O dziewiętnastej trzydzieści lotnisko było zatłoczone. Ludzie spieszyli się we wszystkich kierunkach, każdy pogrążony we własnym świecie.
Valerie stała przy wyjściu z bukietem tulipanów w dłoni, a w jej piersi trzepotały nerwy.
Miała na sobie beżowy płaszcz, a włosy upięte w gładki kok, co nadawało jej słodki, niewinny wygląd – jakby żywcem wyjęty z filmu Hallmarku.
Przemknął chłodny podmuch wiatr
















