyła. W końcu nadal nie wie, że spotykasz się ze mną za jej plecami. Najwyższy czas, by załapała aluzję, prawda? Spojrzała na Juliana z oczami błyszczącymi podziwem. – Ale mówiąc szczerze, kochanie, twój występ był perfekcyjny. Nawet ja prawie uwierzyłam, że martwiłeś się, iż dowie się o nas, a nie tylko pomagałeś mi odegrać tę scenkę. Ona jest taka głupia – oczywiście, że myślała, iż wkurzyłeś się o kubek, a nie przerażony, że wasz romans wyjdzie na jaw. Julian zaśmiał się cicho, zadowolony z siebie i zrelaksowany. – Musiałem udawać, że mnie to obchodzi. Ona spędza każdy dzień, starając się być idealną dziewczyną. Gdyby dowiedziała się, że cały jej wysiłek i tak nie może konkurować z tobą, straciłaby zmysły. Vivienne roześmiała się cicho i poklepała go po klatce piersiowej. – Nie martw się. Znając Serę, pewnie wciąż próbuje wszystko naprawić. To typ osoby, która zawsze wierzy, że jeśli tylko będzie się wystarczająco starać, ludzie w końcu dostrzegą jej wartość. Jej śmiech przeszedł w cichy ton, przesiąknięty litością tak ostrą, że przypominała ostrze. – Ale im bardziej się stara, tym bardziej żałośnie wygląda. A ja? Po prostu „przypadkiem” wróciłam do domu. Jej rodzice o niczym nie wiedzą. Nawet nie mieli okazji mnie powstrzymać. Jutro zobaczę się z nimi w biały dzień – bo to ona sama zrezygnowała z zaręczyn, a ty, kochanie, jesteś bez winy. Vivienne odchyliła się z triumfalnym westchnieniem. – Czy to nie jest najlepsze zakończenie? Nigdy z ciebie nie zrezygnowałam. Po prostu czekałam, aż usunie się w cień. Julian pokiwał powoli głową z lekkim uśmieszkiem na ustach. – Masz rację. Jak zawsze. Głośny szum wypełnił moje uszy, a bicie serca uderzało o czaszkę niczym wojenny bęben. Victoria musiała coś mówić – błagać mnie, żebym zachowała spokój, żebym nie zrobiła niczego głupiego – ale nie usłyszałam ani słowa. Nie byłam już tą samą Serą, która przełykała swoją dumę w zamian za pochwałę. Wyrwałam się z uścisku Victorii i odwróciłam do barmana. – Wasze najlepsze czerwone wino. Dopisz to do rachunku Juliana Thorne'a. Barman – niech Bóg błogosławi jego piękną, łamiącą zasady duszę – nawet nie drgnął. Podał mi butelkę, jakbym właśnie zamówiła wodę mineralną. Z butelką w dłoni, miałam misję. Jeden, jedyny, palący cel. Ochroniarz ruszył, by mnie powstrzymać, ale jedno spojrzenie na moją twarz – jak u mściwej bogini prosto z piekła – sprawiło, że mądrze się wycofał z rękami uniesionymi w geście poddania. Rzuciłam się prosto na Juliana i Vivienne. Byli złączeni w pocałunku niczym w jakiejś dramatycznej, drugorzędnej operze mydlanej. Uniosłam butelkę – i roztrzaskałam ją z całej siły. Szkło pękło z głośnym trzaskiem, rozsypując się po całym stole. Czoło Juliana natychmiast pękło, a strużka krwi zaczęła spływać mu między brwiami. Vivienne wrzasnęła i zeskoczyła z jego kolan. – Seraphina?! Zwariowałaś?! Co ty tu robisz?! Gorączkowo szukała kłamstwa, a panika narastała w jej głosie. – Źle to zrozumiałaś, to nie tak, jak myślisz... Julian jej przerwał, ściskając ją za ramię, z mrocznym i lodowatym spojrzeniem. – Nie trudź się tłumaczeniem, Vivienne. To nie ma znaczenia. Moi rodzice staną po twojej stronie, bez względu na wszystko. Po prostu naprawiamy stary błąd. Panika Vivienne w ułamku sekundy przerodziła się w zadowolenie. Przytuliła się do jego boku z przyprawiającą o mdłości słodyczą i zagruchała: – Och, kochanie, twoja głowa krwawi. Musimy jechać do szpitala. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Victoria znalazła się przy moim boku, a furia emanowała z każdego jej pora. Uniosła rękę, gotowa spoliczkować Vivienne prosto z powrotem do jakiejkolwiek dziury, z której wypełzła. – Ty obrzydliwa, dwulicowa suko...! Złapałam ją za nadgarstek, stabilna i zimna. – Victoria, pozwól im odejść. Jeśli zostaną tu choćby sekundę dłużej, mogę na stałe stracić apetyt. Spojrzałam prosto w zadowoloną z siebie twarzyczkę Vivienne i celowo podniosłam głos. – W końcu motywem przewodnim tego miejsca jest gust i smak na najwyższym poziomie, a nie jakiś kosz z wyprzedażą dla śmieci z drugiej ręki. Uśmiech Vivienne zamarł na jej ustach. Twarz Juliana pociemniała, ale nie mieli szansy zareagować. Victoria, ośmielona tym, uniosła podbródek i rzuciła kpiące spojrzenie ochroniarzom. – No i? Na co czekacie? Uprzejmie wyproście te dwa chodzące zagrożenia sanitarne z lokalu.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki