Posłałem mojemu zastępcy mordercze spojrzenie. Arkady był typem zgrywusa i najczęściej, niezależnie od sytuacji, uśmiech nie schodził mu z twarzy. Równoważyło to mój wiecznie zachmurzony wyraz twarzy, który od lat był na niej wyryty. Jasna cholera, nie pamiętałem nawet, kiedy ostatnio się uśmiechnąłem. Nawet najlepsze żarty Arkadego nie wywołałyby u mnie choćby cienia uśmieszku. Może uniesienie brwi, ale nic nie zmusiłoby mnie do uśmiechu; już nie.
Jednak tym razem się nie uśmiechał. Byliśmy w samym środku transakcji zbrojeniowej z Kolumbijczykami. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnąłem, było to, by nam przeszkadzano. Mogli skontaktować się z trzema innymi braćmi, którzy nie byli w trakcie finalizowania umowy, żeby się tym zająć.
– Dlaczego mówisz mi o tym, a nie kontaktujesz się z moimi braćmi?
Arkady potarł dłońmi o spodnie. – Yegor jest teraz w Rosji, Kirill załatwia na Florydzie inną umowę w związku z otwarciem nowego portu, a Leonid siedzi po łokcie w dziecięcym gównie, odkąd bliźniaki wróciły do domu. Wszystko w twoich rękach, pakhan.
Moja warga wykrzywiła się z niesmakiem. Arkady dobrze wiedział, że nie powinien mnie tak nazywać. Nie byłem naszym Pakhanem ani Vorem, jak wolał to określać mój brat. Byłem najmłodszym mężczyzną w naszej rodzinie. Nie wspominając o tym, że jedynym znaczącym talentem, jaki wnosiłem, była niezawodność. „I lojalność” – odbiły się echem w mojej głowie słowa, które z uporem maniaka wpoił mi ojciec.
Bycie kimś przeciętnym w syndykacie niemalże równało się wyrokowi śmierci. Moje dwie siostry, jedna młodsza, druga starsza, odziedziczyły urodę po naszej matce. Zostały wydane za mąż wiele lat temu. Yegor po śmierci ojca pełnił obecnie funkcję Vora, głowy naszej rodziny. Kirill był jego zastępcą jako Mistrz Liczb. Dzięki pamięci fotograficznej Kir sam w sobie stanowił potężny atut. Leonid był geniuszem komputerowym i wybitnym hakerem. W tej chwili jednak zamienił swoje obowiązki komputerowe na pieluchy, ponieważ tydzień temu urodziło mu się czwarte i piąte dziecko.
Moi bracia i siostry wspierali mnie, ale w ten żałosny sposób. Włączali mnie we wszystko, bo wiedzieli, że gdyby tego nie robili, nikt nie zaszczyciłby mnie nawet drugim spojrzeniem. Przez te wszystkie lata udowodniłem swoją wartość. Udowodniłem, że jestem niezawodny, że jestem dobrym żołnierzem, dobrym bratem i że zrobię to, czego ode mnie wymagają, by wykonać zadanie. Tak właśnie przetrwałem przez te lata. Miałem pod swoim dowództwem własny pluton ludzi, a w naszym syndykacie wyższą rangę ode mnie miał tylko mój Vor.
– Maksim? – Arkady spojrzał na mnie wyczekująco, wyciągając telefon.
– Pilnuj ich. Ufam im na tyle, na ile byłbym w stanie rzucić statkiem, którym przypłynęła ta broń.
Arkady zaśmiał się, ale pokiwał głową. Wyrywając telefon z jego dłoni, odwróciłem się plecami do miejsca transakcji i odszedłem kilka kroków. Kiedy wyszedłem z magazynu, wyciągnąłem papierosa i oparłem się o czarnego Escalade'a.
– Chto? [Co?] – warknąłem do słuchawki.
– Izvini, szefie, ale nie wiedzieliśmy, co robić.
Wypuściłem dym z płuc. – Nie potrzebuję twoich przeprosin, Luka. Muszę wiedzieć, dlaczego, kurwa, przeszkadzasz mi w pracy?
– Tak, szefie. Przepraszam, szefie. – Musiałem powstrzymać się od przewrócenia oczami. – Mieliśmy dziś wieczorem pewną sytuację. Ktoś pojawił się na naszym terytorium. Konkretnie, w pobliżu klubu ze striptizem po zachodniej stronie. Zamknęliśmy ich w piwnicy, ale zanim stracili przytomność, prosili o... pomoc.
Zmrużyłem oczy. – Prosili o pomoc konkretnie naszych ludzi? Czy po prostu prosili o pomoc kogokolwiek na ulicy?
Przez chwilę milczał. – Znali naszych chłopców, szefie. Nie prosili nikogo innego. A po tym jak poprosili o pomoc... – Luka zawiesił głos, by dokończyć zdanie; miał ten irytujący nawyk za każdym razem, gdy nie chciał, by na niego krzyczano. – ...poprosili, żeby ich zabić.
Moje oczy rozszerzyły się ze zdumienia, a ręka lekko opadła; zapomniałem o papierosie tlącym się między palcami. – Poprosili, żeby ich zabić? Skąd, kurwa, wiedzieli, żeby przyjść do was?
Mruknął coś do słuchawki. – Nie wiem. Ale... wzięliśmy ich w ogóle z tego powodu, że ostatnim słowem, jakie padło, zanim stracili przytomność, było Morozov.
Odsunąłem się od samochodu. Morozov to było panieńskie nazwisko mojej matki. Ktoś musiał wiedzieć o naszej rodzinie, skoro znał jej panieńskie nazwisko. Mój ojciec trzymał te informacje w ścisłej tajemnicy i upewnił się, że po tym, jak zmienił jej nazwisko na Sokolov, wszelkie wcześniejsze zapisy na jej temat zniknęły. Syndykat Sokolovów był jedną z największych i najbardziej budzących grozę grup na terytoriach Organizacji. Sięgaliśmy naszymi wpływami na cały świat, a nasze największe terytoria znajdowały się tutaj, w Nowym Jorku, i w Moskwie.
– Cóż, der’mo. [No, szlag.] – Przez chwilę masowałem nasadę nosa. – Jestem dwie godziny drogi od miasta. Muszę tu wszystko skończyć, zanim przyjadę. Nie dotykajcie ich, dopóki się nie zjawię.
– Tak, szefie.
Rozłączyłem się. Wracając do magazynu po zdeptaniu niedopałka, spojrzałem na Arkadego rozmawiającego z zastępcą Valdeza, Pascualem. Wbrew temu, co mogło sugerować jego imię, mężczyzna ten wcale nie był mądry. Przez lata wiele razy próbował nas oszukać bez zgody swojego szefa. Jakim cudem ten zasranets nadal pracował dla Kartelu Valdeza, nie mówiąc już o tym, że wciąż oddychał, pozostawało dla mnie zagadką. Zabiłbym Arkadego od razu przy pierwszym takim wyskoku, a ten człowiek był dla mnie jak brat, chociaż łączyła nas krew kuzynów.
– Ach! Maksim! Zastanawiałem się, dokąd uciekłeś. – Jego gruby akcent sprawiał, że moje imię brzmiało raczej jak obelga. Czasami jednak wolałem, gdy wypowiadał je w ten sposób. Im bardziej bał się mnie i moich braci, tym lepiej.
– Interesy. Wiesz, to, co powinieneś robić, zamiast stać i chichotać jak małe dziewczynki.
Pascual cmoknął kilka razy z dezaprobatą. – Sama praca i zero zabawy robią z Maksima nudnego pendejo.
Świerzbiły mnie palce, by chwycić za broń u boku i posłać mu kulkę między oczy. Na tym etapie wyświadczyłbym Manuelowi przysługę. Arkady stał za nim, posyłając mi to typowe spojrzenie: „ty go zabijasz, ty sprzątasz”, którego tak bardzo nienawidziłem.
– Skończmy to. Jeśli chcesz wyrzucać swoją gotówkę do oceanu, twoja sprawa. My jednak musimy prowadzić biznes.
Wydawało się, że Pascual miał w sobie na tyle zdrowego rozsądku, by, kurwa, dać mi spokój i wrzasnąć na swoich ludzi, żeby się pospieszyli. Szedłem za nim, z Arkadym depczącym mi po piętach, zaglądając do niektórych ze skrzyń, które właśnie rozładowywano. Tym razem wszystko wyglądało dobrze. Wiedziałem, że Manuel wyraźnie zapowiedział, iż weźmie na siebie pełną odpowiedzialność, jeśli cokolwiek pójdzie nie tak. Jego córka była już zaaranżowana na żonę dla najstarszego syna Yegora. On miał dopiero piętnaście lat, ona trzynaście, ale gdy tylko trochę dorosną, małżeństwo było gwarantowane. Miało ono przypieczętować nasz niepewny sojusz.
Jeden z chłopaków podszedł, szepnął coś Pascualowi na ucho, a ten odpowiedział mu szybkim hiszpańskim. Odwrócił się do nas z szerokim uśmiechem.
– Cóż, panowie. Wygląda na to, że wszystko zostało rozładowane. Manuel prosił, byście spojrzeli na jedną konkretną skrzynię i zastanowili się, czy nie bylibyście zainteresowani małym dodatkiem. Zdobyliśmy to, choć nie było tego w planowanym manifeście.
Zmrużyłem oczy. Ostatnim razem, gdy ktoś powiedział mi coś takiego, otworzyli skrzynię transportową pełną kobiet, które nafaszerowali narkotykami w ramach międzynarodowego handlu żywym towarem. To była jedna rzecz, na którą kategorycznie się nie zgadzaliśmy: handel ludźmi. Nie powstrzymywaliśmy innych przed robieniem tego, to była czarna plama na ich duszach, ale my, kurwa, absolutnie nie dotykaliśmy tej strony biznesu. Pascual podszedł do mniejszej skrzyni, która znajdowała się bliżej miejsca rozładunku broni. Otwierając wieko, Pascual odsunął się na bok i wskazał do środka.
Patrząc w dół, przyjrzałem się dwóm wyrzutniom rakiet ukrytym w skrzyni wśród drewnianych wiórów. – Ile amunicji?
– Dwanaście. Po sześć na każdą, albo jak tam wolicie to sobie rozdzielić.
Kiwając głową, pochyliłem się, żeby obejrzeć bok broni. – Numery seryjne?
– Żadnych. Nigdy ich nie było.
– Czego Manuel za nie żąda?
Pascual uśmiechnął się z wyższością. – Dziesięć tysięcy za obie.
Prychnąłem i uniosłem brew. – Zamierzałeś uszczknąć coś z zysków dla siebie, pendejo? – O ile on kaleczył moje imię swoim akcentem, o tyle mój twardy rosyjski akcent kaleczył jego język.
Był na tyle bystry, by szybko zapanować nad wyrazem twarzy. – Nie wiem...
– Dam ci pięć tysięcy, o których Manuel rozmawiał już ze mną, zanim tu dotarliśmy. Zostały dodane do całkowitej sumy i już przelane. Dołóż to do reszty skrzyń. Miło robić z tobą interesy, Pascual.
Odwracając się, odszedłem od tego dupka, a Arkady ruszył tuż za mną. Cieszyłem się, że porozmawiałem z Manuelem wcześniej. Prawdopodobnie zapłaciłbym dziesięć tysięcy za tę amunicję, biorąc pod uwagę, że nie miała oznaczeń. Czego jednak nie zamierzałem zrobić, to pozwolić, by Pascual schował te pieniądze do własnej kieszeni. Przywołując gestem jednego z naszych ludzi, skinąłem głową w stronę kolumbijskiej ekipy.
– Kończymy. Chcę, żeby każdy Kolumbijczyk zniknął stąd przed odjazdem innych. Muszę załatwić pewne sprawy w mieście. Jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, rozstrzelajcie ich wszystkich.
Moi ludzie kiwnęli głowami i zaczęli wykrzykiwać rozkazy po rosyjsku, zbliżając się do skrzyń i Kolumbijczyków, by upewnić się, że wszystko zostanie zrobione. Usiadłem na fotelu pasażera w Escalade, a Arkady zajął miejsce za kierownicą.
– Dokąd?
– Imperial Glass.
Jego brwi poszybowały wysoko w stronę potarganych, brązowych włosów, gdy jego uśmiech się poszerzył. – Świętujemy?
Spojrzałem na niego i natychmiast zamknął usta. – Praca. Podobno mamy przybłędę proszącą o pomoc.
---
Ta historia zawiera opisy takich aktów jak seks bez zgody, znęcanie się, samobójstwo oraz inne silnie negatywne emocjonalnie zachowania, które dla niektórych czytelników mogą być wyzwalające (triggerujące).
Prosimy o zachowanie tego w pamięci podczas dalszej lektury tej historii.