Dom był upiornie cichy, odkąd Max wyjechał. Jakby ktoś przekręcił wyłącznik, uciszając tornado energii, które wirowało po pokojach przez ostatnie dwa dni. Stałam w salonie, lustrując pobojowisko. Poduszki leżały porozrzucane po podłodze, jedna z resoraków Maxa utknęła pod kanapą, a na stoliku do kawy widniał ledwie dostrzegalny ślad po bitej śmietanie, którego żadne z nas nie zadało sobie trudu po
















