Rzucając marynarkę na blat, rozprostowałem ramiona. Po tym spotkaniu były tak napięte, że kiedy w końcu poczułem, jak puszczają, niemal sprawiło mi to ból. Sera zdążyła już zrzucić buty i boso przeszła do kuchni. Wyciągnęła jedną ze swoich arbuzowych wód gazowanych i po upiciu łyka wydała z siebie ciężkie westchnienie.
— Chyba nie lubię szampana.
Chrząknąłem rozbawiony. — Dobrze wiedzieć. Któregoś















