– Donieść na Audrey i Gideona? Oszalałaś? Myślisz, że rodzina Lockwoodów to ktoś, kogo możemy bezkarnie prowokować? – warknął Victor, a jego głos przesycony był irytacją.
– Więc co mamy zrobić? Audrey podczepiła się pod tę rodzinę, wiedząc, że nie odważymy się przekroczyć pewnych granic. Jeśli nie zadziałamy szybko, zagarnie dla siebie cały spadek – syknęła Vivienne, a jej twarz pociemniała z frustracji.
Rodzina Harlowów balansowała na krawędzi bankructwa. Kolekcja antyków Diany stanowiła ich ostatnią deskę ratunku, jedyną rzecz, która mogła ocalić ich przed ruiną.
Jeśli nie uda im się jej zdobyć, nie tylko rodzina upadnie, ale wystawne życie Vivienne stanie się zaledwie mglistym wspomnieniem. Zostanie z niczym.
– Musimy zdobyć ten spadek – warknął Victor, a jego wyraz twarzy stwardniał w posępnej determinacji. W jego mętnych z racji wieku oczach zabłysła niebezpieczna zawziętość.
– Czy Addy wie o spadku? – wtrącił Damian, a na jego twarzy pojawił się cień zwątpienia.
Victor i Eleanor wymienili ciężkie westchnienia. – Wie o swojej prawdziwej matce. Spadek... cóż, to tylko kwestia czasu, zanim dowie się i o tym.
Damian zmarszczył brwi w zamyśleniu. – To komplikuje sprawy. Jeśli Addy wie o wszystkim, ma pełne prawo samodzielnie odebrać spadek.
Zaczął go dręczyć żal. „Niech to szlag. Gdybym wiedział, że Audrey odkryje prawdę, nie wiązałbym się z Vivienne. Przynajmniej mogłem najpierw ożenić się z Audrey i zgarnąć spadek, zanim to wszystko wybuchło”.
– Nie może go odebrać. Jeszcze nie – mruknął Victor, rozmasowując skronie. – Kiedy Diana spisywała testament, wyraźnie zaznaczyła, że do odebrania spadku wymagane są podpisy zarówno męża, jak i żony.
Oczy Damiana zabłysły nagłym podnieceniem. – To idealnie. Gideon to roślina – nie ma mowy, żeby cokolwiek podpisał.
W jego mniemaniu problem rozwiązał się sam. Uważał, że konflikt między rodziną Harlowów a Audrey to nie jego sprawa.
Był przekonany, że jeśli teraz zdystansuje się od Vivienne, Audrey mogłaby mu wybaczyć. A kiedy to zrobi, ogromny spadek i tak wpadnie mu w ręce.
Coraz bardziej zadowolony z własnego planu, Damian z zapałem pochylił się do przodu. – Panie Harlow, mam pewien pomysł.
– Mów – zażądała Vivienne, kipiąc ze zniecierpliwienia.
Damian zawahał się, zerkając niezręcznie na Vivienne. – Ale to będzie oznaczało, że Vivienne będzie musiała się nieco poświęcić...
Twarz Vivienne natychmiast zrzedła. – Co masz na myśli, Damianie?
Spojrzenie Damiana wyostrzyło się, odsłaniając przebiegły błysk. – Audrey i ja byliśmy razem przez rok. Ona coś do mnie czuje. Jedynym powodem jej wściekłości jest to, że dowiedziała się, iż Vivienne jest w ciąży z moim dzieckiem. Ale gdybym powiedział jej, że to pomyłka, że Vivienne już... się tym zajęła...
– Nie zrobię tego – przerwała mu Vivienne, a jej głos był ostry i nieustępliwy. – Nie pozbędę się tego dziecka. On jest dowodem naszej miłości.
– Vivienne – powiedział kojąco Damian, sięgając po jej dłoń. – Nie mówię, że naprawdę musisz to zrobić. Mówię, że ją okłamiemy.
– Och... – Dąsy Vivienne złagodniały, choć wciąż trzymała się jego ramienia, udając słodką i nieśmiałą. – W takim razie w porządku. Ale lepiej, żebyś naprawdę się w niej nie zakochał. I pod żadnym pozorem nie możesz mnie zranić ze względu na nią.
– Oczywiście, że nie, kochanie – zaśmiał się Damian, figlarnie pukając ją w nos. – Kiedy to wszystko się skończy, ożenię się z tobą. Obiecuję.
– W porządku. – Uśmiech powrócił na twarz Vivienne, promienny i zadowolony, gdy przytuliła się do niego mocniej.
*****
Gdy niebo pociemniało, przybierając miękką, zmierzchową mgłę, Genevieve postanowiła w wielkim stylu uczcić małżeństwo Audrey i Gideona. Pracownicy kuchni przeszli samych siebie, przygotowując wystawny poczęstunek, który zawstydziłby królewską ucztę.
Przyniosła nawet wykwintną butelkę czerwonego wina z rocznika, dzieląc się nim z Audrey podczas serdecznych toastów i śmiechu.
Tymczasem sam pan młody, Gideon, leżał zupełnie nieruchomo i samotnie w swojej sypialni. Przez jego umysł przetaczał się wir myśli, dziesiątki emocji burzyły się w nim, ale jego unieruchomione ciało nie zdradzało żadnych oznak tej wewnętrznej burzy, a on sam nie mógł z tym absolutnie nic zrobić.
Tym, czego w tamtym momencie pragnął najbardziej, była obecność Audrey. „Wracaj wreszcie” – myślał desperacko – „po prostu usiądź przy mnie, mów do mnie, cokolwiek”.
Wydawało się, że minęła wieczność, zanim drzwi sypialni otworzyły się ze skrzypieniem. Audrey w końcu wróciła, a jej policzki żarzyły się delikatnym, różowym odcieniem od wina. Rozluźniona alkoholem, poruszała się chwiejnym, beztroskim krokiem.
Zatoczyła się w stronę łóżka, odrzuciła pościel i opadła obok niego, a jej ciepłe ciało z westchnieniem zapadło się w materac.
Delikatna nuta wina przylgnęła do niej, drażniąc jego zmysły i nadszarpując jego i tak kruchą już cierpliwość. Umysł Gideona wypełniła ostra, oskarżycielska myśl. „W naszą pierwszą noc jako małżeństwo, ty mnie zostawiasz, żeby iść pić?”
Audrey, jak zawsze, usłyszała go głośno i wyraźnie. Zachichotała, a jej głos przesiąknięty był podchmieloną figlarnością. – Przecież nie piłam sama, okej? Twoja mama i ja miałyśmy imprezę życia. – Cicho czknęła, po czym zadrżała i instynktownie przytuliła się do niego, szukając ciepła.
Gideon natychmiast zesztywniał. Jej miękkie, ciepłe ciało dociskające się do jego było niemal nie do zniesienia. Jego mięśnie napięły się mimowolnie, a znane, niepożądane gorąco zaczęło pulsować w jego żyłach.
Warknął, a jego wewnętrzny głos przepełniony był sfrustrowaną powściągliwością: „Odsuń się ode mnie”.
– Nie-e – wymamrotała buntowniczo Audrey, owijając ramiona wokół jego szyi, jakby zaznaczała swoje terytorium. Wtuliła się w niego jeszcze mocniej, ocierając się o niego jak psotny kociak. – Twoja mama powiedziała, że musimy dzielić łóżko. Małżeństwa tak robią, wiesz?
Jej demonstracja intymności doprowadzała go na skraj wytrzymałości. Jego ciało zareagowało z intensywnością, nad którą nie miał kontroli, każdy nerw płonął, a pożądanie w stosunku do niej rozpaliło się w nim jak dziki ogień. Znów miał erekcję, co wprawiało go w upokorzenie.
Ale przez ułamek sekundy nie pragnął niczego więcej, jak tylko przyciągnąć ją jeszcze bliżej, posiąść ją.
Podniecała go, ale nie śmiał wypowiedzieć swoich myśli, nawet w prywatności własnego umysłu, bo ona słyszała każdą z nich. Absolutnie nie mógł pozwolić sobie na przyznanie, że żywi do niej niewypowiedziane uczucia.
Audrey, nieświadoma jego wewnętrznej walki, westchnęła z tęsknotą w jego klatkę piersiową. – Gideon, masz tyle szczęścia. Twoja mama chroni cię jak zaciekła lwica. Utrzymała dziedzictwo waszej rodziny w nienaruszonym stanie. Wiesz o tym?
Jej słowa natychmiast otrzeźwiły jego myśli. Ostre ukłucie niepokoju wkradło się do jego umysłu. „Co masz na myśli? Czy Charles i jego rodzina próbowali czegoś?”
– Taa, i to jak – odpowiedziała swobodnie Audrey, słysząc jego niewypowiedziane pytanie. – I to nie raz. Myślą, że już na zawsze jesteś wyłączony z gry, więc krążą jak sępy. Jeśli wkrótce się nie obudzisz, może im się to naprawdę udać.
Zachichotała, ale jej słowa przypominały lodowate sztylety, które w niego wbijano. – Więc obudź się w końcu. Nie pozwól im dostać tego, czego chcą.
Krew ścięła się w żyłach Gideona. „Niech to szlag. Lockwood Group to krew, pot i łzy mojego ojca. Zbudował to od zera, walcząc zaciekle o przetrwanie. Gdzie był wtedy Charles i jego rodzina, kiedy mój tata ledwo wiązał koniec z końcem?
Nie kiwnęli nawet palcem, żeby pomóc. A teraz, kiedy wszystko kwitnie, a oni nadal żerują na jego spuściźnie, chcą zabrać to wszystko? Po moim trupie. Nie pozwolę im zniszczyć tego, na co zapracował mój ojciec. Muszę się obudzić. Muszę”.
Zebrał w sobie każdą uncję siły, pragnąc otworzyć oczy, poruszyć palcami, cokolwiek. Ale ciało znów go zdradziło, odmawiając posłuszeństwa.
Bezpouczający się i wyczerpany wydał z siebie wewnętrzny krzyk frustracji, po czym poddał się rozpaczy bezruchu.
– Gideon, twoja klatka piersiowa jest taka twarda. – Głos Audrey przebił się przez jego mroczne myśli, lekki i drażniący. Szturchała go swoimi delikatnymi palcami, badając twarde płaszczyzny jego klatki piersiowej. – Czy od trenowania sztuk walki twoje mięśnie są tak wyrzeźbione?
Jej dotyk wywołał dreszcze, które przeszły przez jego ciało, ale tym razem tlący się gniew i nienawiść do Charlesa i jego rodziny zapewniły wystarczająco dużo rozproszenia, by nie stracił całkowicie kontroli.
„Audrey, zrób mi przysługę” – głos Gideona odbił się chłodno w ich umysłach, ostry jak brzytwa rozcinająca ciszę.
– Jaką przysługę? – zapytała Audrey lekko i figlarnie, nadal szturchając jego klatkę piersiową. Jej palce badały twarde mięśnie, jakby były jej nową ulubioną zabawką. Im bardziej go szturchała, tym bardziej wydawała się zafascynowana.
Cierpliwość Gideona wyczerpała się. Jakże pragnął odepchnąć jej psotną dłoń, ale przez niereagujące ciało był bezsilny. Zacisnął metaforyczne zęby, zmuszając się do wytrzymania, po czym wydał w myślach kolejne polecenie. „Najpierw przestań mnie dotykać”.
– Dobra, dobra – odpowiedziała z uśmiechem, posłusznie cofając dłoń, choć jej oczy błyszczały z droczącego się rozbawienia.
Wypuścił powietrze w myślach, uspokajając się. „Znajdź Dominica. Sprowadź go z powrotem, by został moim osobistym lekarzem. Następnie poinformuj Marcusa, że mój wypadek samochodowy nie był wypadkiem – to było celowe. Przekaż mu, by przeprowadził gruntowne śledztwo”.
– To są dwie przysługi, nie jedna – odparła Audrey, a jej usta ułożyły się w uroczy dzióbek, który wydawał się aż nazbyt wyćwiczony.
Gideona na chwilę zatkało. Nie mógł uwierzyć, że ona poważnie negocjuje coś, czego przekazanie nie zajęłoby jej nawet minuty. Jego myśli stały się uszczypliwe. „Audrey, jeśli nadal chcesz mojej ochrony...”
– Błąd. Dopóki się nie obudzisz, to twoja mama mnie chroni – przerwała mu z chytrym uśmiechem, a jej podchmielony wzrok napełnił się psotnym błyskiem.
Jej zuchwałość na moment go oszołomiła. Wiedziała, jak wcielić się w rolę posłańca, ale najwyraźniej nie zamierzała ułatwiać mu sprawy, a jej kokieteryjne zachowanie sprawiało, że było jasne, iż oczekuje czegoś w zamian.
Oczywiście, nie ośmieliłaby się sama o tym wspomnieć – czekała, aż on pierwszy to zaproponuje.
Pierś Gideona uniosła się z irytacji, a jego frustracja narastała. Nie mógł uwierzyć, że jest tak lekkomyślna, myśląc, że może nim w ten sposób sterować. W głębi duszy przysiągł sobie, że gdy tylko znów będzie mógł mówić i się ruszać, pokaże jej, jak bardzo go zlekceważyła, i da jej nauczkę.
Pomimo jego fizycznego unieruchomienia sama siła jego obecności nadal ciążyła na Audrey niczym ciężka burzowa chmura. Przełknęła nerwowo ślinę, wyczuwając namacalne napięcie, ale pozostała cicho, czekając na jego kolejny ruch.
W końcu Gideon ustąpił, a jego ton był stalowy i nieustępliwy. „Zrób, o co cię proszę, a już nigdy nie będziesz musiała kłaniać się rodzinie Harlowów. Gwarantuję ci to”.
– Nawet po tym, jak się obudzisz i weźmiesz ze mną rozwód? – Oczy Audrey rozbłysły ekscytacją, a jej głos nabrał bezdechu.
„Tak” – odpowiedział w milczeniu.
– Zgoda. – Uśmiech Audrey rozszerzył się, a jej zadowolenie było nie do pomylenia. Właśnie na to czekała – na zapewnienie, którego potrzebowała.
Ich pospieszne małżeństwo było ryzykowną grą, w której Gideon potrzebował żony, by spłodzić dziedzica, będąc nadal w stanie wegetatywnym.
Ale Audrey nie miała złudzeń co do ich przyszłości. Jego żelazna wola niemal gwarantowała, że w końcu się obudzi, a kiedy to nastąpi, rozwód będzie nieunikniony.
Sądziła, że bez jego obietnicy ochrony rodzina Harlowów stałaby się dla niej zagrożeniem, którego nie mogłaby zignorować, gdyby nie zdołała się z nimi do tego czasu rozprawić. Teraz, gdy jego zobowiązanie zostało przypieczętowane, poczuła, jak spływa na nią fala ulgi.
– Zadzwonię od razu. – Szybkim pociągnięciem koca Audrey wygrzebała się z łóżka, całkowicie zapominając, że Gideon leży tam na wpół nagi, ubrany tylko w bokserki. Nocny chłód był ostry i bezlitosny, sprawiając, że pokój przypominał lodówkę.
Wystawione na kąsające powietrze, uśpione ciało Gideona zaczęło mimowolnie drżeć.
Zdając sobie sprawę z przeoczenia, Audrey pospiesznie naciągnęła z powrotem na niego koc. Ale w pośpiechu jej dłoń przypadkowo nacisnęła tam, gdzie zdecydowanie nie powinna była.
















