Vanya kucała za gęstą ścianą ciernistych krzewów, a oddech uwiązł jej w gardle. Dudniąca groźba Torina wstrząsnęła liśćmi nad jej głową, płosząc stado wron, które rozsypało się na tle szarego, porannego nieba. Pot pokrył jej dłonie, a serce tłukło się o żebra jak uwięziony ptak. Spojrzała w lewo, potem w prawo. Gęste sosny tworzyły wokół niej nieprzeniknioną klatkę. Nie było innej drogi. Tylko jed














