Wcześniej tego samego dnia w restauracji The Ivy Swirl.
Mając na głowie kapelusz i ciemne okulary przeciwsłoneczne, Julian Sterling uśmiechał się pod nosem na widok kobiety, która w jego ocenie miała najpiękniejsze oczy w kolorze espresso. Jej proste, długie, ciemnobrązowe włosy opadały na plecy, a uśmiech z łatwością rozjaśniał mu dzień.
„Dzień dobry, panie Baloo, widzę, że znów ma pan na sobie moją ulubioną postać. Co podać?” – zapytała panna Jewel.
„Poproszę to co zwykle, herbatę z hibiskusa. Dziękuję” – odpowiedział Julian i zza ciemnych okularów puścił do niej oczko. Szkoda, że nie mogła tego zobaczyć.
Tylko tyle o niej wiedział… że była piękna.
Kilka tygodni temu odkrył tę restaurację i bar, ukryty klejnot w sercu Bostonu. Serwowali tam najlepsze rodzaje herbat kwiatowych, które miał nadzieję wprowadzić do hoteli Onyx, sieci należącej do ich firmy.
Wtedy, gdy Julian po raz pierwszy zauważył ten lokal, miał na sobie tylko koszulkę polo, a tuż przed jego przyjściem rozpadało się. Znalazł w swoim Maybachu ulubioną bluzę swojego ochroniarza z misiem Baloo i zrobił z niej pożytek. Kto by pomyślał… że stanie się ona również jego ulubioną?
Tak właśnie panna Jewel poznała go jako pana Baloo. Nigdy nie wymienili się imionami. Oboje po prostu zajmowali się swoimi sprawami, prowadząc przyjazne rozmowy jako klient i barmanka. Poza tym Julian nie był zainteresowany szukaniem związku, przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie wtedy, gdy musiał brać pod uwagę syna.
Z biegiem tygodni Julian był jednak pod coraz większym wrażeniem dobroci panny Jewel. Prawdę mówiąc, podczas swojej drugiej wizyty zapomniał portfela z samochodu i kiedy obiecał wrócić z pieniędzmi, panna Jewel powiedziała mu: „Proszę się nie martwić, panie Baloo, to na koszt firmy”.
Ale nie chodziło tylko o niego. Zauważył, że panna Jewel jest bardzo miła dla dzieci. Pewnego razu matka przyszła do restauracji z rocznym dzieckiem, które zwymiotowało na mundur panny Jewel, ale to wcale jej nie zraziło. Zamiast tego najpierw zaoferowała pomoc w umyciu malucha.
Panna Jewel była piękna nie tylko z zewnątrz, ale i wewnątrz.
Była czwarta po południu i Julian robił sobie popołudniową przerwę, urywając się na godzinę z firmy tylko po to, by napić się słodkiej herbaty z hibiskusa. Jak zwykle podziwiał panna Jewel przy pracy, gdy nagle jakiś mężczyzna wywołał jego nazwisko: „Panie Sterling! Panie Sterling!”.
Natychmiast się skrzywił, widząc, że to Carter, ochroniarz jego syna. Przyprowadził też ze sobą Noah. Julian szybko wstał, zostawiając niedopitą herbatę. Położył pięć dolarów na stole i podbiegł do nich.
Julian nie chciał, by ktokolwiek go rozpoznał, zwłaszcza że – na litość boską – miał na sobie bluzę Cartera z misiem Baloo. Z tego samego powodu nosił kapelusz i ciemne okulary.
„Co ty tu robisz? Wiesz, że muszę wracać do firmy. Kyran będzie do mnie wydzwaniać bez przerwy” – powiedział Julian, mając na myśli swojego starszego brata.
„Pana syn nie chce iść do lekarza. Już jesteśmy spóźnieni” – odparł Carter. „Wiadomo, że słucha tylko pana”.
Wzrok Cartera powędrował za Juliana. „Wie pan, panie Sterling. Jeśli tak bardzo lubi pan pannę Jewel, powinien pan po prostu zapytać ją o imię… Naprawdę lubiłem tę bluzę…”.
„Nieproszona rada… i kupię ci nową bluzę z misiem Baloo. W zasadzie kupię ci bluzy ze wszystkimi postaciami z misia Baloo!” – odparował Julian.
„Och, naprawdę, panie Sterling? Moja żona bardzo lubi też Bagheerę i króla Louiego” – powiedział Carter, wysoki i umięśniony mężczyzna, a w jego oczach na tę myśl pojawił się cień ekscytacji.
To było dla Juliana doprawdy zagadkowe, jak bardzo jego ochroniarz lubił disneyowskie bajki. Carter twierdził, że to ulubiona bajka jego żony, ale Julian w to wątpił. Mimo to był świetny w tym, co robił. Może i był wrażliwcem w środku, ale na zewnątrz to same mięśnie i czarny pas w sztukach walki. Był najlepszym ochroniarzem dla niego i dla jego syna, Noah.
Westchnął, kręcąc głową, i rozkazał: „Idź po samochód”.
„Tak jest. Już się robi, proszę pana” – rzucił Carter, wybiegając z restauracji.
Widząc, że Carter odchodzi, Julian spojrzał na Noah. Chłopiec zwiedzał lobby restauracji, badając imbryki i różne wystawione wazony. Zawołał: „Noah?”.
„Tato? Nie chcę iść do lekarza” – powiedział jego syn, po czym stanął w miejscu i skrzyżował małe rączki na piersi.
Julian westchnął. Zdjął okulary i powiedział: „Noah, wiesz, że to dla twojego dobra? To nie to samo, co wtedy, gdy byłeś w szpitalu. Obiecuję”.
Mimo zapewnień ojca, Noah tylko jęknął i odwrócił się do ściany na znak protestu.
Julian znał powód, dla którego Noah bał się igieł. Pół roku temu chłopiec zachorował na zapalenie płuc, przez co musiał spędzić w szpitalu całe dwa tygodnie. Od tamtej pory nienawidził igieł.
Julian właśnie miał zacząć wyliczać korzyści płynące ze szczepienia, gdy kątem oka zauważył panna Jewel wychodzącą z kuchni. Przez chwilę mógłby przysiąc, że spojrzała w miejsce, gdzie wcześniej siedział.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech; zastanawiał się, czy panna Jewel szukała go wzrokiem. Szepnął niemal bezgłośnie: „Może czas się przedstawić. Noah też mogłaby polubić”.
„Eee, panie Sterling? Gotowy do drogi?”. Przeniósł wzrok na drzwi i zobaczył Cartera.
„Tak, chodźmy. Noah jest z tobą?” – zapytał Julian, spokojnie patrząc na Cartera.
„Yyy…”. Carter zmarszczył brwi i odpowiedział: „Ja… ja dopiero wszedłem, panie Sterling. Czy nie był z panem?”.
Słowa Cartera odbiły się echem w głowie Juliana, sprawiając, że zaczął gorączkowo obracać się we wszystkich kierunkach. Szybko omiótł wzrokiem wnętrze restauracji, a gdy nie znalazł Noah, podszedł do recepcjonistki i zapytał: „Przepraszam, czy widziała pani chłopca o takim wzroście? Przed chwilą był ze mną”.
„Hm”. Recepcjonistka nie była pewna. W głowie jej się mieszało, biorąc pod uwagę, ilu chłopców widziała tego popołudnia. Odpowiedziała: „Chyba… wyszedł na zewnątrz. Tak, zgadza się. Wyszedł na zewnątrz”.
Bez dłuższego namysłu Carter i Julian wybiegli na ulicę w poszukiwaniu Noah. Sprawdzając okoliczne budynki, rozdzielili się. Julian zadzwonił nawet po innych ochroniarzy ze Sterling Onyx Corporation, by pomogli w poszukiwaniach.
Po długich staraniach Julian wrócił do domu z nadzieją, że Noah sam znalazł drogę do apartamentu.
****
„Carter! Znalazłeś go? Jak mogłeś spuścić go z oczu? Wiesz, jaki on czasem potrafi być!”. Wewnątrz apartamentu na najwyższym piętrze hotelu Third Onyx Julian gorączkowo zrzucał winę na ochroniarza syna, Cartera. Raz po raz przeczesywał palcami swoje ciemnoblond włosy, a jego mocno zarysowana szczęka zacisnęła się z rozpaczy.
„Ja?” – Carter był zdezorientowany, wskazując na siebie palcem. „A to nie pan? Przecież to pan gapił się ciągle na pannę Jewel!”.
„Arrrgh!” – zajęczał Julian w odpowiedzi na sarkazm Cartera. W głębi duszy wiedział, że to jego wina. Jego duma po prostu nie pozwalała mu się do tego przyznać.
„Wezwijmy policję. Minęły już dobre dwie godziny! Zaczynam się naprawdę bać” – zasugerował Julian, podnosząc głos.
„Proszę pana! Na dole jest jakaś pani z Noah. Znalazła go i chce go osobiście odprowadzić na górę” – powiedział inny ochroniarz, który trzymał telefon przy uchu, wyraźnie zaalarmowany przez personel hotelu.
Zapadła cisza, gdy wszyscy w apartamencie przyswajali tę dobrą wiadomość.
Pierś Juliana rozpierał wcześniej lęk, ale słysząc ten raport, zaczął gwałtownie łapać powietrze, zamknął oczy i wypuścił głośne westchnienie ulgi. „Dzięki Bogu! Niech wchodzą”.
Kilka uderzeń serca później wysoka sylwetka Juliana przemierzała salon tam i z powrotem tuż przed drzwiami. Odwrócił się do drugiego pomocnika i zapytał: „Jesteś pewien, że już jadą?”.
„Tak, panie Sterling. Szef ochrony hotelu ich prowadzi” – odpowiedział Carter.
W końcu zadzwonił dzwonek. Julian odwrócił się gwałtownie i z ekscytacją otworzył drzwi. Ku jego zaskoczeniu stała przed nim znajoma kobieta trzymająca jego syna. Patrzyła na niego, a konkretnie na jego bluzę, jako że nie miał już na sobie kapelusza ani okularów.
„Pan Baloo?” – zapytała Jewel, a po jej minie poznał, że jest bardzo skonsternowana.
„Panna Jewel?” – odpowiedział mimowolnie.
Cisza trwała dłuższą chwilę, zanim kobieta doprecyzowała: „Mówi pan do mnie panno Jewel?”.
Julian nie mógł powstrzymać się od syknięcia, że został przyłapany. Jak miał jej to teraz wyjaśnić? „Ach, tak, słyszałem, jak jeden z klientów nazywał panią Jewel. Uznałem, że to pani imię. Czy to… panna Jewel?”.
















