Hazel
– Zaplotę ci warkocz. Trudniej będzie cię rozpoznać, zwłaszcza w czapce – mówi Maya, przeczesując moje włosy.
– Muszę iść do fryzjera – mruczę. Moje włosy sięgają około pięciu centymetrów poniżej ramion. Zazwyczaj trzymam je do długości ramion.
– Ładnie ci w takich. Dzięki też za zabranie dzisiaj Milo. Jest bardzo podekscytowany. – Zaczyna wyplatać magię swoimi palcami w moich włosach. Nigdy nie plotę warkoczy, ponieważ, jak u większości kobiet, moje włosy nie chcą mnie słuchać. Dla May same układają się w cudne pasma.
– Pomyślałam, że Leo też się to spodoba. – Napisałam do Declana w sprawie dodatkowego biletu i on się tym zajął. Hobbs wręczył mi je wczoraj. Od czasu rozmowy z Declanem nie widziałam w domu ani braci, ani ich matki. Tylko na naszych jedynych wspólnych zajęciach, ale ledwo w moją stronę spoglądają. Co nie jest zaskakujące. Nadal jestem tą samą Hazel. Tyle że każdego dnia najeżdżam ich dom.
Maya pracuje po południu, kiedy zaplanowany jest mecz. Zanim się odzywa, delikatnie dotyka mojego ucha. Zawsze sprawia to, że skupiam na niej uwagę.
– Czy smoczyca wspomniała, ile sobót będziesz musiała poświęcić na opiekę nad Leo?
– Nie. Boję się zapytać. Sprawdziłam harmonogram rozgrywek Baronów i po tym meczu mają tylko kilka innych w soboty, aż do stycznia. Oczywiście, mogę musieć z nim zostać z zupełnie innego powodu.
Hobbs powiedział mi, że Eleanor Mercer wychodzi w soboty na zakupy i brunch ze swoimi przyjaciółkami. Czasami też na mecze pickleballa. Nie wyobrażam sobie, by ta kobieta uroniła choć kroplę potu, z wyjątkiem bardzo snobistycznych zajęć z pilatesu. Przypomina mi tę matkę z filmu „Pamiętnik”. Wyszła za mąż dla pieniędzy, patrzy na innych z góry, pewnie zorganizuje bal debiutantek, na którym zostaną zaprezentowane odpowiednie, bogate dziewczęta dla jej synów. Wcześniej i tak przeszłyby przez rygorystyczny proces weryfikacji pod kątem bycia „odpowiednimi”.
Poza tym, co bogate kobiety kupują w każdy jeden weekend? Zawsze się nad tym zastanawiałam. Może matka Leo nie spełniała standardów i dlatego jej w tym nie ma. A może przejrzała Eleanor na wylot i uciekła, ratując własne życie. Ale zostawiła syna...
– Haaazzzyyy… – Cierpliwy głos May dociera do mnie i z powrotem skupiam na niej uwagę.
– Przepraszam. Na chwilę odpłynęłam. – Prezentuje moje włosy jak jedna z tych modelek z teleturnieju „Dobra Cena”. – Wygląda świetnie, May.
– Pozwól, że wezmę twoją bejsbolówkę. Zakładam, że wciągniesz bluzę z kapturem przed wejściem na stadion – mruczy. Zeszłej nocy, podczas naszego babskiego wieczoru, wyznała, że generalnie nie jest wielką fanką mojej pracy. Zrozumiała, że pieniądze są zbyt dobre, by z nich zrezygnować, tak samo jak z godzin. Leo był kolejnym ogromnym plusem.
– Tylko uważaj na tych ludzi, Hazel. – Kładzie czapkę na mojej głowie. Ma błękitny kolor, by pasować do jasnoniebiesko-srebrnych koszulek drużyny. Moja bluza to jasnoszary materiał z niebieskimi literami tworzącymi napis „Lodowi Baronowie”.
Podnosi torebkę, po czym przytula Milo na pożegnanie.
– Miłej pracy – wołam za nią. – Przynajmniej będzie nudna i nie wypchnie cię ze strefy komfortu.
– Wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłam w pracy. Postaraj się dobrze bawić, Hazel. – Uśmiecha się do mnie i wychodzi.
– Dobrze się bawić, próbując uniknąć zauważenia na dużej szkolnej imprezie sportowej... no pewnie, fajna zabawa. – Milo obserwuje mnie z kanapy, gdy zbieram nasze rzeczy, by ruszyć do rezydencji Mercerów. Olbrzymi biały SUV stoi na okrągłym podjeździe przed frontowymi drzwiami.
Parkuję na swoim stałym miejscu, podczas gdy Milo odzywa się: – O-ou...
Z tylnego siedzenia. Odwracam głowę, zauważając Declana Mercera stojącego w jasnoszarym garniturze. Ma założone ręce i poirytowany wyraz twarzy. Czy to będzie motyw przewodni tego domu? Giganci stojący na podjeździe z założonymi rękami?
Wychodzę, przypominając sobie, że on przecież nie gryzie. Pomagam Milo odpiąć fotelik. Trzyma mnie za rękę, gdy zbliżamy się do tego, co uważałam za irytację, a co teraz okazuje się być zwiniętym, gotowym do ataku wężem.
– Milo, drzwi są otwarte. Możesz wejść i znaleźć Hobbsa oraz Leo w pokoju zabaw – mówi do niego miękko Declan.
– Hazel? – Pociąga mnie za rękę, a ja spoglądam na niego z góry, przytakując.
– Śmiało. Zaraz wejdę. – Posyłam mu uśmiech, którego w ogóle nie czuję.
Oboje patrzymy, jak biegnie do środka. Zwracam głowę w stronę Declana, zauważając, że on nadal patrzy w stronę drzwi. Nie odwracając na mnie wzroku, jego zimny głos tnie ostro jak brzytwa.
– Czy ty nie zrozumiałaś, że mieliśmy być na stadionie o 11:00? Nie ty tutaj o 11:00. Napisałem w instrukcjach 10:30, żebym mógł z tobą o czymś porozmawiać. Wysłałem moich braci wcześniej, byśmy wszyscy uniknęli skrzyżowania się z Lawsonem.
Gorączkowo próbuję przypomnieć sobie słowa na kopercie z naszymi biletami. Widzę je. Kulę się, gdy dociera do mnie świadomość, że kompletnie to spieprzyłam.
– Ja... przepraszam. Zobaczyłam 11:00 i to zakodowałam w pamięci. Ja... będziesz miał kłopoty? – Pytam o to ostatnie bardzo cicho.
Jego głowa wreszcie odwraca się w moją stronę, twarz jest chłodno beznamiętna. – Kiedy mecz się skończy, zostańcie dłużej na swoich miejscach. Leo lubi wyjść na lód, kiedy robi się zupełnie pusto. Wrócę z szatni, kiedy będzie to mógł zrobić. Wie, żeby na meczu nie mówić, kim dla niego jestem.
– Naprawdę przepraszam. Spieprzyłam sprawę. – Tak zrobiłam. Wypadłam z rutyny i nie przeczytałam instrukcji dwa razy.
– To się więcej nie powtórzy. – Nie odpowiedział mi na pytanie o kłopoty. Patrzę nie wyżej niż na węzeł jego ciemnoniebieskiego krawata.
– Zaopiekuj się Leo. – Z tymi słowami wsiada do SUV-a i odjeżdża.
Wchodzę do środka i znajduję chłopców z Hobbsem, który wychodzi mi na spotkanie w drzwiach pokoju zabaw. Posyła mi współczujący uśmiech, zanim oznajmia, że lunch będzie gotowy za piętnaście minut. Wyraz mojej twarzy musi mówić sam za siebie.
– Hazel! Zobacz! Tatuś mi to kupił. – Pędzi, by pochwalić się jasnoniebieską koszulką z dużą, błyszczącą srebrną liczbą 11 w kształcie sopli lodu.
– Wow. Ale niesamowita koszulka. Grasz dzisiaj? – droczę się z nim, a on przytula się do moich nóg, śmiejąc się.
– Nie, Hazel! Jesteś głuptasem. Jestem za mały. Tatuś ma 11. – Ponownie wskazuje na numer, a ja śmieję się z niego.
– A myślałam, że ma dwadzieścia...
Leo kręci głową tak bardzo poważnie. – Nie, Tatuś ma dwadzieścia trzy. Jego urodziny są w grudniu.
Teraz dołącza do tego Milo. – Mój tatuś ma dwadzieścia sześć. Jego urodziny są w sierpniu. Moje w czerwcu.
– Będzie w domu kilka dni przed Świętem Dziękczynienia, Milo. Nie martw się. – Znam ten wyraz twarzy.
– W przyszłym tygodniu jest cukierek albo psikus. Hazel i Ciocia Maya mnie zabierają. Będę Batmanem – mówi z dumą Milo.
– A ja będę Czarnym Vaderem. – dodaje Leo.
Milo marszczy brwi. – Darth Vaderem.
– Milo, odpuść – ostrzegam go, dając im znak, by szli za mną. – Lunch.
Przerzucają się argumentami na temat tego, które cukierki są najlepsze i który superbohater zebrałby najwięcej. Z łatwością nadążam za ich całkowitymi zmianami tematów. Dlatego właśnie mój mózg lepiej radzi sobie z dziećmi. Gdakają o wszystkim, co tylko przyjdzie im do głowy, tak jak ja. W tym tygodniu muszę mieć się na baczności. Przez kilka pierwszych dni po okresie potrafię świetnie się skupić dzięki wyższemu poziomowi estrogenu w organizmie, jak to kiedyś wyjaśnił psychiatra. A to było zaledwie kilka dni temu. Ale teraz, gdy ten poziom spada do najniższego, zwykle mam najwięcej problemów ze skupieniem uwagi na jednym torze. Potrzebuję wszystkich moich sztuczek, żeby zachowywać się normalnie. A już zdążyłam nawalić w sprawie Declana.
– Leo, co się dzieje, kiedy twój tatuś spóźnia się na trening hokeja? – pytam cicho, gdy jemy.
Hobbs zatrzymuje się tylko na sekundę, ale to wyłapuję, ponieważ wpatruję się w przypinkę, którą nosi na kołnierzu. Małe rzeczy – czasem muszę skupiać się na najdrobniejszych szczegółach, żeby sobie pomóc.
– Musi jeździć na łyżwach okrążenia albo robić pompki. Albo musi czekać na ławce podczas meczu. – Mój żołądek zwija się w supeł. Odsuwam od siebie talerz, nie mogąc przełknąć już ani kęsa.
Hobbs delikatnie przesuwa go z powrotem w moją stronę. Pochyla się i szepcze: – Pan Declan jest bardzo ważny dla drużyny, Hazel. Nic mu nie będzie i nie ma mowy, by w tak ważnym meczu jak ten dzisiejszy, Wyatt Lawson kazał mu przesiedzieć całą tercję.
– Mecz zaczyna się o 14:00, prawda, Hobbs? – sprawdzam dla pewności, nie ufając własnej pamięci.
– Tak. Przypomnę ci o wyjściu. Powinnaś wyjść wcześniej, żebyś mogła dotrzeć na swoje miejsce bez tłumu tratującego tych dwoje. – Uśmiecha się do mnie życzliwie. – Widzę, że czasami nie zawsze masz wszystko po kolei w głowie, Hazel. Bądź pewna, że jestem tu po to, by pomóc we wszystkim, czego potrzebujesz.
– Dziękuję ci. Ja... ja nie zawsze potrafię to wszystko ogarnąć, Hobbs – wyznaję mu. Dziwnym trafem wiem, że mogę mu ufać.
Kiwa głową. – Nic nie powiem, Hazel. To zostanie między tobą a mną. Leo cię kocha, a ja uwielbiam to światło, które z powrotem wniosłaś w jego dni.
Zabiera talerze chłopców. Zgodnie z obietnicą, przychodzi po nas o 13:00, żebyśmy mogli wyjść.
Właśnie wyciszałam alarm w telefonie, gdy zapukał do drzwi pokoju zabaw.
– Chłopaki, dwie minuty na sprzątanie.
Śpieszymy się i wychodzimy. Sięgam po bluzę z kapturem i narzucam ją na siebie, gdy czekamy, aż brama się otworzy. Nie zapomnę o tym szczególe i nie pogorszę sytuacji Leo.
Na lodowisku łatwo znajdujemy nasze miejsca. Są już ludzie gotowi na mecz. Chwytam plecak, który wręczył mi Hobbs. Są w nim woda i przekąski. Zapobiegawczo odwiedziliśmy już toaletę.
– Hazel, jak długo? – pyta mnie Leo i już widzę, jak wzbiera w nim nuda.
– Piętnaście minut. Pobawmy się w grę. Zgadnij, co widzę. Milo, ty zaczynasz. – Milo od razu podejmuje zabawę.
Leo ekscytuje się, gdy widzi wchodzących zawodników. Zaczyna podskakiwać w górę i w dół, machając. Zastanawiam się, czy zacznie mówić o tym, że to jego rodzina. Czy powinnam kazać mu być cicho? Cholera, Hazel, o to nie zapytałaś...
Siadają na ławce swojej drużyny. Patrzę, jak sędzia udaje się do środkowego koła na lodzie, a zawodnicy wyjeżdżają. Nie jesteśmy w sektorze studenckim, co wcale mnie nie dziwi. Blisko nas jest sporo par w średnim wieku, niektóre z dziećmi. Dobrze się tu wtopimy.
– Lennox to bramkarz – informuje nas Leo, gdy patrzymy, jak podjeżdża do siatki z numerem 33. Moje serce zamiera, kiedy widzę, jak Declan pozostaje na miejscu, podczas gdy reszta zawodników wyjeżdża na taflę. To moja wina...
Gavin, Donovan, Brantley Vane i Kendall Young wyjeżdżają na lód, a Donovan i Gavin ruszają w stronę sędziego.
Na szczęście Leo to moja osobista hokejowa encyklopedia, bo wszystko, co wiem o hokeju, to to, że jeżdżą po lodzie z kijami i używają krążka.
– Donovan albo Gavin staną do koła wznowień, żeby zdobyć krążek.
– Cieszę się, że tyle wiesz, Lolo, bo ja nie mam zielonego pojęcia o tej grze.
Uśmiecha się do mnie tak słodko. – Ja ci pomogę, Hazel. – Z czułością mierzwię mu włosy.
Obserwuję z zaskoczeniem, jak sędzia upuszcza czarny okrągły przedmiot, a oni o niego walczą. Jak kurczaki uganiające się za tym samym robakiem – to nieproszona myśl, która przychodzi mi do głowy, a ja szybko ją odpycham.
– Declan miał kłopoty. Siedzi na ławce. – Zerkam w górę na zegar po słowach Leo. Moja wina...
– Jest kapitanem, zawsze gra.
Po pięciu minutach widzę, jak Declan wstaje, Kendall zjeżdża, a wchodzi Declan. Niemal można wyczuć zmianę w obu drużynach, gdy jego łyżwy dotykają lodu. Widziałam jego twarz, kiedy siedział na ławce. Tę intensywność, kiedy patrzył; czułam ją ze swojego miejsca.
– Nazywają go Lawiną. Patrz. – Głos Leo przepełnia duma.
Przeciwna drużyna ma krążek, a dwóch z nich flankuje faceta pchającego go w stronę Lennoxa. Declan przelatuje przez lód i przebija się prosto przez nich. Kiedy wyłania się spomiędzy dwóch czerwonych mundurów, widzę, że ma krążek i pędzi w stronę bramkarza przeciwników. Pędzi jak wiatr, podczas gdy zawodnicy z drugiej drużyny z trudem próbują go dogonić. Ktoś uderza w Donovana, gdy ten biegnie tuż obok, ale on ledwo się chwieje.
– Nazywają Donovana Lodową Cegłą – mówi Leo, a jego oczy lśnią jasno z podekscytowania.
On uderza z powrotem w tamtego drugiego faceta, zwalając go z nóg. Declan strzela gola, a Leo podskakuje z krzykiem. Przez ułamek sekundy widzę, jak jego głowa odwraca się w naszą stronę, gdy Leo i Milo krzyczą dla niego. Przez resztę meczu łapię się na tym, że potrafię skupić na nim uwagę. Toczy się w szybkim tempie i zawsze jest na co patrzeć. Mój wiewiórczy mózg słucha Leo i o dziwo potrafi nawet zapamiętać część z tych rzeczy. Nigdy nie wypowiada słowa „tatuś” ani „wujek”, co mnie intryguje na moment, zanim tracę ten wątek myślowy.
W ostatnich trzydziestu sekundach cała arena podnosi się z miejsc. Mecz kończy się remisem, a Lodowi Baronowie mają krążek. Orientuję się, że stoję, trzymając ramiona wokół obu chłopców, podczas gdy oni stoją na swoich miejscach, żeby lepiej widzieć. Strzelają gola, a arena wybucha wiwatami. Rozlega się syrena, a Leo krzyczy z radości.
– Koniec, Hazel! Wygrali!
Nawet moje serce waliło z niecierpliwości i śmieję się z Milo, który również krzyczy z radości.
Kręcimy się w pobliżu, gdy ludzie wychodzą. Chłopcy dyskutują o meczu, a ja siedzę z tyłu i obserwuję. Kiedy na tafli jest już prawie zupełnie pusto, postanawiamy podejść bliżej lodu. Drużyna przeciwna zniknęła, a braci Mercerów również nie widać. Chłopcy podchodzą do szyby, wskazując na coś na lodzie. Dostaję SMS-a od Declana, gdy tak czekamy.
Spotkaj się ze mną na zewnątrz, przy wejściu dla drużyny. To po lewej stronie areny, pod znakiem Dr. Peppera. Leo nie może dzisiaj wejść na lód. Muszę się spotkać z Trenerem.
Kulę się na to, wiedząc, że to pewnie dlatego, że przeze mnie się spóźnił. Wyjaśniam to chłopcom, a Leo jest zbyt szczęśliwy, by się tym martwić.
Znajdujemy znak i widzimy kilka innych osób, które wciąż się tam kręcą. Głównie hokejowe blachary, ale dostrzegam też inną rodzinę. Może Kendalla Younga. Jest tam kilka ławek, ale nie chcę podchodzić tak blisko. Milo i Leo odtwarzają niektóre z hokejowych ruchów, które widzieli.
Piętnaście minut później przez drzwi spacerkiem przechodzi Brantley Vane. Jego włosy są wciąż mokre, a on ma na sobie jasnoniebieski dres z ich logo. Zmierza w stronę kręcących się dziewczyn. W tym samym momencie Leo głośno wykrzykuje moje imię, a ja patrzę, jak jego głowa powoli obraca się w moją stronę. Odwracam twarz w stronę Milo, ale jest już za późno. Trener Lawson też zbliża się do drzwi wyjściowych. Widziałam jego głowę w tunelu.
Jego głos nagle odzywa się obok nas. – Mała ćma przychodzi na mecze. Nawet nie muszę iść na polowanie.
Ma ten nieprzyjemny uśmieszek, który nie sięga jego oczu. Przechodzą mnie przez niego ciarki.
Odwracam się, żeby odejść, ale on jest zbyt szybki. Łapie mnie boleśnie za ramię i obraca z powrotem przodem do siebie.
















