Echa przeszłości
– Rowan – zawołała niecierpliwie Genevieve Haverford. – Przepraszam, ale nie mogłam odmówić. Sato mi się oświadczył, a ty oczekujesz, że go odrzucę?
– Genevieve, proszę – błagał Rowan, ściskając błagalnie jej nadgarstek. – Obiecałem, że będę dla ciebie taki dobry. Przejąłbym firmę ojca, gdyby to sprawiło, że zostaniesz. Nie możesz mnie zostawić.
– A myśl, że zostawiam cię dlatego, że wciąż się zmagasz z problemami, jest irytująca. Mówię ci o tym, bo nie chcę, żebyś dowiedział się z wiadomości. Kocham Sato i wychodzę za niego!
Jej głos odbijał się echem w jego głowie, zwłaszcza te ostatnie słowa. Teraz ona wróciła, a on wciąż jest w niej beznadziejnie zakochany. Powodem, dla którego nie mógł ruszyć dalej ani otworzyć serca dla innej, była właśnie ona. Powróciła, składając wiele obietnic, że już nigdy go nie opuści.
Ciche pukanie do drzwi przerwało jego rozmyślania. Odwrócił się lekko w stronę sekretarki, która bez słowa podeszła i położyła teczkę na biurku.
– Premier umówił się na spotkanie, proszę pana – oznajmiła, cofając się po odłożeniu akt.
– Dlaczego? – zapytał Rowan, nie odrywając wzroku od przeszklonej ściany gabinetu. Nocny widok Teksasu wywoływał w jego głowie mnóstwo myśli. – Czy wspomniał o celu naszego spotkania?
– Tak, proszę pana – odpowiedziała krótko. – Powiedział, że chodzi o sprawę, w którą jest zamieszany.
– Przesłałaś mu kryteria płatności?
– Nie – odpowiedziała, a w jej głosie słychać było nutkę strachu. – Dlaczego?
– Dlaczego pominęłaś tę część? Zawsze informujemy o tym każdego klienta – zażądał wyjaśnień. – Tłumacz się.
– Przepraszam, proszę pana – wykrztusiła, kłaniając się lekko. – Nie zrobiłam tego, bo on jest pana ojcem i...
– I założyłaś, że wyświadczę mu przysługę za darmo? – przerwał jej Rowan, wsuwając ręce do kieszeni. – Odpowiedz mi, Victorio.
– Przepraszam, proszę pana – błagała, kłaniając się wielokrotnie. – Bardzo przepraszam. Zadzwonię do niego i poinformuję...
– Odwołaj spotkanie – rozkazał, wracając wzrokiem do panoramy za oknem. Wkrótce miał się spotkać z Genevieve Haverford i chciał uniknąć zdenerwowania czy irytacji. Każdy cień negatywnych emocji mógł zrujnować mu dzień, a widok ojca był ostatnią rzeczą, której pragnął.
– Co... to znaczy, proszę pana?
– Victorio, wyjdź z mojego gabinetu i zrób to, co ci kazałem.
– Tak, proszę pana – odpowiedziała, odwracając się do wyjścia, ale jego głos ją zatrzymał.
– Ta kobieta, ta ostatnia, która wyszła stąd kilka godzin temu... Jaka była jej reakcja, kiedy wychodziła?
Niech to szlag! Był ciekaw. Skrajnie ciekaw po odejściu Carys. Jej kamienna twarz poruszyła w nim emocje, których nie potrafił do końca nazwać. Pytanie o to Victorii było nie na miejscu, ale musiał wiedzieć, czy Carys dusiła uczucia w sobie tylko w jego obecności, czy może okazała coś, odchodząc. Musiał się dowiedzieć. Co gorsza, dręczyło go jej pośpieszne odebranie pieniędzy, które jej dał. Co ona planowała? Musiał to wiedzieć.
– Słucham? – zapytała zdezorientowana.
– Nieważne – rzucił, odprawiając ją machnięciem ręki. – Wyjdź.
– Tak, proszę pana. – Ukłoniła się raz jeszcze i zamknęła za sobą drzwi.
Długie westchnienie wyrwało się z jego piersi, gdy podszedł do fotela, uznając widok za oknem za nudny w porównaniu z licznymi pytaniami kłębiącymi się w jego sercu. Jego telefon zadzwonił; wyciągnął po niego rękę, a na widok dzwoniącego na jego twarzy pojawił się cień rozbawienia.
– O co chodzi? – rzucił, opierając głowę o oparcie fotela.
– Kazałeś swojej sekretarce odwołać spotkanie z własnym ojcem?! – Głos w słuchawce wrzasnął tak głośno, że Rowan skrzywił się, odsunął telefon od ucha i demonstracyjnie włączył tryb głośnomówiący.
– Nie odwołałem spotkania z ojcem, stary. Odwołałem spotkanie z Premierem.
– Przecież to ta sama osoba, Rowan! Twój ojciec może być Ministrem, prezesem i przewodniczącym jednocześnie. Chcesz, żeby mnie wylali?
– Przyjdź pracować do mnie, Declan. Płacę znacznie lepiej niż jakakolwiek korporacja czy firma w Teksasie.
– Jesteś rąbnięty. Nie widzę siebie mówiącego do ciebie „szefie”, a już na pewno nie widzę siebie przyjmującego twoje rozkazy – oświadczył Declan przez zaciśnięte zęby.
– Twój wybór – powiedział Rowan z uśmiechem. Po zdradzie ukochanej, Declan był jedyną osobą, która potrafiła sprawić, że się uśmiechał.
– Naprawdę powinieneś to rozważyć, bo inaczej poślesz swojego przyrodniego brata do więzienia – poradził Declan.
Rowan westchnął, obracając telefon w palcach. – Skoro to sprawa rodzinna, dlaczego używać tu oficjalnego statusu?
– Ja mu to doradziłem i ja, do cholery, zadzwoniłem. Wiem, że jesteś profesjonalistą i rodzina to ostatnia rzecz, w jaką chcesz się angażować.
– Używanie takich słów podczas rozmowy jest nieetyczne – skrzywił się Rowan, pocierając kark dłonią. Rzucił szybkie spojrzenie na zegar ścienny; było już późno.
– Czy to znaczy, że się z nim spotkasz? – zapytał Declan z nutką ekscytacji w głosie.
– Jeśli ten jego synek jest zamieszany w poważne przestępstwo, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by poniósł odpowiedzialność i trafił za kratki.
– Nie. To tylko jakaś polityczna intryga, żeby powstrzymać przewodniczącego przed wygraniem wyborów. Obiecuję, że nie ma w tym nic kryminalnego – odparł, prychając. – Nie wiedziałbyś tego wszystkiego, bo sam wybrałeś bycie wyrzutkiem. Powinieneś przynajmniej czytać wiadomości.
Wargi Rowana wygięły się w drapieżnym, niemal morderczym uśmiechu. Declan mógł wymawiać te słowa tylko dlatego, że dzieliły ich mile.
– Prześlij dokumenty do sekretarki. Zobaczę, czy warto się w to bawić – odparł i zakończył rozmowę.
To, że jego ojciec przełknął dumę i przyszedł do niego po pomoc, oznaczało, że Rowan udowodnił swoją wartość jako syn zdolny być kimś więcej niż tylko cieniem bogatego ojca.
Poświęcił się pracy i miłości do niej. Kiedy odeszła, pozostała mu tylko determinacja, by odnieść sukces. Teraz, gdy wróciła, on udowodnił ojcu, że się mylił, i wyszedł z tej próby zwycięsko.
Znów wstał i podszedł do szklanej ściany. To była jedyna rzecz, poza pracą, która dawała mu spokój. Patrzył na miasto, zastanawiając się, czy ona tam jest.
– Rowan. – Dobrze znany głos sprawił, że po plecach przeszły mu dreszcze. Odwrócił się i przyspieszył kroku, by złapać kobietę biegnącą w jego stronę. – Rowan – powiedziała, wtulając się mocno w jego ramiona. Jej zapach – ten sam, za którym tak bardzo tęsknił.
– Genevieve Haverford – szepnął, splatając ramiona ciasno wokół jej talii. – Przyszłaś.
Odsunęła się od uścisku, kładąc dłonie na jego ramionach. – Tak.
– Jesteś tak samo piękna – skomplementował ją, puszczając ją z objęć. – Kiedy wyjechałaś z Pekinu?
Genevieve uśmiechnęła się, zdjęła dłonie z jego ramion i podeszła do drugiego fotela, rozglądając się po okolicy. Minęły trzy lata, a niewiele się zmieniło. To znak, że on tak naprawdę nie ruszył z miejsca.
Genevieve Haverford była żoną jednego z najbogatszych ludzi na świecie. Jednak jego majątek blakł w porównaniu z tym, co Rowan posiadał trzy lata temu. Wtedy Rowan był bogaty, ale wciąż walczył o utrzymanie pozycji.
Ale Rowan stojący teraz przed nią z taką elegancją, jest najbogatszym prawnikiem w USA. Miliarderem, który kiedyś ją kochał i wciąż kocha.
– Wczoraj. Dobry Boże, przecież mówiłam ci, że wczoraj opuszczam Pekin i lecę na Florydę. Przysłałeś Declana, żeby mnie odebrał, pamiętasz?
– Och – mruknął, wymuszając przepraszający uśmiech. Co, do diabła, jest z nim nie tak? Kochał Genevieve Haverford i czuł się przy niej niezwykle swobodnie, ale ten nagły niepokój sprawiał, że czuł się słaby.
Genevieve to zauważyła. Wiedziała i rozumiała, dlaczego on tak się czuje. Zostawiła go ze złamanym sercem; błagał i dzwonił bez końca, dopóki nie przestał, widząc, że naprawdę wychodzi za Sato.
– Chciałam ci zrobić niespodziankę. Wiem, że mieliśmy się spotkać jutro, ale nie mogłam czekać. Tak bardzo tęskniłam – powiedziała Genevieve, a jej oczy zaszkliły się, gdy wpatrywała się głęboko w jego brązowe oczy.
– Ja też tęskniłem, Genevieve – odpowiedział Rowan, zbliżając się do niej. Chciał jej dotknąć, ale się zatrzymał. Z jakiegoś powodu to słowo nie brzmiało szczerze. Tęsknił za nią – przez lata, przez ostatnie trzy lata, dwa lata i rok temu. Ale teraz te słowa wydawały się puste. To był moment, o którym marzył – dzień, w którym pragnął, by do niego wróciła. A teraz, gdy tu jest, gdzie podziała się ta ekscytacja?
Jej uśmiech stał się szerszy, gdy ujęła jego dłonie. Zawahał się, czując chęć wycofania się. Jeśli to zrobi, straci ją na zawsze, a był pewien, że nie potrafiłby z tym żyć.
– Pocałuj mnie, Rowan – poprosiła, wpatrując się w jego usta, a potem w twarz. – Pocałuj mnie teraz, żeby udowodnić, że tęskniłeś tak samo mocno jak ja.
Jej usta. Wpatrywał się w nie, zawieszając wzrok na ich soczystości, która w przeszłości zawsze go podniecała. Przez te wszystkie lata powstrzymywał się od całowania kogokolwiek, bo bał się, że to mogłoby zastąpić wspomnienia, które z nią dzielił.
Nie pocałował nikogo, nawet Carys. Carys... odsunął się niemal natychmiast, gdy to imię odbiło się echem w jego głowie, co wywołało grymas na twarzy Genevieve.
– Czy jest inna kobieta, Rowan? – zażądała odpowiedzi, a na jej twarzy odmalował się ból. Jej niebieskie oczy błagały o jasną deklarację.
– Nie! – odpowiedział niemal natychmiast, nie dając sobie czasu na zastanowienie. – Nie, Genevieve...
Chciał powiedzieć coś więcej. Powiedzieć jej prawdę – że kiedy jej nie było, istniała inna kobieta, która pomagała mu zachować zmysły i zapobiegała jego upadkowi, ale była dla niego nikim. Carys była tylko zabawką.
– Więc mnie pocałuj – ponagliła go, przyciągając go z powrotem w swoje ramiona.
















