Niespodziewana kara: Niania dla Avalanche

Niespodziewana kara: Niania dla Avalanche

Autor: Lysander Vane

Rozdział 3: Propozycja, której nie może odrzucić?
Autor: Lysander Vane
9 lip 2026
Hazel "Panno Connolly, musimy też panią zbadać". Amy, pielęgniarka, która skończyła zajmować się Leo, uśmiecha się do mnie. "Wszystko w porządku. Będę tylko obolała". Macham na nią ręką. "Cóż, ten nadgarstek na taki nie wygląda. A to nie jest od ratowania panicza Leo". Unosi brew, a ja zerkam na swój nadgarstek. Zdążyłam już zapomnieć o Brantleyu. Czułam się tak, jakby to było kilka dni temu. Widać było, jak pod skórą już rozkwita blady fiolet. Nie zaprzeczam. "Nie, ale to też nie jest to, co pani myśli. Naprawdę nic mi nie jest. Ratownicy zbadali mnie przed wyjazdem. Będę miała otarcia i sińce, to wszystko". Opatrzyli to najgorsze na moim ramieniu po tym, jak je oczyścili. Przez kilka dni będę miała problem z ubraniami. Co mi przypomina, że chyba straciłam moją bluzę z kapturem na dobre. Widzę Leo po jego badaniu, w pełni wtulonego w bluzę. Całkiem mu do twarzy w fiolecie. Nie będę o nią prosić. Zwłaszcza z tym pomarańczowym lodem na patyku, z którego wszystko na nią ścieka. Jedna rzecz mniej do prania na dziś. Och, chwila, czy wychodząc, zostawiłam włączoną suszarkę? Nie żeby to miało jakieś znaczenie całe siedem godzin później, ale skoro nie słyszałam syren, zgaduję, że mój kampusowy apartamentowiec nie zamienił się w szalejące piekło. Jestem pewna, że nagłówki gazet byłyby niezwykle wyrozumiałe. "Roztrzepana studentka puszcza z dymem połowę kampusu, zostawiając włączoną suszarkę podczas nieobecności w domu". "Hazel?" Leo się we mnie wpatruje. "Hej. Przepraszam, wyłączyłam się na chwilę. Potrzebujesz mnie?" Zwykle lepiej radzę sobie z dziećmi. Z jakiegoś powodu nie błądzę zawiłymi ścieżkami myśli, kiedy z nimi jestem. Może dlatego, że dużo mówią i bawią się z prędkością światła, nie dając mi czasu na odpływanie. "Nie. Zrobiłaś taką minę, jakby cię coś bolało". "Pewnie tak. Przypomniałam sobie o czymś, co mogłam zepsuć, i się zmartwiłam". Uśmiecham się do niego. "Leo". Rozlega się stanowczy głos i odwracam się, by zobaczyć zmierzającą w stronę łóżka kobietę o włosach w kolorze brudnego blondu, obciętych do linii brody. Ma na sobie ciemnoróżową sukienkę kopertową do połowy łydki i szpilki w kolorze nude. Jej makijaż jest dyskretny, ale biżuteria wręcz przeciwnie. Cała ocieka diamentami. Nie jakimiś ogromnymi, ale ma na sobie kilka sztuk. Doliczyłam się bransoletki tenisowej, dwóch innych z jakimiś diamentami i kamieniami szlachetnymi, trzech pierścionków, kolczyków i diamentowego naszyjnika pasującego do bransoletki. "Babciu" – mówi szybko Leo i wraca do jedzenia loda, jakby zaraz miała mu go zabrać. "Nie kojarzę cię z personelu pielęgniarskiego". Patrzy na mnie z góry. "Nie, ale mogę zawołać Amy". Naciskam guzik wezwania przy łóżku, ale nie wstaję. Jestem zmęczona i szczerze mówiąc, już zaczyna mnie wszystko boleć. Amy podchodzi z przyjaznym uśmiechem i wita naszego gościa. "Dzień dobry, pani musi być babcią". "Nazywam się Eleanor Blakely, a to jest mój wnuk, Leo. Jest ranny? Jakiś oficer Perkins podał mi szczegóły wypadku, ale nic na temat jego obrażeń". "Kilka zadrapań i być może trochę stłuczone ramię. Panna Connolly osłoniła go własnym ciałem, by zamortyzować jego upadek". Amy brzmi dumnie, a ja obserwuję, jak zimne, niebieskie oczy kobiety zwracają się w moją stronę. Mam wrażenie, że te oczy nigdy nie bywają ciepłe, biorąc pod uwagę to, jak zlustrowała drogocennego małego chłopca, który siedział przede mną. Po tak traumatycznym przeżyciu nie doczekał się nawet uścisku z jej strony. Aż serce mnie boli, gdy na niego patrzę. Pamiętam, jak niewiele starsza od niego pragnęłam uścisków. Zastanawiałam się, jak by to było być ukojoną miłością, a nie tylko szybkimi słowami mającymi mnie zahartować. Wyciągam rękę i z uśmiechem ściskam Leo za ramię. Zanim wyjdę, koniecznie go przytulę, jeśli ona przynajmniej na to pozwoli. Ktoś musi obdarzać go czułością, bo wydaje się bardzo słodki. Przez mgłę dociera do mnie zirytowany głos. Przywykłam do wyłączania krzyków i podniesionych głosów jeszcze jako dziecko, tak zostałam wychowana. To mi przypomina, że muszę zadzwonić do Marthy i zapytać, co u niej. Brakuje mi jej. Odwracam się z powrotem do pani Blakely, uświadamiając sobie, że to jej głos właśnie ignorowałam. "Panno Connolly! Czy pani w ogóle mnie słucha?" Błyskawicznie wracam do rzeczywistości. Jej zszokowane oburzenie jest ewidentne. "Bardzo przepraszam. To był długi dzień i chyba w końcu dociera do mnie szok wywołany tym wszystkim". Naprawdę docierał. Ale nie lubię tłumaczyć mojego błądzącego umysłu obcym, chyba że jest to konieczne. "Zapytałam, czy mogę pani to jakoś wynagrodzić, poza opłaceniem rachunku za leczenie". Krzyżuje ramiona i stuka stopą. "Och, nie! To więcej niż wystarczające". Widzę ulgę w jej oczach. "Dobrze więc". I w ten oto sposób zostaję odprawiona. Zwracam się do Leo. "Bardzo się cieszę, że cię poznałam, panie Leo. Byłeś dziś naprawdę dużym, odważnym chłopcem". "Będę za tobą tęsknił, Hazel". Patrzy na mnie ze smutkiem. "Ja za tobą też. Cześć, Leo". Przytulam go i wychodzę z niechęcią. Nigdy nie miałam babci, ale wygląda na to, że Eleanor Blakely nawet nie zbliżyła się do tego, by zasłużyć na ten tytuł. Macham mu palcami i ruszam w stronę wyjścia z obszaru segregacji pacjentów. Wychodzę na zewnątrz, zastanawiając się, czy nie wezwać Ubera na kampus. To nie jest stąd najkrótszy spacer. Kiedy otwieram aplikację w telefonie, słyszę gwizd. "Hej, Hazel". Odwracam się i widzę Warnera, ratownika medycznego. "Potrzebujesz podwózki na kampus? Nasza stacja jest tuż obok". Posyłam mu wdzięczny uśmiech. "Byłoby wspaniale". Kiwa głową. "Wskakuj. Możesz nam opowiedzieć o tej sztywnej i poprawnej babci-smoczycy, która spotkała się z wyrodną nianią". Śmieję się z jego opisów. Podrzucają mnie dokładnie w miejsce wypadku, co mi odpowiada. Mój samochód jest zaparkowany zaledwie przecznicę dalej. Zerkam na drzewo, z którego laweta próbuje właśnie ściągnąć rozbity samochód. Wzdrygam się w duchu, zadowolona, że nie ma między nimi małego chłopca. Albo kogokolwiek innego. Warner mówił, że kierowca ma połamane kości, ale z tego wyjdzie. Miejmy nadzieję, że jego telefon też uległ zniszczeniu. Odwracam głowę akurat w momencie, by niemal wpaść na jakiegoś potężnego człowieka. Całe szczęście zatrzymuję się centymetr przed nim, gdy widzę Czterech Baronów. Oczywiście to znów musiał być Declan. Cofam się, mając nadzieję, że mnie nie zauważył. Dziś jednak nie mam szczęścia. Próbuję ich ominąć, ale oni rozchodzą się na boki, blokując mi drogę. Po prostu ściana jasnowłosych olbrzymów. Declan i Donovan są bliźniakami. Podobnie jak Gavin i Lennox. Są zbliżeni wiekiem, przynajmniej takie krążą plotki na kampusie. Wciąż słyszy się o nich szepty, począwszy od ich życia uczuciowego, po to, jakie są ich prawdziwe powiązania rodzinne. Mówili innym, że są braćmi, ale biologicznie to niemożliwe. Prawdopodobnie zostali adoptowani, ale tak naprawdę to nie moja sprawa. Wiem lepiej niż ktokolwiek inny, że rodzina nie zawsze ma jakikolwiek tradycyjny wymiar. Gavin i Lennox przypominają Declana i Donovana na tyle, że wiadomo, iż muszą być spokrewnieni. Ich włosy są w kolorze bardziej złocistego blondu niż popielatego i mają błękitne oczy, w przeciwieństwie do srebrzystoniebieskich Declana i lodowatych Donovana. Włosy Lennoxa opadają mu na ramiona i zazwyczaj związuje je w popularny męski koczek. Te Gavina przypominają bardziej fryzurę Declana, lekko kudłate i zawsze rozwiane wiatrem. Spoglądam na nich z dołu, robiąc dwa kroki do tyłu, z zamiarem ominięcia ściany drużyny hokejowej. "Hazel, przysłano ci okład z lodem. Zgubiłaś go?" – pyta spokojnie Gavin. Jest najbardziej przyjazny z całej czwórki, i to bardzo delikatnie mówiąc. Bardziej w sensie takim, że nie ugryzie... Zerkając na swój nadgarstek, przypominam sobie Leo, który bawił się nim w karetce. Potrzebował odwrócenia uwagi, więc mu to oddałam. Był taki uroczy, mówiąc "nie, to na ała", dopóki nie nalegałam, że moje "ała" jest już wyleczone. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, dobiega mnie warczący głos Declana. "Oczywiście, że go zgubiła. Nie jest nawet na tyle bystra, żeby nałożyć kurtkę na zewnątrz, wiedząc, że będzie trząść się z zimna" – mówi kpiąco, ale jest w tym też odcień gniewu. W jego oczach błyskają iskry. Przewracam oczami i ruszam w ich kierunku, by przejść. Woła głośniej. "Nie stać cię na nic lepszego niż przewracanie oczami? Pojawiasz się w najbardziej nieodpowiednich miejscach, co?" Krzywię się, idąc dalej. On nie ma pojęcia, w jak nieodpowiednich miejscach przyszło mi cierpieć. Słyszę głos Warnera z karetki. Właśnie ma odjechać od krawężnika. "Hej, Hazel, wszystko w porządku? Przeszkadza ci?" I czasem przez moje roztrzepanie wypalam szybciej, niż zdążę mrugnąć czy przemyśleć sprawę. "Musiałby mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie, żeby mi przeszkadzać. Wszystko w porządku. Dzięki, Warner". Macham do niego. Idź dalej, Hazel. To pewnie nie był najbystrzejszy pomysł, choć przyniósł mi satysfakcję. Słyszę syk za moimi plecami, a potem coś, co brzmi jak zduszony kaszlem chichot. "Cholera, Dec, chyba będziesz potrzebował lodu na to oparzenie". To cichy głos Lennoxa. Skręcam za róg i pozwalam moim oczom powędrować w ich kierunku. Declan stoi i wpatruje się we mnie z zaciśniętymi pięściami. Szybko zerka przez ramię, gdy Donovan coś szepcze. "Uważaj, żebyś nie wpadła w tę samą pułapkę, co twój królik, Hazel" – rzuca chłodno, a ja tłumię dreszcz. Zaraz potem jednak dostrzegam drużynę futbolową idącą w stronę braci Mercerów. To wystarczający bodziec, żeby szybko wsiąść do samochodu i odjechać. Kiedy budzę się następnego ranka, wydaję z siebie jęk. Czuję się, jakby przejechała po mnie ciężarówka. Wezmę trochę ibuprofenu i gorący prysznic, co, miejmy nadzieję, to naprawi. Idę na moje pierwsze zajęcia, kiedy mój telefon dzwoni. Wyświetla się nieznany numer. Odbieram, zastanawiając się, co ten telemarketer próbuje mi wcisnąć. Ku mojemu zaskoczeniu po raz kolejny słyszę ten surowy głos. "Panno Connolly, z tej strony Eleanor Blakely". "Dzień dobry, pani Blakely. Czy z Leo wszystko w porządku?" "Tak, wszystko u niego w porządku. Mam z panią do omówienia pewną sprawę po wczorajszym nieprzyjemnym incydencie". Oj, to nie wróży nic dobrego... "Kontaktuję się z panią w sprawie pracy, panno Connolly. Zbliżają się święta i mój kalendarz towarzyski jest bardzo napięty. Leo potrzebuje niani od poniedziałku do piątku po przedszkolu, a czasami w sobotnie poranki. Byłyby to również niektóre sobotnie wieczory, kiedy będziemy mieli plany. W ciągu tygodnia odbierałaby go pani z przedszkola, przywoziła do naszego domu i pilnowała do 18:00. Kończy zajęcia o 14:30. Przedszkole nie znajduje się daleko od kampusu. Po wczorajszym zachowaniu Madison nie mogę jej dłużej zatrudniać. Czy opisane przeze mnie stanowisko panią interesuje?" Szybko analizuję mój plan zajęć. Najpóźniejsze kończą się we wtorki i czwartki o 13:30. "Tak" – odpowiadam po prostu. Odniosłam wrażenie, że lubi dużo mówić, ale nie do końca słuchać. "Da pani radę z ustalonymi godzinami?" "Tak". Wciąż powinnam być w stanie pomagać May z jej siostrzeńcem, Milo, jeśli będzie tego potrzebować. "Doskonale. Przygotuję umowę. Wynagrodzenie to 1000 dolarów tygodniowo". Pozwala temu wybrzmieć w ciszy, a ja czekam, zastanawiając się, czy sobie tego nie wyobraziłam. "Może pani być zmuszona do zmiany godzin w każdej chwili, dlatego wyznaję zasadę odpowiedniego rekompensowania pani czasu. Wstępne ramy czasowe to kilka tygodni po Nowym Roku, choć okres ten może ulec wydłużeniu". Szybko liczę w pamięci. Z takimi pieniędzmi nie musiałabym już pracować aż do ukończenia studiów. "To wszystko brzmi bardzo uczciwie" – odpowiadam, wiedząc, że byłabym głupia, gdybym odrzuciła taką ofertę. "Doskonale. Znajdę dziś czas, żeby się z panią spotkać w moim domu. Wyślę pani adres SMS-em. Proszę być na miejscu o 15:30. Nie znoszę spóźnialstwa, panno Connolly". Rozłącza się, a ja zastanawiam się, czy w ogóle zważa na maniery w stosunku do innych. Niemniej jednak, nawet mając ją za pracodawczynię, brzmiało to zbyt pięknie, aby mogło być prawdziwe. Oby nie było.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 3: Propozycja, której nie może odrzucić? – Niespodziewana kara: Niania dla Avalanche | Czytaj powieści online na beletrystyka