– Powiedziałam, żeby powiesić tam te niebieskie serpentyny, a nie srebrne! – krzyknęła z dołu na drabinę Karen Waters, matka Sylvii, do jednej z tych nieszczęsnych dusz, które zostały wrobione w pomoc przy dekorowaniu wielkiej sali balowej w domu zgromadzeń stada przed uroczystością.
Kaden przeszedł przez salę, spoglądając na wszystko, co się działo. Dekoracje wisiały, a dookoła pracowało co najmniej kilkanaście osób, starających się sprawić, by to miejsce wyglądało najpiękniej jak to tylko możliwe. Jego Babcia Hannah nadzorowała wszystko, stojąc na środku pokoju z podkładką z klipsem w dłoni, przydzielając zadania. Zobaczyła go i pomachała mu, ale Kaden wiedział, że lepiej teraz do niej nie podchodzić i nie przeszkadzać. Była w trybie zadaniowym.
Chociaż była znacznie milsza niż Karen, jeśli chodzi o to, jak ludzie mają podchodzić do wykonywania jej poleceń, nie chciał, by ktokolwiek urwał mu głowę z powodu tego wydarzenia, na które niechętnie się zgodził.
Oczy Sylvii były wbite w niego od momentu, gdy tylko wszedł do pokoju. Nie był zaskoczony, widząc ją z jej paczką znajomych, pracujących przy dekoracjach. Otoczona grupą chichoczących dziewcząt trzymających w dłoniach balony i serpentyny, była z nich wszystkich najbardziej atrakcyjna, jednak Kaden miał teraz na głowie zbyt wiele spraw, by snuć jakiekolwiek myśli o spędzaniu czasu z Sylvią. Zaproszenia zostały rozesłane. Odpowiedzi zaczęły napływać. W ciągu zaledwie kilku dni Jasne Niebo zaroi się od gości ze stad bliskich i dalekich, a wszyscy oni będą podekscytowani tańcami i innymi uroczystościami. Napięcie w jego wnętrzu przypominało mocno ściśniętą sprężynę gotową do wystrzału. Tak wiele działo się za kulisami, jeśli chodziło o stadową politykę. Miał na głowie znacznie więcej zmartwień niż tylko tę jedną potańcówkę.
– Hej, Alfo! – krzyknął Alec, podchodząc do niego od tyłu. Kaden odwrócił się, by dostrzec swojego najlepszego przyjaciela zbliżającego się z szerokim uśmiechem na twarzy. – I co myślisz? Czujesz klimat niebieskiego i srebrnego?
Kaden nawet nie zwrócił uwagi na kolory, zostawiając to wszystko dobrze wytrenowanemu oku swojej babci. – Jasne. Wygląda w porządku.
– Super. Byłem w tych starych domkach obozowych, które naprawiają dla gości, i większość z nich wygląda całkiem nieźle. Myślisz, że będzie im przeszkadzało spanie w dawnych domach stada?
Pomieszczenie tak wielu osób w pobliskich kwaterach było niemałym wyzwaniem – takim, które pochłonęło znaczną część czasu Kadena w ostatnich dniach, gdy oceniał, czy te stare domki, z których niegdyś korzystali samotni i młodzi wilcy, będą się do tego nadawać. W ostatnich latach zbudowali lepsze ośrodki i w tych kilku budynkach od dawna nie było nikogo. Zebrał zespół, by je posprzątali i naprawili, a teraz zamierzał je odwiedzić, jak tylko skończy sprawdzać komitet dekoracyjny.
– Chodźmy to obejrzeć – powiedział Kaden, kierując się do drzwi. Alec ruszył u jego boku. Zanim dotarli do wyjścia, drogę zablokowała im blondynka o długich nogach i ogniu w oczach.
– Witam serdecznie, Alfo, panie – zamruczała Sylvia. – Beto Alecu.
– Sylvia – rzucił Alec z wielkim, głupkowatym uśmiechem. Miał dopiero dwadzieścia lat i czasami, jak teraz, wychodziła z niego niedojrzałość.
– Cześć, Sylvio – przywitał się Kaden, próbując nie brzmieć jak ktoś, kto śpieszył się, by gdzieś pójść, a teraz nie mógł, bo musiał użerać się właśnie z nią.
– Zostawisz dla mnie jakiś taniec? – zapytała ze skwierczącym w oczach pożądaniem.
Kaden w tej chwili obiecałby wszystko, byle tylko móc od niej uciec; miał tak dużo do zrobienia, a tak mało czasu. – Jestem pewien, że znajdę czas, żeby z tobą zatańczyć na balu, Sylvio. – Milion myśli kłębił się w jego głowie, a on musiał ją wyminąć, by móc kontynuować swoje zadania, na przykład sprawdzić, jak postępują prace przy kwaterach, po czym wrócić na siłownię na swoją codzienną inspekcję z trenerami. Był też inny problem, którym musiał się zająć, a którego jeszcze nie był do końca gotów uznać za rzeczywisty kłopot. Stado Czarnego Nieba i ich zwiadowcy zbliżali się za bardzo do jego terytorium. Gdyby urosło to do rangi większego zagrożenia, cały ten bal mógł stanąć pod znakiem zapytania. Musiał niezwłocznie i priorytetowo zasięgnąć informacji od oficerów patrolu na temat wszelkich nowych obserwacji.
Alec zaśmiał się obok niego. – Kaden jest teraz bardzo zajęty, Sylvio. Ma do przypilnowania mnóstwo spraw.
– Wiem – odparła, a jej uśmiech stopniał, przemieniając się w wyraz empatii. – Pozwolę wam iść. Po prostu chciałam się upewnić, że zgraja dziewczyn z innych stad nie wejdzie tu i nie zajmie ci całego czasu. To znaczy, jeśli znajdziesz swoją przeznaczoną partnerkę na Balu Księżycowej Bogini, a nie będę to ja, chyba po prostu umrę.
Kaden zrobił wszystko, by nie przewrócić oczami na tę jej przesadę. – Nie martwiłbym się tym na twoim miejscu, Sylvio. Nie sądzę, abym spotkał swoją przeznaczoną partnerkę w najbliższym czasie.
Widział, że to nie była ta odpowiedź, jakiej oczekiwała, ale jego wzrok był już skupiony na drzwiach. – No to w porządku. Do zobaczenia później. – Posłała mu kolejny uśmiech, po czym odwróciła się, by odejść, narzucając w kroku tak bardzo bujający rytm biodrom, że wyglądała, jakby stąpała po kołyszącym się statku.
– Brachu, zła odpowiedź – skarcił go Alec.
– Nieważne, stary – rzucił lekceważąco Kaden. – Chodzi mi o to, że najwyraźniej ona nie jest moją przeznaczoną partnerką, bo inaczej wiedzielibyśmy o tym już teraz. Nie potrzebujemy głupiego balu, by się o tym przekonać. – Zaczął znowu iść w stronę wyjścia z Alecem u boku, starając się zapomnieć o tym, jak bardzo uraził swoją byłą kochankę.
– Naprawdę w ogóle nie wierzysz w przeznaczonych partnerów, prawda? – zapytał Alec, gdy wychodzili na zewnątrz.
– Nie, w sumie to nie – przyznał Kaden. – Poza tym, nie mam na to czasu. Nawet gdybym ją spotkał, mam tyle na głowie jako przywódca stada, że nie miałbym czasu na zamartwianie się zalotami, małżeństwem i tymi wszystkimi bzdurami. – Pokręcił głową. – Ten bal będzie dla mnie bardziej o zawieraniu sojuszy niż o znalezieniu prawdziwej miłości.
– A więc, co byś zrobił, gdybyś jednak ją spotkał? Kazałbyś jej poczekać kilka lat, aż odrobinę lepiej ogarniesz swoją pracę? – zapytał Alec, gdy zmierzali ścieżką wiodącą przez las w stronę dawnych domów stada.
– Dzięki – odpowiedział Kaden, zatrzymując się, by posłać swojemu Becie gniewne spojrzenie.
– Ja tylko głośno myślę! – Alec wymachnął ramionami. – Co byś jej powiedział?
– Nie wiem! – Kaden przeczesał dłonią swoje karmelowe włosy. – Zgaduję, że... musiałbym ją odrzucić.
– Że co?! – Alec zrobił tak gwałtowny wdech, że aż poruszył sosnowymi igłami na drzewach dookoła nich i wskoczył przed Kadena. Jego oczy zrobiły się jak spodki. – Nawet nie żartuj z czymś takim!
Nagle Kaden poczuł się tak, jakby rozmawiał ze swoją babcią, a nie ze swoim podwładnym. – Co się z tobą dzieje, Alec?
– Nie możesz odrzucić swojej przeznaczonej partnerki, Kadenie! To przynosi pecha! Rzucisz klątwę na nasze całe stado!
Kaden o mało nie parsknął śmiechem. Alec był niedorzeczny. Popychając go lekko, odsunął go na bok i ruszył dalej ścieżką. – Tracisz zmysły, stary – skomentował.
Alec pośpieszył, by dotrzymać mu kroku. – Mówię całkowicie poważnie, stary! Nie możesz tego zrobić!
Dawne domy stada ukazały się przed nimi. Kaden ugryzł się w język. Nie było warto kłócić się z najlepszym przyjacielem o coś, co prawdopodobnie nie miało znaczenia.
Kiedy Kaden rozglądał się wokół, jego uszu dobiegły odgłosy uderzeń młotkiem z wnętrza jednego z domów. Wyglądało na to, że budynki są teraz w o wiele lepszym stanie niż zaledwie kilka dni temu, gdy wpadli na ten pomysł. Ze środka drugiego budynku wyszła ze swoim wiadrem wody starsza kobieta ze stada, która zgłosiła się na ochotnika do zespołu sprzątającego, i opróżniła je. – Och, witaj, Alfo Kadenie – przywitała się, lekko pochylając głowę.
– Cześć, Helen. Jak idzie praca?
– Świetnie – odpowiedziała z uśmiechem. – Będziemy gotowi przed przybyciem gości.
– To wspaniale. Bardzo dziękuję. Wiedziałem, że dacie sobie radę.
Uśmiechnęła się na ten komplement i wróciła do środka, gdzie Kaden dostrzegł jeszcze kilka innych sprzątających osób. Każda z nich obdarzyła go pozdrowieniem, na co odpowiedział machnięciem ręki.
– Alfo Kadenie – zawołał po jego lewej stronie męski głos. Kaden odwrócił się i dostrzegł zmierzającego w jego stronę jednego ze swoich najlepszych pracowników, starszego mężczyznę imieniem John. – Właśnie skończyłem ostatnie naprawy z karty zadań. Myślę, że teraz wszystko jest gotowe. – Miał w dłoni młotek, a wokół pasa zapięty pas z narzędziami.
– To doskonałe wieści, John. Wielkie dzięki. – Kaden wyciągnął dłoń, a John ją uścisnął.
– Zgadza się, że to ty będziesz dowodził ochroną lasu podczas tego wydarzenia?
– Tak jest, sir – odparł John, opierając dłoń na biodrze. – Doceniam to, że powierzyłeś mi to zadanie. Nie zawiodę cię.
Kaden uśmiechnął się, wiedząc, że tak będzie. Był niemal pewien, że John był za młodu Betą w innym stadzie, choć nigdy wprost o to nie zapytał. Wiedział tylko, że John został przygarnięty przez stado Jasnego Nieba jakieś dwadzieścia lat temu. Ojciec Kadena zaufał mu, by dać mu szansę na wykazanie się, a John nigdy ich nie zawiódł.
Kaden jeszcze raz podziękował Johnowi i ten odszedł w swoją stronę. – Całe świty gości zamieszkają właśnie tutaj, prawda? – zapytał Alec. – A zakwaterujesz wszystkie rodziny Alfów u siebie?
– Tak. Swoją obecność potwierdziło tylko trzech Alfów – wyjaśnił Kaden. – Wszyscy pomieszczą się w pokojach gościnnych u nas w domu. – Dom, który dzielił z babcią, został wybudowany z myślą o pomieszczeniu wielkiej rodziny, w nadziei, że Alfa będzie miał kiedyś Lunę i mnóstwo dzieci. Dla Kadena był to dom zbudowany pod rozpraszacze – takie, które miały oderwać jego uwagę od skupiania się na pracy.
Rzucając okiem na przygotowania po raz ostatni, Kaden skinął głową i skierował się z powrotem w stronę centrum wioski. Wciąż miał mnóstwo pracy i nie zamierzał pozwolić, by bal czy przeznaczona partnerka przeszkodziły mu w wykonywaniu obowiązków.
















