We wtorkowy poranek stałam nerwowo na popękanym betonie skromnego podjazdu mojej rodziny, czując się jak absolutna oszustka. Byłam od stóp do głów ubrana w drogie, odzieżowe marki, które tak hojnie dostarczył mi Gideon – w granatową jedwabną bluzkę, która sprawiała wrażenie, jakby na mojej skórze spoczywała woda, oraz w markowe dżinsy skrojone tak perfekcyjnie, że niemal formowały się do moich nóg
















