Hazel
Kiedy docieram pod adres przysłany przez panią Blakely, nie spodziewałam się, że będę musiała zostać wpuszczona przez ogromną białą bramę z kutego żelaza. Dom znajdujący się za nią ukazuje się moim oczom dopiero, gdy pokonuję zakręt.
Wydaję z siebie głośne westchnienie, wpatrując się w ten widok. Właśnie tak wygląda rezydencja, to jedyne, o czym byłam w stanie pomyśleć. Jako dziecko mieszkałam w wielu domach różnej wielkości, a nawet w kilku mieszkaniach. Dom Marthy był największym, w jakim kiedykolwiek przebywałam, a miał zaledwie sto siedemdziesiąt metrów kwadratowych i cztery sypialnie. Mieliśmy łóżka piętrowe, po dwa w każdym pokoju. Wątpię, by w tym miejscu ktokolwiek musiał dzielić z kimś sypialnię. Cały budynek jest z szarego i białego kamienia z białą cegłą. Podwójne drzwi wejściowe są w większości przeszklone, a po bokach pomalowane na stonowany, niebieski kolor. Na każdych drzwiach wiszą białe, zdobione kompozycje kwiatowe.
Parkuję i powoli idę w stronę wejścia, wciskając dłonie do kieszeni kurtki. Ubrałam się nieco lepiej, mając na sobie czarne spodnie i niebieski sweter. Miejmy nadzieję, że nie obowiązuje tu żaden rygorystyczny dress code.
Dzwonię dzwonkiem, powoli wypuszczając powietrze z płuc. Uspokójcie się, motyle, rozkazuję mojemu żołądkowi.
Drzwi otwiera mi mężczyzna ubrany w białą koszulę i czarne spodnie.
"Tak, w czym mogę pomóc?"
"Dzień dobry, nazywam się Hazel Connolly. Jestem umówiona tu na spotkanie z panią Blakely o 15:30".
Mruga dwukrotnie, po czym robi krok w tył. "Oczywiście, panno Connolly. Proszę za mną, zaprowadzę panią do herbacianego pokoju pani domu. Jestem Hobbs, kamerdyner".
Na te słowa przygryzam wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem. To byłoby teraz szalenie niestosowne. Kto w dzisiejszych czasach ma kamerdynera?! I czy naprawdę jest Hobbsem, Kamerdynerem? Mój umysł w tym momencie po prostu eksploduje. Przestań, Hazel, strofuję się w duchu; bo inaczej zacznę chichotać.
Zostawiam ten ciąg myślowy, by wsiąść do następnego, który brzmi po prostu WOW. Podłogi wyłożone są biało-czarnym marmurem, tak lśniącym, że ktoś musi codziennie go myć i polerować. Szeroki hol zdobią ogromne kryształowe żyrandole, a po mojej prawej stronie stoi wymyślny stół z kutego żelaza, nad którym wisi pasujące do niego lustro. Nieco dalej, po prawej stronie, znajdują się jedne z tych masywnych, szerokich schodów, jakie widuje się w filmach. Wszystko to jest bardzo wyszukane i ostentacyjne, ale i tak robi niesamowite wrażenie.
Hobbs prowadzi mnie po schodach na górę i puka do drzwi tuż obok dwuskrzydłowych przeszklonych drzwi, za którymi znajduje się coś, co wygląda na małą miejską bibliotekę. Po lewej stronie widać tylko jedne zamknięte drzwi na długiej ścianie.
"Wejdź, Hobbs".
I oto ona. Hobbs otwiera drzwi, gestem zachęcając mnie do wejścia, wyciągniętym ramieniem przytrzymując skrzydło. Odbieram to jako znak, że mam wejść bez niego. Znowu muszę siłą zamknąć usta.
Pokój ma białą boazerię angielską i kwiecistą, różowo-niebieską tapetę w stylu toile. Meble są całe białe, na białej kanapie leżą poduszki z falbankami. Tu również wisi ogromny żyrandol. Widzę panią Blakely siedzącą przy małym stoliku w stylu bistro. Na nim stoi potężny wazon z różowymi różami.
"Panno Connolly, znalazła pani adres". Brzmi na zaskoczoną i zastanawiam się, jak nisko zawiesiła mi poprzeczkę. Po prostu kiwam głową i czekam.
"Proszę tutaj usiąść, mam dla pani umowę o pracę. Utrzymałam ją w prostej formie, więc to tylko jedna strona. Dołączyłam też umowę o zachowaniu poufności. Obowiązuje panią zakaz ujawniania jakichkolwiek informacji o mojej rodzinie i znajomych. Może pani mówić, że opiekuje się małym chłopcem o imieniu Leo, ale nie może pani ujawnić absolutnie niczego więcej, nawet jego nazwiska. Jeśli pani to zrobi, panno Connolly, naruszy pani warunki, a za to grozi wysoka kara. Ufam, że nie stanowi to problemu".
"Mam jedno pytanie, pani Blakely. Raz w tygodniu muszę odbierać siostrzeńca mojej najlepszej przyjaciółki z zajęć świetlicowych. Ma pięć lat. Czy stanowiłoby to problem? Mogłabym brać wtedy Leo do siebie albo przywozić go tu i mogliby się razem bawić. Nie powiedziałabym mu niczego poza imieniem Leo". Czekam z podenerwowaniem. Jeśli nie, May powiedziała, że poszuka innych rozwiązań.
"Myślę, że nie będzie z tym problemu. Leo pewnie ucieszy się, mając kogoś do zabawy. Proszę go odebrać podczas zabierania Leo i przywieźć ich obu tutaj. Jeśli to stanie się kłopotliwe, nie zawaham się zakończyć tej umowy".
Jestem pewna, że tak właśnie zrobi.
"Dziękuję pani, pani Blakely".
Wręcza mi dokumenty, a ja czytam je, starając się zwrócić uwagę na cały ten prawniczy żargon. Umowa jest prosta, spisana laickim językiem, ale to porozumienie o poufności to istny koszmar. Jedyne, co z niego rozumiem, to to, że będę jej winna milion dolarów, jeśli złamię postanowienia. To wystarczy, by mieć pewność, że nigdy tego nie zrobię.
Subtelnie przesuwa w moim kierunku długopis, a ja podpisuję obie kartki. W odpowiedzi otrzymuję poskromiony uśmiech.
"Jest pani gotowa, by zacząć od dziś? Leo z niecierpliwością czeka, żeby znów panią zobaczyć. Hobbs przekaże pani również wszystkie niezbędne informacje".
"Tak, jestem". Przygotowałam się na to.
"Proszę za mną".
Wyprowadza mnie z pokoju i w dół po schodach. Słyszę, jak Leo śmieje się z czegoś, co sprawia, że sama się uśmiecham. Przynajmniej nie siedzi gdzieś z przymusem przepisywania linijek o dobrym wychowaniu czy zachowaniu. Skręcamy za róg do potężnej kuchni wyłożonej szarym i białym marmurem. Szafki są pomalowane na jasnoniebiesko, a sprzęty AGD są w kolorze srebra. Leo siedzi na stołku przy wyspie i je ciasteczka, popijając je mlekiem.
"Proszę pani". – mówi formalnie Hobbs, a Leo odwraca się, by pomachać, ale potem jego oczy rozbłyskują i zeskakuje ze stołka, który z łoskotem upada na podłogę.
Pani Blakely natychmiast wykrzykuje jego imię: "Leo Thomas!"
Zatrzymuje się, wyglądając na przestraszonego. "Przepraszam, babciu, już podnoszę". Natychmiast odwraca się, by to zrobić, a ona wzdycha.
"Hobbs, Hazel od dziś będzie pilnować Leo. Mógłbyś proszę omówić z nią jego plan dnia i oprowadzić ją po domu?"
"Tak, zrobię to". Kiwa do mnie głową, a ja zastanawiam się, czy jest przyjazny. Zaledwie przed chwilą Leo się tu z nim śmiał.
"Doskonale. Wybieram się zatem do Lorraine. Będę z powrotem przed kolacją. Nie spodziewamy się dziś żadnych gości. Nie ma potrzeby przebierać Leo na wieczór. Może wziąć kąpiel i przyjść na kolację w piżamie". Odchodzi, a Leo podbiega, by rzucić mi się w ramiona.
"Przyszłaś mnie pilnować. Powiedziałem, że tylko Hazel". Podskakuje w moich ramionach, a ja stawiam go na podłodze.
"Jestem. I teraz czuję się naprawdę wyjątkowo z tym, że mnie chciałeś. Skończyłeś swoje ciasteczka?" Kiwa radośnie głową. "Okej, idziemy się pobawić, ale myślę, że pan Hobbs musi mi najpierw pokazać co i jak".
Leo chichocze. "Nie mamy tu żadnego wielkiego pokazywania".
"Macie, macie. Po prostu o tym nie wiesz". Łaskoczę go w bok i odwracam się do kamerdynera. Uśmiecha się do nas.
"Wystarczy Hobbs, panno Hazel. Leo zawsze po powrocie je przekąskę, i nie są to ciasteczka, ale posprzątał ze mną pokój zabaw przed pani przyjazdem, i to była jego nagroda. Potem bawi się w pokoju zabaw lub na dworze, o ile pozwala na to pogoda. Kolacja jest o siedemnastej, chyba że zaplanowano duży, rodzinny posiłek, w którym ma uczestniczyć. Kąpiel jest o osiemnastej, a łóżko o osiemnastej trzydzieści albo dziewiętnastej, choć pani zwykle już wtedy tu nie będzie. Dziś jednak kąpiel będzie o siedemnastej trzydzieści, a kolacja o osiemnastej. Codziennie po pani przyjściu będę informował panią o planach, jeśli nie zrobi tego pani domu".
Próbuję wyryć to sobie w pamięci. Może powinnam za chwilę wpisać to w telefon, żeby niczego nie zepsuć.
"Jeśli pan to tylko Hobbs, to ja jestem tylko Hazel".
"Przepraszam, panno Hazel. Nie przystoi mi zapominać się przy szefowej. Ale będę się starał tak mówić, gdy będziemy sami. Leo je tu w kuchni. Proszę za mną, pokażę pani salon, ogród, pokój zabaw i jego sypialnię".
Salon jest gigantyczny, z wielkim telewizorem i ogromnymi skórzanymi kanapami. Próbuję nie gapić się z otwartymi ustami, gdy przechodzimy przez francuskie drzwi na ogrodzony teren na zewnątrz. Jest tu plac zabaw, tyrolka, stół i różne inne rzeczy.
"Mamy tu o wiele większy ogród, Hazel, ale zazwyczaj bawi się w tej części" – informuje mnie Hobbs.
"Mógłby czasami zjeść tutaj też swoją przekąskę?" – pytam, widząc szeroki uśmiech Leo.
"Tak, uwielbia przebywać na świeżym powietrzu. Madison niespecjalnie lubiła spędzać czas na dworze". Jego twarz nie wyraża emocji, ale wyczuwam w jego głosie falę dezaprobaty.
"Z nią nie było zabawy. Chciała tylko grać na telefonie. I zero przytulania" – mówi mi Leo, obserwując twarz Hobbsa. "Hazel mnie uratowała, Hobbs. I pozwoliła mi zjeść loda na patyku przed kolacją".
Zerkam na niego, próbując nie wybuchnąć śmiechem.
"Ja lubię być na dworze. Jak będzie ładna pogoda, zjemy tu przekąskę, a potem zdecydujemy, w co będziemy się bawić. A loda dostałeś dlatego, że to był ciężki dzień. Myślę, że mnie też powinni byli dać jednego". Jakiegoś dla dorosłych, z rumem, dodaję w myślach. Przynajmniej podziałałoby to, gdybym piła alkohol...
Hobbs prowadzi nas z powrotem do środka. Zauważam, że jest wobec Leo bardzo delikatny. Może to właśnie on sprawił, że chłopiec zachował swoje tak łagodne usposobienie. Idę za nim korytarzem zaczynającym się u stóp schodów, a on pokazuje mi pokój zabaw. Jest wielkości mojego całego mieszkania. Hobbs prowadzi mnie do kolejnych drzwi, nieco dalej, a ja mruczę coś pod nosem o tym, że przydałaby mi się mapa.
Odwraca się i mówi szybko: "Jestem tu cały czas, panno Hazel. Dam pani mój numer telefonu i w razie potrzeby proszę do mnie dzwonić. Albo po prostu głośno wołać, tak jak to robi Leo. On też ma dostęp do całego domu, więc oprowadzi panią po zakamarkach".
"Dziękuję". – odpowiadam szczerze. Otwiera drzwi sypialni Leo, a ja wchodzę do niej ze śmiechem.
"Chyba nie przepadasz za Gwiezdnymi Wojnami, prawda, Leo?" Oglądam łóżko w kształcie statku kosmicznego, wyposażone w miecze świetlne i miotacze. Na każdej ze ścian znajdują się wszystkie możliwe dekoracje z filmów, jakie można sobie tylko wyobrazić.
"Jestem Jedi, Hazel. Czasem jestem po ciemnej stronie, a czasem po jasnej". Trzyma wycelowany we mnie jeden z mieczy świetlnych. "Na Halloween przebiorę się za Mrocznego Vadera".
"Cóż, nie mogę się doczekać, żeby to zobaczyć. A co powiesz na to, żebyś przed zabawą pokazał mi, gdzie masz wszystkie piżamy i swoją łazienkę?"
Hobbs kiwa do mnie z aprobatą głową i wychodzi. Leo z ogromnym zapałem pokazuje mi wszystkie swoje rzeczy, a potem ciągnie mnie do pokoju zabaw.
Po kąpieli Hobbs przychodzi i mówi, że mogę wracać do domu. Twarz Leo rzednie. "Ona może zjeść ze mną kolację".
"Babcia jest już na miejscu, żeby z tobą zjeść". – mówi łagodnie Hobbs, a Leo wcale nie wygląda na bardziej zadowolonego. "Jutro wieczorem Hazel zje z tobą, wyjdzie późno".
Co oznacza, że będę tu do późna. Wychodzę, uświadamiając sobie, że to będzie całkiem przyjemna praca, zwłaszcza gdy w pobliżu nie ma Eleanor Blakely.
Trzy dni później, śmieję się z Leo, gdy bierze pianę, którą nalałam mu do kąpieli, i dmucha nią na ścianę. Kładę mu kupkę piany na czubku głowy i pokazuję mu, jak wygląda w obiektywie mojego telefonu. Zaśmiał się, uważając, że to przezabawne. Opieram się wygodnie, podczas gdy on bawi się zabawkami, nie potrzebując mnie przez chwilę. Jego drobne śmiechy przynoszą mi ukojenie, a dziś cholernie tego potrzebuję.
Moi zwyczajowi dręczyciele mieli dziś wyjątkowo parszywy nastrój i postanowili wyładować to na mnie, gdy zobaczyli mnie na zajęciach.
Całą tę sytuację zainicjował Preston, a dołączył do niego Deacon. Preston warknął, że powinnam chociaż postarać się znikać z pola widzenia, kiedy on jest w pobliżu. Co gorsza, ledwo zwracałam na niego uwagę, bo przeglądałam swój harmonogram i próbowałam powtórzyć w myślach notatki na test, który miałam na późniejszych zajęciach. To rozwścieczyło go do tego stopnia, że zaczął krzyczeć mi prosto w twarz o tym, że nie jestem nawet na tyle bystra, żeby się bronić. Posłałam mu na to zdezorientowane spojrzenie. "Chcesz, żebym obrażała twój ptasi móżdżek" wypsnęło mi się z łatwością, a żyły na jego szyi widocznie nabrzmiały.
"Wygadana mała ćma". Głos za moimi plecami sprawił, że zamarłam. Zawsze czuję u tego całego Brantley'a najgorsze możliwe wibracje. "Czuję twój zapach, mała ćmo, zapach twojego strachu".
"Oby nie śmierdział tak bardzo, jak twój oddech. Odwal się, ty zboczeńcu".
Szybko odwróciłam się, by stworzyć między nami bezpieczny dystans, z obawy, że Brantley znów mnie dotknie. Zanim zdążyło wydarzyć się cokolwiek więcej, usłyszałam go, zanim jeszcze zobaczyłam.
Declan zawołał głośno: "Ktoś tu znów szuka kłopotów? Nic cię nie nauczyło nasze ostatnie spotkanie..."
Stanął przede mną, blokując im widok na moją osobę, ze skrzyżowanymi na piersi rękami, a na jego ustach zagościł złośliwy uśmieszek. Bracia w naturalny sposób oskrzydlili go z obu stron. Przepchnęłam się obok niego, upewniając się, że uderzyłam go ramieniem, co było żałosne, ale miałam już wszystkiego dość.
"Hazel, bąbelkowa broda!" Wracam do teraźniejszości i uśmiecham się do niego i do jego głupotek.
"Podoba mi się to, Lolo". Wczoraj podczas zabawy tak go nazwałam, a on uznał to za bardzo śmieszne. "Wychodźmy, musisz zjeść kolację".
Biegnie przodem, gdy tylko schodzimy ze schodów. "Wyścigi, Hazel!" Idę powoli za nim, chcąc dać mu wygrać. Zanim skręcam za róg, słyszę jego pisk.
"Tatusiu!" Leo rzuca się na przykucniętego wysokiego faceta. Głośno wciągam powietrze, słysząc ten głos, którego nikt nigdy nie zapomni.
"Leo".
Wtedy jego oczy spotykają się z moimi, a ja cofam się przed wirującą w nich burzą emocji.
"Hazel, to mój tatuś. Nazywa się Declan".
















