Rozdział szósty: „...Nie pozwól tym chłopcom zawrócić ci w głowie. Nie są tego warci”.
Kiedy stałam nocą na chodniku, zdałam sobie sprawę, że nie mam jak wrócić. Nie chciałam wchodzić z powrotem i stawać przed Felicity i Vivienne z twarzą oblaną łzami i rozmazanym tuszem do rzęs. Wybrałam więc jedyną opcję, jaka mi została – zaczęłam iść, wściekle ocierając łzy.
W tym momencie nie wiedziałam nawet, dlaczego płaczę. Czy dlatego, że Killian skradł mi pocałunek, którego nie chciałam? Ale to nie mógł być powód, przecież to samo stało się dzisiaj w szkole. Nie było to tak gwałtowne, ale jednak.
Czy dlatego, że uznał, iż może całować inną dziewczynę tuż przede mną, myśląc, że nigdy się nie dowiem, i że jestem tylko kolejną z jego przygodnych partnerek? Czy może dlatego, że te pocałunki coś we mnie poruszyły, podczas gdy Killian postrzegał mnie tylko jako kolejną dziewczynę, z którą mógłby pójść do łóżka? Byłam tak skołowana, że w tej chwili nie znałam odpowiedzi na własne pytania. I nie byłam pewna, czy w ogóle chcę ją znać.
Usłyszałam obok dźwięk klaksonu. Początkowo go zignorowałam, mając nadzieję, że osoba siedząca w środku zrozumie aluzję i pojedzie w swoją stronę. Ale szczęście nie sprzyjało mi tej nocy.
Szyba opuściła się, a ja odwróciłam się i zobaczyłam Gage'a siedzącego na miejscu kierowcy z zatroskaną miną. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam, co czuć!
W pewnym sensie to przez Gage'a stałam na chodniku w sukience, próbując iść w tych szpilkach. W końcu to on powiedział mi, gdzie jest Killian, i wtedy zaczęła się cała ta drama. Wiedziałam, że zachowuję się irracjonalnie, ale mój wyczerpany umysł nie potrafił wymyślić lepszego wyjaśnienia.
Czy spodziewałam się, że Killian przyjdzie do mnie i podwiezie mnie do domu?! Że okaże się dżentelmenem, którym, jak wiedziałam, nie był?!
Westchnęłam i skrzyżowałam ramiona na piersi. — Czego chcesz, Gage?
Jeśli w ciemności dostrzegł moje „oczy pandy”, zapłakane policzki i drżące ramiona, nie skomentował tego, za co byłam mu wdzięczna. Chciałam zachować to, co jeszcze zostało z mojej dumy.
— Elara, zamierzasz iść piechotą do samego domu? — zapytał łagodnie.
— Nie widzę powodu, dla którego miałoby to być twoim interesem — warknęłam i natychmiast tego pożałowała. To nie była wina Gage'a, że znalazłam się na drodze, idąc w szpilkach i próbując uciec z imprezy i od Killiana.
Nie byłam zołzą dla przypadkowych ludzi i nie zamierzałam nią zostać teraz.
Jeśli moja odpowiedź go uraziła, nie dał tego po sobie poznać. — Pozwól, że cię podwiozę. Twój dom jest po drugiej stronie miasta. Proszę.
Miał rację. Mój dom znajdował się dosłownie po drugiej stronie miasta. Nie wiedziałam nawet, jak mogłam pomyśleć, że dam radę dojść tam pieszo. Nie wzięłam pod uwagę ani szpilek, ani faktu, że nie mam przy sobie żadnych pieniędzy.
Choć miałam telefon, nie miałam zamiaru dzwonić do rodziców, żeby po mnie przyjechali. Była prawie północ, a ja nie byłam gotowa na falę pytań, z którą musiałabym się zmierzyć, gdyby zobaczyli mnie w takim stanie.
— Dlaczego właściwie to robisz? — zapytałam cichym głosem.
— Nie mógłbym spać w nocy, gdybym pozwolił ci tak odejść. Samotnej i nieszczęśliwej. Nie zasługujesz na to. Po prostu cieszę się, że mogę pomóc — uśmiechnął się do mnie.
Wypuszczając powietrze, poddałam się losowi i wsiadłam do samochodu.
— Dziękuję, Gage.
On tylko uśmiechnął się do mnie i skinął głową.
Zastanawiałam się, dlaczego pewien zielonooki chłopak nie potrafił być bardziej liczący się z innymi.
Droga powrotna do domu upłynęła w ciszy. Ciszy, której nie trzeba było wypełniać. Gage rozumiał, że muszę zostać sama ze swoimi myślami i odzyskać panowanie nad emocjami. Nie zadawał pytań, nie pytał, jak się czuję, po prostu prowadził w milczeniu.
Kiedy zaparkował przed moim domem, posłał mi blady uśmiech. — Trzymaj się, Elara.
Nie umknęło mojej uwadze, że znał mój adres, choć mu go nie podawałam. Szczerze mówiąc, byłam zbyt wyczerpana, by przesłuchiwać go w sprawie jego skłonności do stalkingu.
— Będę, dziękuję — uśmiechnęłam się do niego, odpięłam pas i wysiadłam z auta.
Machnęłam mu ręką, otworzyłam drzwi do domu i weszłam do środka.
Wyraźnie słyszałam dźwięk telewizora w salonie i wiedziałam, że oboje rodzice nie śpią i oglądają jakiś nocny program.
Nie chciałam teraz stawać z nimi twarzą w twarz. Nie wtedy, gdy mój makijaż był w rozsypce, a na twarzy widać było wyraźne ślady niedawnego płaczu.
Cały sens powrotu z Gage'em polegał na uniknięciu pytań, które rodzice by mi zadali, widząc mnie w takim stanie.
Planowałam cicho wejść po schodach i czmychnąć do swojego pokoju. Ale niespodzianka – to się nie udało, bo zanim postawiłam stopę na pierwszym stopniu, tata zawołał mnie po imieniu.
— Elara, to ty?
— Um, tak, to ja — po płaczu mój głos stał się zachrypnięty i szorstki, i moi rodzice też to wyczuli. Po chwili oboje stali pod łukiem wejściowym do salonu, ramię w ramię, z zaniepokojonymi minami.
— Wszystko w porządku, Elara?
— Tak, mamo — odchrząknęłam, żeby głos brzmiał mniej chrapliwie. — Idę do pokoju — posłałam im nikły uśmiech, który dla mnie samej wydawał się raczej grymasem.
Zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć, wbiegłam na górę, zatrzasnęłam drzwi sypialni i odetchnęłam z ulgą. Nie byłam w nastroju na żadne wyjaśnienia.
Poszłam do łazienki, żeby zmyć makijaż i przebrać się. Chciałam wziąć prysznic, by zmyć z siebie resztki dzisiejszej imprezy, ale w tej chwili nie miałam na to siły. Szybko podeszłam do mojego dużego łóżka i zakopałam się pod kołdrą w kolorze wina.
Po około dziesięciu minutach drzwi się otworzyły i do pokoju wpadła strużka światła. Do środka wszedł tata, a wraz z nim mój ulubiony zapach: gorąca czekolada.
Zazwyczaj puka przed wejściem, ale kiedy wie, że jestem przygnębiona, po prostu wchodzi. Wie, że kiedy mam doła, leżę w pełni ubrana i dąsam się w łóżku, i nie otworzę drzwi.
Szybko przemierzył pokój odmierzonymi krokami i podszedł do łóżka. Mój tata był wysokim mężczyzną – tak wysokim, że musiał dopłacać za wygodne miejsce w samolocie. Mama nigdy nie przepuszcza okazji, by mu z tego powodu dokuczać.
Usiadłam na łóżku, gotowa wypić gorącą czekoladę, którą dla mnie przygotował. Robił najlepszą gorącą czekoladę na świecie. Zawsze, gdy któraś z nas miała zły dzień lub była smutna, przygotowywał nam ten napój. Pod tym względem był niezwykle troskliwy.
Moja mama miała inne sposoby na radzenie sobie z humorzastymi i zestresowanymi członkami rodziny. Przytulała nas i cierpliwie słuchała, a potem zabierała na nasze ulubione słodkości.
Moja rodzina jest pod tym względem wspaniała.
Wzięłam kubek z jego rąk. Zaśmiał się z mojej gorliwości.
— Wszystko w porządku, Elara?
Zastanawiałam się, jak decydują, które z nich przyjdzie ze mną porozmawiać. Ostatnim razem, gdy zdarzyło się coś podobnego, zagrali w kamień, papier, nożyce. Ta myśl wywołała lekki uśmiech na mojej twarzy.
Najlepszą rzeczą w moim tacie jest to, że dokładnie wie, kiedy dać mi przestrzeń, a o co zapytać. Jego łagodne niebieskie oczy patrzyły na mnie z troską. Niebieskie oczy, które odziedziczyłam po nim.
Posłałam mu kolejny nikły uśmiech i skinęłam głową.
— Wiesz, że jesteśmy tu dla ciebie, prawda? Cokolwiek się dzieje, zawsze możesz przyjść i porozmawiać ze mną i z matką. Nigdy nie będziemy cię oceniać.
— Wiem — uśmiechnęłam się szeroko do mężczyzny, który był moim bohaterem, odkąd tylko pamiętam.
— Czy to przez chłopaka?
Zawahałam się przed odpowiedzią i spojrzałam na kubek w moich dłoniach. Nigdy nie potrafiłam go okłamać. Zawsze miał tę niesamowitą zdolność wyczuwania, kiedy któraś z nas kłamie.
Westchnął. — Nie będę dyktował ci, jak masz żyć, Elara. Ale ufam, że podejmiesz właściwe dla siebie decyzje.
Skinęłam głową i uśmiechnęłam się ponownie. — Możesz mi ufać.
— Wiem, Elara. Wiem — odwzajemnił uśmiech i pocałował mnie w czoło. — Dobranoc, dzieciaku. Nie pozwól tym chłopcom zawrócić ci w głowie. Nie są tego warci.
Z tymi słowami mierzwił mi włosy i zaśmiał się z mojej poirytowanej miny. Całując mnie jeszcze raz w czoło, wyszedł z pokoju.
Cóż mogę powiedzieć, jestem córeczką tatusia!
***
Następny dzień w szkole był, jeśli mam być szczera, dość nudny. Dzielnie przetrwałam trzy lekcje, trzymając głowę wysoko i odpędzając wszelkie oznaki senności.
Minus ostatniej lekcji przed lunchem polegał na tym, że nie miałam na niej żadnej z moich przyjaciółek. Więc z nudnego zrobiło się supernudno.
A nauczyciel, który, byłam tego prawie pewna, przechodził kryzys wieku średniego, ględził bez końca o równaniach algebraicznych, które absolutnie nikogo nie obchodziły. Przypomnijcie mi, dlaczego pomyślałam, że wzięcie rozszerzonego angielskiego na ostatni rok będzie miłe. Raczej, oczywiście dla dodatkowych punktów!
Jęknęłam.
Głośno.
Całkiem głośno.
Na tyle głośno, że nauczyciel przestał mówić, w klasie zapadła cisza i wszyscy spojrzeli prosto na mnie.
Zabijcie. Mnie. Teraz.
Policzki płonęły mi ze wstydu z powodu nagłego skupienia na mnie uwagi, a z tyłu, od strony obijaczy, usłyszałam nawet kilka chichotów. Tak bardzo chciałam posłać im mordercze spojrzenie, ale powstrzymałam się, bo wiedziałam, że pan Garrett będzie miał coś do powiedzenia na temat tego zakłócenia spokoju. Świetnie.
— Panno Sterling, czy wszystko w porządku? — Pan Garrett uniósł brew. Jeśli próbował wyglądać onieśmielająco, to muszę przyznać, że mu nie wyszło. Mężczyzna w średnim wieku, noszący spodnie khaki i z brzuszkiem, rzadko wygląda groźnie z uniesioną brwią.
Zamiast powiedzieć mu dokładnie to, uśmiechnęłam się w duchu, gdy w mojej głowie zaczął świtać plan.
Jęknęłam ponownie i chwyciłam się za brzuch, jakbym za sekundę miała wypluć płuca. — Nie, proszę pana — dodałam lekkie jąkanie, żeby brzmiało bardziej wiarygodnie — skurcze... żołądka.
Zaczerwienił się z zakłopotania. Co jest z facetami i tym ich unikaniem tematu kobiecego krwawienia?
Złośliwa część mnie cieszyła się z jego dyskomfortu. Odchrząknął, zanim znów się odezwał. — Czy chciałaby pani udać się do pielęgniarki, czy może do łazienki, panno Sterling?
— Tak, proszę pana. Dziękuję, proszę pana.
Z tymi słowami szybko zebrałam swoje rzeczy, zarzuciłam torbę na ramię i żwawym krokiem wyszłam z klasy.
Kiedy drzwi klasy zamknęły się za mną, uniosłam ręce w geście zwycięstwa nad nudnymi lekcjami.
Jestem genialnym złoczyńcą. Czas na złowieszczy śmiech!
Kręciłam się po szkolnych korytarzach, starannie unikając dyżurnych.
Korytarze były wyludnione, ponieważ wszyscy uczniowie byli na swoich lekcjach i nie mieli odpowiedniej motywacji, by je zrywać.
Poszłam do swojej szafki, wrzuciłam książki i wzięłam to, co będzie mi potrzebne na lunch i lekcję po nim.
W pewnym sensie kojąco było zastać puste korytarze, podczas gdy zazwyczaj widać było tylko tłoczących się ludzi, przepychających się łokciami w desperackiej próbie dotarcia na zajęcia.
Zauważywszy, że zostało mi jeszcze trochę czasu, skierowałam się powoli w stronę damskiej łazienki. Mogłam tam poprawić mój bardzo podstawowy makijaż i sprawdzić wiadomości.
Zajęłam jedną z kabin i załatwiłam swoje sprawy.
Nagle drzwi łazienki otworzyły się i ktoś wszedł do środka. Nie słyszałam stukania obcasów, więc byłam prawie pewna, że to nie żadna diwa, która suszyłaby mi głowę o nowym trendzie w modzie, o którym przeczytała w jakimś czasopiśmie. Dziewczyny w mojej szkole bywały pod tym względem dziwne.
Otworzyłam drzwi kabiny i wyszłam, gotowa na chwilę spokoju, wiedząc, że dziewczyna na zewnątrz, najpewniej w trampkach lub balerinach, nie będzie mnie zamęczać czczą gadaniną.
Ale kiedy wyszłam, zobaczyłam kogoś, z kim i tak bym nie rozmawiała i kto tu nie pasował. W ogóle. A przynajmniej nie w damskiej łazience.
Stałam z ręką wyciągniętą w stronę kranu, by umyć ręce, gdy spojrzałam w bok i zobaczyłam Killiana Vance'a stojącego w damskiej łazience i patrzącego na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Miałam już dość tych jego intensywnych spojrzeń. Otrząsnęłam się z oszołomienia i zgromiłam go wzrokiem.
Wczorajszej nocy, po wypłakaniu się przez niego, postanowiłam wrócić do mojej poprzedniej wersji siebie, która nie poświęcała Killianowi ani sekundy uwagi.
— W czymś ci pomóc? — W moim głosie słychać było lód i byłam pewna, że on też to wyczuł.
Wziął głęboki oddech, jakby chciał zebrać myśli, po czym kilka razy otworzył i zamknął usta.
— Słuchaj, nie obchodzą mnie twoje przeprosiny, bo...
— Ja, Killian Dominic Vance, odrzucam ciebie, Elaro Seraphine Sterling, jako moją partnerkę — jego twarz wykrzywiła się w ogromnym bólu, gdy tylko te słowa opuściły jego usta, a rysy twarzy zniekształciły się w wyrazie najwyższej rozpaczy.
I z tymi słowami wypadł z łazienki, zostawiając mnie z rozdziawionymi ustami.
Naturalnie, w mojej głowie pojawiło się mnóstwo pytań.
Skąd on w ogóle znał moje drugie imię?
Jak śmiał wejść do damskiej łazienki?
Czym u diabła jest ta „partnerka”?
I ostatnie, ale najważniejsze pytanie w mojej głowie: co się tu, do cholery, właśnie stało?
















