Hazel
Declan Mercer jest ojcem Leo... ta myśl w ogóle nie przeszłaby mi przez głowę. Choć patrząc na niego, szczerzącego zęby obok kucającego kapitana hokejowych Lawin, widzę podobieństwo. Oczy Leo są w większości jasnoniebieskie, ale jest w nich nuta tamtego srebra. Jego włosy mają nieco więcej odcieni złotego, ale zmieszano w nich też mnóstwo popielatego blondu.
Cofam się o krok, podczas gdy mój umysł przetwarza te nowe informacje. Palec zaczyna drapać o paznokieć kciuka. To mój mechanizm obronny, by uspokoić się w trakcie przyswajania nowych wiadomości lub radzenia sobie ze stresem.
Mam pytania. Nie żebym mogła dostać na nie odpowiedzi. Skoro nie mogę zapytać, pozwalam mózgowi samemu ruszyć galopem.
Chyba mogę wracać do szukania pracy. Nie ma mowy, żeby czterech baronów pozwoliło mi na jakikolwiek kontakt z ich synem i bratankiem. Zakładałam, że nazwisko Leo to Blakely, skoro zdaje się mieszkać z dziadkami. Powinnam była zapytać. Pani Blakely musi być jego babcią ze strony matki, w końcu ci faceci to bracia Mercer. Czy to matka Leo zaraz wejdzie dumnym krokiem do domu swoich rodziców? Czy ona też jest kimś, kogo znam? Próbuję przypomnieć sobie to, co plotkuje się o historii randkowej Declana. Nie wyobrażam sobie, by Eleanor Blakely pozwoliła jakiejkolwiek swojej córce zostać hokejowym króliczkiem.
Następnym razem musisz zebrać więcej szczegółów, Hazel. To było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe...
"Panno Hazel?"
Dociera do mnie, że Hobbs już kilkakrotnie wywoływał moje imię. Mrugam szybko, dostrzegając przed sobą czterech hokejowych bogów, którzy przyglądają mi się, jakbym była jakimś dziwactwem na wystawie. Czym zresztą dla nich jestem.
"Przepraszam, panie Hobbs. Zamyśliłam się". Skupiam się na nim, ignorując niepokój szarpiący mój żołądek i łomot serca.
"Pytałem, czy dołączy pani do Leo podczas kolacji, z uwagi na to, że pozostali goście są już obecni". Obserwuje mnie z troską.
Zatrzymałam się w myślach o wiele za długo, uświadamiam to sobie lekko spanikowana. Proszę, nie każcie mi im tego wyjaśniać. Jestem pewna, że z przyjemnością rozpowiedzieliby wszystkim o moich problemach. Otwieram usta, by zadać kilka pytań, kiedy mi przerwano.
"Nie, oczywiście, że nie, Hobbs, chłopcy są tu, by spędzić czas z Leo, a ja też już wróciłam. Widzę, że poznałaś już ojca Leo, Hazel". Odwracam się i widzę stojącą za mną Eleanor Blakely. Niemal rzuca we mnie wściekłymi spojrzeniami, jakbym grzebała w domu i odkryła jej kolekcję ukrytych trupów. "Przypominam, że zgodnie z podpisaną przez panią umową o poufności nie wolno pani nikomu zdradzić, że Leo nazywa się Mercer, ani ujawniać ich tożsamości".
"Nie zapomniałam" – mówię cicho, zmuszając się do zachowania uwagi.
"Dobrze. W takim razie proszę iść do domu. Zobaczymy się jutro". Szybko mnie zbywa.
"Do zobaczenia, Leo. Smacznej kolacji". Kucam, by go przytulić, a potem szepczę mu do ucha: "Śnij o szczeniaczkach Jedi".
"Myślałem, że Hazel też z nami zje". Podchodzi do Declana po tym, jak go puszczam.
Pani Blakely natychmiast mu odpowiada. "Nie dziś, Leo. Idź z Hobbsem do jadalni".
Jego ramiona lekko opadają, ale macha mi na pożegnanie, zanim chwyta dłoń Hobbsa. Odmachuję mu, dopóki nie znika z oczu. Szybko przenoszę wzrok na braci i to, co widzę, zmusza mnie do natychmiastowej ewakuacji do salonu po moją torbę i torebkę, w chwili gdy pani Blakely formalnie się z nimi wita. Z Declana emanuje co najmniej czysta irytacja.
"To jest jego nowa niania?" – słyszę jego chłodne pytanie i się krzywię. Najwyraźniej nikt nie raczył wspomnieć mu mojego imienia, a może on w ogóle go nie zna. A może wcale nie jest zbytnio zaangażowanym ojcem.
Udaje mi się wyjść przez frontowe drzwi w zaledwie kilka minut, nie chcąc usłyszeć już nic więcej. W drodze do domu w głowie odhaczam możliwe miejsca, gdzie powinnam poszukać nowej posady, bo agencja nianiek i opiekunek do zwierząt nie miała ostatnio żadnych ofert. Jestem pewna, że Lodowi Baronowie zwalnią mnie, jeszcze zanim zjawię się tu jutro.
Przez całe przedpołudnie siedzę jak na szpilkach w oczekiwaniu na wyrzucenie. Dziś na szczęście nie mam zajęć z żadnymi sportowcami, bo z nerwów mogłabym zwrócić własny obiad.
Wychodząc z ostatnich zajęć, ze zdziwieniem stwierdzam, że nie mam żadnych wiadomości. Zostaje mi akurat tyle czasu, by zjeść lunch i przygotować się do odebrania Leo. Muszę też przepisać w komputerze kilka moich zadań domowych, ale powinnam dać radę w te dwie godziny, które zostały do wyjścia. Co dziwne, czuję się dziś niezwykle zorganizowana i dobrze panuję nad wszystkim. Może bycie w ciągłym napięciu służy mojemu mózgowi.
Uśmiecham się do siebie, aż do momentu, gdy skręcając za róg na zewnątrz w stronę samochodu, niemal zderzam się z połową drużyny futbolowej. Jest z nimi trener Clifford Lawson, a gdy tylko mnie dostrzega, jego usta zaciskają się w wąską linię. Zaczyna iść w moim kierunku i przez chwilę rozważam odwrócenie się na pięcie i ucieczkę. Jestem całkiem szybka, nawet z plecakiem. Zamiast tego jednak zostaję w miejscu.
"Connolly... dopilnuj, żeby w tym roku skończyć te studia, żebyś wreszcie mogła wynieść się w cholerę z mojego kampusu" – mówi groźnie, mijając mnie.
Porozmawiajmy o niewłaściwie ukierunkowanej agresji. Mam ochotę na niego nawrzeszczeć.
Czekam, aż mnie miną, i ruszam chodnikiem w stronę parkingu. Przypominam sobie, żeby patrzeć przed siebie, a nie pod nogi. Na szczęście robię to w odpowiednim momencie. Na końcu alejki, którą idę, stoją bracia Mercer. Czy oni zawsze poruszają się takim stadem? Wycofuję się, by ich uniknąć.
Wyjeżdżam w stronę przedszkola Leo po podwójnym upewnieniu się, że nie mam na telefonie żadnych SMS-ów ani wiadomości od pani Blakely. Nic z tych rzeczy. Może po prostu woli zwalniać ludzi osobiście.
Leo na szczęście jest bardzo szczęśliwy na mój widok. "Spodobał ci się mój tatuś, Hazel?"
"Nie miałam okazji z nim porozmawiać, Leo. Myślę, że ważniejsze jest to, żebyś ty mnie lubił". No bo jak wytłumaczyć czterolatkowi, że jego własny ojciec cię nienawidzi?
"Jest hokeistą. Jest bardzo szybki". Słyszę dumę w jego głosie. Wygląda na to, że kocha swojego ojca.
"Chodzisz czasem patrzeć, jak gra?" – pytam z ciekawością. Nie chcę wypytywać za bardzo, żeby Leo nie poszedł do nich powiedzieć, że węszyłam w sprawach o jego tacie. Dzieci bywają do bólu szczere.
"Już nie. Madison zrobiła..." Marszczy nosek na tylnym siedzeniu, a ja spoglądam na niego w lusterku wstecznym. "Babcia nazwała to ceną".
"Sceną?" – dopytuję, a on z uśmiechem kiwa głową.
"Właśnie. I nie mogliśmy już więcej tam chodzić. Co to znaczy, Hazel? Chcę dziś na przekąskę ser i krakersy".
Uśmiecham się do tych losowych myśli wrzuconych do jednego worka. Dlatego dogaduję się z dziećmi o niebo lepiej.
"To oznacza, że robisz coś, czego nie chcesz, żeby inni widzieli. Założę się, że Hobbs na pewno da ci ser i krakersy".
Przez resztę drogi słucham, jak opowiada o swoich przyjaciołach z przedszkola. Słuchając go, po raz kolejny zwracam uwagę na to, jak wyraźnie i płynnie wypowiada się Leo jak na swój wiek. Zastanawiam się, czy to nie zasługa babci-smoczycy. Trudno mi wyobrazić ją sobie jako fankę uroczych dziecięcych przekręceń.
Gdy ze śmiechem wchodzimy do domu, pojawia się jego babcia i rzuca nam obserwujące spojrzenie. Odbieram od Leo kurtkę i plecak.
"Idź przywitać się z Hobbsem. Myślę, że twoja babcia chce ze mną porozmawiać". Natychmiast ucieka, a ja żałuję, że nie mogę zrobić tego samego.
"W tę sobotę zabierze pani Leo na mecz hokeja Lodowych Baronów. Usiądzie w specjalnym sektorze. Dawno już na żadnym nie był".
Wpatruję się w nią w całkowitym szoku. Ja na meczu hokeja? Trener Lawson dostanie apopleksji albo ataku serca, gdy mnie tam zobaczy. Nienawidzi mnie w tym samym stopniu co jego brat. To właśnie mój pech – szkoła zatrudniła dwóch braci jako trenerów futbolu i hokeja. Głos pani Blakely przecina moje myśli. "Włoży pani to". Wyciąga w moją stronę za dużą bluzę i czapkę z daszkiem z ich logo. Ta, zdecydowanie mnie zabije, jeśli zobaczy mnie w ich sprzęcie. Jej głos tnie moje myśli na wylot. "Załatwiłam już kwestie dotyczące problemów na linii pani – Wyatt Lawson. Wie, że pani tam będzie i nie piśnie słowa".
Bystro mi się przygląda, a ja odkasłuję niezręcznie. "Mam w zwyczaju wiedzieć wszystko o ludziach, którzy dla mnie pracują. Doskonale zdaję sobie sprawę z pani reputacji na uczelni. Bracia Lawson czują do pani silną niechęć, i to z uzasadnionych powodów, z tego co się dowiedziałam. Wygląda na to, że jest pani swego rodzaju klątwą dla nich i całej drużyny futbolowej. Nie jestem tu po to, by prawić pani kazania na temat pani wcześniejszych wyborów. Mam tylko szczerą nadzieję, że czegoś panią to nauczyło z tego, co pani zrobiła. Nie pozwolę jednak, aby ich problemy z panią zaważyły na tym, że Declan będzie miał Leo na widowni, zwłaszcza że o to mnie prosił. Niech będzie dla pani jasne, że jest tu pani tylko dlatego, że Leo uparł się na panią jako nianię, a ja miałam już po prostu dość jego dramatyzowania, a nie dlatego, że darzę panią jakąkolwiek sympatią. Wydaje się pani mieć głowę na karku, a do tego go pani uratowała. Cieszy mnie też fakt, że wczoraj nie próbowała pani przyciągnąć na siebie uwagi braci Mercer. W związku z tym może pani kontynuować zatrudnienie u mojego męża i u mnie".
Przez dwie sekundy nie potrafię wykrztusić słowa, zanim zdaję sobie sprawę, że ona niecierpliwie oczekuje na moją odpowiedź.
"Dzi... dziękuję" – mówię, choć to zabrzmiało raczej jak pytanie. Domyślam się, że w pewnym sensie jestem jej teraz dłużna. Przynajmniej z jej perspektywy.
Kiwa głową; najwyraźniej uzyskała satysfakcjonującą ją odpowiedź.
"Jutro będę panią potrzebować do okolic godziny dziewiętnastej. Mój mąż i ja mamy zaplanowaną kolację na mieście. Declan zwolni panią z obowiązków, gdy zjawi się tu po treningu, żeby przejąć nad nim opiekę. Hobbs także ma ważne wyjście o osiemnastej. Do tego czasu powinna go pani przygotować do snu".
"Jutro muszę odebrać Milo, siostrzeńca mojej przyjaciółki. Czy te ustalenia wciąż są aktualne?" – pytam, chcąc mieć absolutną pewność.
"Tak, są" – stwierdza, mocno zasznurowując wargi.
"Dziękuję. Będę jutro".
Wychodzę z pokoju i idę pilnować Leo, aż do jego pory snu. Kiedy zanosiłam do kuchni jego pustą szklankę po mleku, on już twardo spał. Hobbs krząta się w środku.
"Pani domu już wyszła, Hazel. Może pani wracać do siebie".
"Dzięki, Hobbs".
Ani śladu braci Mercerów czy matki Leo. Do tej pory w ogóle o niej nie wspominał. W pewnym momencie będę musiała kogoś o to zapytać. Hobbs pewnie mógłby się ze mną podzielić tym, z kim powinnam zostawiać Leo, a z kim nie. Jeśli nie on, to przy następnym spotkaniu zapytam ze względów bezpieczeństwa panią Blakely. Zastanawiam się, czy mają naprzemienną opiekę, czy może prawo do widzeń podzielone między Declana a Blakelych. Może mogłabym odcyfrować ich harmonogram, żeby skutecznie ich unikać. Z moim szczęściem cała rzesza ukaże się tu i tak już jutrzejszego wieczoru.
















