Słysząc, że ktoś ma takie samo zdanie jak ona, Nessa uśmiechnęła się szeroko. — Właśnie to samo jej powtarzam, Luno Roweno — powiedziała.
Skoro sugerowała to sama Luna, Lyanna nie mogła tak łatwo odmówić, prawda?
— Spójrz, będziesz w niej wyglądać przepięknie, Lyanno. Ma taki sam kolor jak twoje imię. Wybrałam ją specjalnie dla ciebie. — Luna Rowena patrzyła na nią z taką troską i ciepłem, jak prawdziwa matka, której Lyanna nigdy nie miała.
Myślała, że ta dobra Luna naprawdę nią zostanie, gdy zwiąże się z Corbinem. Ale jak mogła ją tak nazywać, skoro jej relacja z Corbinem legła w gruzach?
Teraz to Zira miała stać się jej córką...
Lyanna zagryzła wargę; nienawidziła tego imienia. Nienawidziła kobiety, która odebrała jej szczęście, ale jeszcze bardziej nienawidziła Corbina za to, że się poddał i jeszcze śmiał ją obwiniać za swoją niewierność.
— Chodź tutaj i przymierz ją.
Widząc ciepło Roweny i jej autentyczne zmartwienie, Lyanna nie miała wyjścia – musiała założyć suknię i zmusić się do pójścia na przyjęcie, mimo że atmosfera w watasze była napięta.
W końcu to przyjęcie powitalne było dla ludzi, którzy próbowali ich zniszczyć, walcząc z wilkołakami na granicy, by poszerzyć swoje terytoria.
Nie wspominając o tym, że to ci sami ludzie zabili wielu ich znajomych z watahy – tych biednych wojowników, którym nie dane było wrócić do domu.
Oczywiście, pod maską świętowania wciąż kryła się złość i gorycz, choć na stołach nie brakowało alkoholu i jedzenia, a mury Księżycowego Sanktuarium drżały od głośnej muzyki.
— Wyglądasz niesamowicie! — wykrzyknęła Nessa, nakładając makijaż na bladą twarz Lyanny. Dziewczyna i tak była piękna, więc Nessa nie musiała robić zbyt wiele.
Kolor sukni idealnie współgrał z urodą Lyanny. Wyglądała pociągająco i olśniewająco, a jedynie smutek w jej oczach psuł nieco ten idealny obraz.
Jednak mimo zachwytów Nessy, Lyanna wcale nie czuła się piękna. Czuła się fatalnie.
— Nie rób takiej miny — powiedziała łagodnie Nessa, ujmując twarz przyjaciółki w dłonie i lekko rozciągając jej kąciki ust w wymuszonym uśmiechu. — Opłakiwałaś go przez tydzień. Pokaż mu, co stracił przez swoją niewierność. — Nessa potrząsnęła głową. — To nie ty powinnaś być załamana, tylko on. To strata Corbina, że nie będzie miał cię za swoją Lunę.
Plotki o Zirze i Corbinie zdążyły się już rozejść, a zniknięcie Lyanny pozwoliło ludziom szybko połączyć fakty.
Lyanna posłała Nessie słaby uśmiech i w końcu wyszła za przyjaciółką z pokoju.
— Nie martw się, jest tyle ludzi, że na pewno nie wpadniemy na Corbina i Zirę — pocieszała ją Nessa, chwytając ją za rękę.
Te dwa imiona wywołały kolejną falę bólu w sercu Lyanny, gdy podążała za przyjaciółką do ogrodu.
Noc była piękna i pełna życia, choć wyczuwało się napięcie, zwłaszcza gdy w zasięgu wzroku pojawiali się likanie. Inni patrzyli na nich z nieskrywaną nieufnością.
Lyanna po raz pierwszy widziała likanów na własne oczy. Rzeczywiście zasługiwali na miano najsilniejszych zmiennych w tym świecie – mężczyźni byli potężni i wysocy, a kobiety, choć piękne, biły siłą, jakby każda z nich mogła bez trudu powalić samca na łopatki.
Słyszała, że w watasze likanów są kobiety-wojowniczki, dlatego mimo mniejszej liczebności ich siła militarna była ogromna, skoro kobiety również stawały na polu bitwy.
— Nie wierzę, że ktoś może być aż tak wysoki — szepnęła Nessa, gdy mijał je mężczyzna z watahy likanów. Obie ledwo sięgały mu do ramienia.
Lyanna zerknęła na niego, ale nic nie powiedziała.
Szły uliczkami, przy których ustawiono mnóstwo straganów.
— Jestem zmęczona — rzuciła Lyanna. Kręciło jej się w głowie od tłumu, zwłaszcza gdy ludzie witali ją z troską w oczach. Czuła, że aż ich korci, by zapytać o nią i Corbina, ale na szczęście byli na tyle uprzejmi, by zachować to dla siebie. — Chcę tam usiąść. Idź sama, ja tu na ciebie poczekam.
Lyanna wskazała stragan z napojami. Był prawie pusty, siedziało tam tylko dwóch klientów. Czuła się przytłoczona i wiedziała, że nie zrobi już ani kroku.
— Ach, no dobrze — odparła Nessa nieco zawiedziona, ale patrząc na twarz przyjaciółki, wiedziała, że nie może jej zmuszać. — Na pewno nic ci nie będzie, jak zostaniesz sama?
Lyanna wymusiła uśmiech, by ją uspokoić. — Idź, bo ominą cię najlepsze rzeczy.
Nessa zmarszczyła nos i odeszła uradowana. Uśmiech zniknął z twarzy Lyanny, gdy tylko została sama i skierowała się do straganu.
— O, Lyanna! — przywitał ją starszy mężczyzna. Zamienili kilka słów, zanim zamówiła napój.
— Czy ma pan coś słodkiego? — zapytała ochrypłym głosem, a starzec podał jej szklankę z czerwonym płynem.
Lyanna podziękowała i zamilkła, nie wykazując zainteresowania otoczeniem. Dopiero po kilku minutach poczuła na sobie czyjś wzrok.
















