Lyanna nie mogła już usiedzieć w miejscu ani cieszyć się przyjęciem, podczas gdy Corbin unikał jej jak zarazy. Wymyślał najbardziej niedorzeczne wymówki, byle tylko nie zostać z nią sam na sam, i ignorował wszystkie pytania o to, dlaczego tak się dystansuje.
Od jego powrotu nie było uścisków, pocałunków ani słowa wyjaśnienia na temat jego zachowania. Lyanna nie mogła mu nawet porządnie pogratulować i powiedzieć, jak bardzo się cieszy, że wrócił.
Nie mogła domagać się jego uwagi, bo na głównym dziedzińcu otaczało ich mnóstwo ludzi, podczas gdy kobieta, z którą przyjechał rano, przebywała w jego sypialni. Co to miało znaczyć? Luna Rowena i Alfa Garrick milczeli, powtarzając jedynie: „Porozmawiamy o tym po przyjęciu”.
Może to przemawiała przez nią paranoja, ale odnosiła wrażenie, że pozostali wojownicy patrzą na nią z litością.
W końcu, po godzinach udręki, kiedy Lyanna była już u kresu wytrzymałości, usiedli razem w gabinecie Alfy.
Lyanna zajęła miejsce obok Luny Roweny. Rowena kurczowo trzymała ją za rękę, a jej oczy wypełniły się łzami. Dlaczego płakała?
— Co tu się dzieje? Co wy wiecie, a czego ja nie wiem? Kim jest ta kobieta? — Wszystkie pytania Lyanny napotykały ciszę.
— Poczekajmy na Corbina, on wszystko wyjaśni — powiedział w końcu Alfa Garrick. Ponieważ Lyanna nie mogła sprzeciwić się Alfie, przestała pytać.
Czekali w milczeniu przez kolejne piętnaście minut, aż Corbin wszedł do gabinetu wraz z „nią”, kobietą z poranka. Szli ramię w ramię, a ten widok sprawił, że Lyanna poczuła fizyczny ból. Miała złe przeczucia co do tego, co zaraz nastąpi, ale wciąż żyła w zaprzeczeniu.
To niemożliwe, żeby Corbin jej to zrobił. Byli przeznaczonymi partnerami, pisane im było wspólne życie. To musi być jakieś nieporozumienie.
Usiadł obok tamtej kobiety, wciąż unikając wzroku Lyanny. Jak to możliwe, że ten człowiek bez lęku szarżował na wroga, a nie potrafił znaleźć w sobie odwagi, by na nią spojrzeć?
— Matko, ojcze — zaczął Corbin, odchrząkując. Wyglądał na zdenerwowanego, splatając dłonie – robił tak zawsze, gdy był spięty. — Kobieta, o której wspomniałem w liście, Zira... — spojrzał na siedzącą obok niego kobietę i znów odchrząknął. — Wybieram ją na swoją partnerkę.
Nie było w tym ani słowa uznania dla Lyanny, która siedziała oniemiała, podczas gdy Luna Rowena wciąż ściskała jej dłonie, jakby próbowała utrzymać ją w całości po tym, co właśnie usłyszała.
— A co ze mną? — zapytała Lyanna. — Kim teraz dla ciebie jestem? Dlaczego mi to robisz? Kim jest ta dziewczyna? — Pytania sypały się z niej lawinowo, a ciało drżało, gdy najgorszy scenariusz urzeczywistniał się na jej oczach.
Corbin wziął głęboki oddech i po raz pierwszy od powrotu spojrzał Lyannie w oczy. Nie widziała w nich jednak miłości, lecz człowieka tonącego w poczuciu winy i wstydzie, szukającego usprawiedliwienia dla swoich czynów.
— Co tu się właściwie dzieje? — powtórzyła Lyanna, ale echo jej głosu w tym pokoju brzmiało pusto i beznadziejnie.
Corbin mocniej zacisnął dłoń, próbując zebrać się na szczerość, ale to Zira odezwała się pierwsza.
— Ty musisz być Lyanna — powiedziała Zira. — Przykro mi, że tak to się potoczyło, nie chcieliśmy tego, ale teraz Corbin musi wziąć na siebie odpowiedzialność.
— Jaką odpowiedzialność masz na myśli? — Lyanna poczuła, jak uścisk Roweny się zacieśnia, a Luna zaczyna cicho łkać. Wtedy zrozumiała, że jej najgorszy koszmar właśnie się spełnił.
Corbin zacisnął usta w wąską linię, znów uciekając wzrokiem. To dziewczyna mówiła za niego.
— Jestem w ciąży z pierwszym dzieckiem Alfy — oznajmiła Zira. — Przykro mi, że dowiadujesz się o tym w ten sposób. — Przepraszała, ale w jej głosie nie było ani krzty żalu.
Odruchowo Lyanna spojrzała na jej brzuch. Nic jeszcze nie było widać, więc prawdopodobnie był to wczesny etap. To oznaczało, że sypiał z nią w tym samym czasie, gdy pisał te słodkie listy miłosne do Lyanny, zapewniając ją o swojej miłości i o tym, jak nie może doczekać się ich spotkania.
Lyanna nie mogła tego dłużej znieść. Nie chciała załamać się na oczach tych ludzi. Byli tak podli, a zwłaszcza...
— Od jak dawna o tym wiecie? — Tym razem zwróciła się do Alfy Garricka i płaczącej Roweny.
— Od dwóch miesięcy — odparł Alfa Garrick.
A więc ukrywali to przed nią przez dwa miesiące, udając, że nic się nie stało?
Nie mogąc wytrzymać ani sekundy dłużej, Lyanna wyszarpnęła dłonie z uścisku Luny Roweny i wstała. Nie mówiąc ani słowa, ruszyła pędem do wyjścia. Słyszała, jak Corbin woła jej imię, biegnąc za nią.
— Lyanna! — Corbin dogonił ją na korytarzu i siłą obrócił twarzą do siebie. — Nie bądź taka, możemy o tym porozmawiać.
— O czym tu jeszcze rozmawiać?! — Miała ochotę wymierzyć mu siarczysty policzek. — Zrobiłeś dziecko innej kobiecie!
— To był błąd! Nie było cię przy mnie, byłem samotny! — Corbin również podniósł głos.
Lyanna patrzyła na niego z niedowierzaniem. Czy to była najlepsza wymówka, na jaką go było stać? — Spodziewałeś się, że pójdę na linię frontu tylko po to, żeby grzać ci łóżko?
















