Corbin spuścił głowę, a widok jego postawy zabolał Lyannę bardziej niż cokolwiek innego. Nie mogła uwierzyć, że to ten sam mężczyzna, na którego czekała przez cały ten czas – jej partner, jej bratnia dusza... ktoś, z kim miała spędzić resztę swoich dni.
— Walki były niezwykle zaciekłe. Nie zrozumiesz tego, bo cię tam nie było — powiedział Corbin z twardo zaciśniętą szczęką, jakby chciał podkreślić ogrom swoich cierpień. — Byłem samotny, a ty byłaś daleko.
— Więc pierwszą rzeczą, jaka przyszła ci do głowy, było znalezienie sobie innej kobiety do pieprzenia?! — wykrzyknęła Lyanna, zraniona do żywego jego nędznymi wymówkami. Właściwie powiedział jej prosto w twarz, że zapłodnił tamtą kobietę tylko dlatego, że nie potrafił znieść samotności i zapanować nad swoim popędem.
— Lyanna! — on też krzyknął, ale nie miał żadnych sensownych argumentów. — Nie rozumiesz, co czułem! To nie ty walczyłaś z tymi likanami! Nie wiesz, jak to jest być o krok od śmierci!
Łza spłynęła po policzku Lyanny. On nawet nie przeprosił za to, co zrobił. Próbował usprawiedliwić swoje czyny i chciał, by Lyanna spojrzała na to z jego perspektywy, by go zrozumiała.
Ale co z nią?!
— Czekałam na ciebie, ucząc się, jak być dla ciebie idealną Luną po twoim powrocie. Chciałam, żebyś był ze mnie dumny — Lyanna brutalnie otarła łzy. — Ja też byłam samotna. Chciałam mieć cię przy sobie. Każdego dnia i nocy modliłam się o twój bezpieczny powrót, żebyśmy znów mogli być razem. Ani razu nie przeszło mi przez myśl, żeby znaleźć innego mężczyznę, który wypełniłby pustkę po tobie.
Corbin zacisnął zęby. Widok szlochającej Lyanny sprawiał mu fizyczny ból. Więź partnerstwa wciąż ich łączyła. Czuł cierpienie Lyanny, czuł w swojej krwi, jak bardzo zranił swoją drugą połowę. Jej głos drżał przy każdej sylabie, bo z trudem powstrzymywała targające nią emocje.
— To co innego, Lyanna — Corbin potrząsnął głową. — Nie rozumiesz. Nasze sytuacje były inne.
Wciąż to samo. Nadal ani słowa „przepraszam”.
Lyanna zacisnęła zęby, patrząc na niego z niedowierzaniem. — Nawet nie przeprosiłeś za to, co zrobiłeś, Corbin. A ja, głupia, myślałam, że przynajmniej jest ci choć odrobinę przykro.
Corbin wyglądał na zaskoczonego, jakby o tym w ogóle nie pomyślał. Był tak zajęty obroną i byciem w defensywie – wiedząc, że postąpił źle – że jego pierwotnym instynktem było wymuszanie zrozumienia na Lyannie.
— Lyanna, ja... — zajaknął się. — Przepraszam.
To słowo zabrzmiało w uszach Lyanny wyjątkowo tanio. — Wcale nie jest ci przykro, Corbin. Nie żałujesz tego. Twoje słowa są puste.
— Lyanna. — Corbin podszedł bliżej i mocno chwycił ją za ręce. — Lyanna, znajdziemy wyjście z tej sytuacji... wciąż możemy być razem.
Lyanna zmrużyła oczy. Intuicja podpowiadała jej, że to, co zaraz usłyszy, wcale jej się nie spodoba.
— Co masz na myśli?
Corbin miał nieprzenikniony wyraz twarzy. — Wciąż możemy być razem... — powtórzył tylko, a to wystarczyło Lyannie.
Wyszarpnęła mu ręce i posłała mu wściekłe spojrzenie. — Jeśli myślisz, że zgodzę się na taki układ, to bardzo grubo się mylisz — warknęła przez zaciśnięte zęby.
Zanim Corbin zdążył cokolwiek dodać, Lyanna odwróciła się i uciekła. Powstrzymywała się od głośnego szlochu, a w oddali wciąż niosła się głośna muzyka z festynu, na którym ludzie świętowali powrót wojowników.
Ale w tej chwili Lyanna opłakiwała śmierć więzi, którą dzieliła ze swoim partnerem.
Chciała odrzucić Corbina, ale jej serce nie było jeszcze gotowe na ostateczne zerwanie więzi. Nigdy nie czuła tak obezwładniającego bólu.
Przez resztę tygodnia Lyanna nie wychodziła ze swojej sypialni. Prawie nie jadła, a za każdym razem, gdy Corbin przychodził pod jej drzwi, zastawał je zamknięte na klucz.
Tylko Luna Rowena, Alfa Garrick i kilku jej najbliższych przyjaciół wiedziało, co się stało. Pozostali członkowie watahy zaczęli się zastanawiać, kim jest kobieta, która nie odstępuje Corbina na krok.
— Lyanna, nie smuć się już... — powiedziała cicho Nessa. Była jej najbliższą przyjaciółką; znały się od dziecka, jeszcze z sierocińca. — Wyjdźmy na zewnątrz, poczujesz się lepiej, jeśli weźmiesz udział w uroczystościach. — Nessa szturchnęła ją lekko, próbując zachować radosny ton, choć w głębi duszy było jej Lyanny strasznie żal.
Jak własny partner mógł zrobić coś tak potwornego?
— Nie chcę czuć się lepiej, Nesso. Chcę po prostu zniknąć. — Łzy znów napłynęły do jej pięknych oczu. Jej długie włosy były w nieładzie; od dni przestała o siebie dbać. Wyglądała, jakby była w żałobie po Corbinie, mimo że ten bezpiecznie wrócił do domu.
— Nie mów tak, Lyanno. Chodźmy chociaż na krótki spacer. Dziś wieczorem odbędzie się przyjęcie powitalne dla gości z watahy likanów.
Tak. Likanie mieli zostać tu przez co najmniej tydzień, podczas gdy ich przywódca miał podpisać traktat pokojowy z pozostałymi pięcioma alfami.
Alfy przyjechały wczoraj, teraz czekano już tylko na Alfę Likanów i jego świtę.
W tym momencie Luna Rowena zapukała do drzwi, a Nessa jej otworzyła.
— Lyanno. Chcę ci pokazać suknię, którą założysz na dzisiejszy wieczór. Myślę, że wyjście do ludzi dobrze ci zrobi.
















