SERAPHINA
"Wszystkiego najlepszego, Seraphino", szepnęłam do siebie, gdy tylko otworzyłam oczy.
Byłam dziś rano w wyjątkowo dobrym nastroju. To dla mnie bardzo szczególny dzień. Poza moimi osiemnastymi urodzinami, dzisiaj jest również dzień, w którym stanę przed Boginią Księżyca i otrzymam swojego wilka.
Moje życie było trudne od śmierci ojca. Kiedyś był alfą, ale został skazany na śmierć, gdy oskarżono go o zdradę. Alfa Alistair, alfa Watahy Shadowfall Crest, był na tyle wspaniałomyślny, że mnie oszczędził i wziął pod swoje skrzydła, aby zapobiec podzieleniu przeze mnie tego samego losu.
Wstaję i ścielę łóżko, po czym ruszam do łazienki. Będąc pod prysznicem, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Naprawdę nie mogłam się doczekać dzisiejszego dnia. Poza tym, że miałam otrzymać swojego wilka, Julian zapowiedział, że przygotował coś na moje urodziny.
Julian był jedyną dobrą rzeczą, jaka mnie spotkała, odkąd Alfa Alistair zabrał mnie do siebie. Nigdy nie traktowali mnie jak członka rodziny. Jestem raczej jak ich służąca, która żyje tylko po to, by im usługiwać. Julian jako jedyny traktował mnie jak przyjaciółkę, a nie niewolnicę. Myślałam, że Alfa Alistair przygarnął mnie z dobrej woli i że naprawdę wierzy, iż jestem niewinna grzechu mojego ojca. Ale wszystko stało się jasne w chwili, gdy przekroczyłam próg ich domu. Pozwolili mi zamieszkać w piwnicy, gdzie karaluchy i szczury są moimi stałymi towarzyszami. Wolno mi jeść tylko ich resztki.
Ale Julian był inny. Zawsze przemycał dla mnie świeżo ugotowane jedzenie, kiedy tylko w pobliżu nie było jego rodziców. Nigdy na mnie nie krzyczał ani mnie nie bił, w przeciwieństwie do reszty jego rodziny.
"Kiedy zostanę alfą, uczynię cię moją luną, Seraphino. Obiecuję ci. Nikt cię już więcej nie skrzywdzi."
To obietnice, które złożył, kiedy wyznał mi miłość. Byłam wniebowzięta, kiedy mi to powiedział. Byłam świadoma swoich uczuć do niego jeszcze przed jego wyznaniem. Jest jedynym jasnym punktem w moim obecnym, okropnym losie. Jest jedynym powodem, dla którego znoszę tortury ze strony Alfy Alistaira i jego rodziny.
Postanowiłam założyć jedyne porządne ubranie, jakie posiadałam. Julian podarował mi różową sukienkę w kwiaty na moje siedemnaste urodziny w zeszłym roku. Jesteśmy w związku od dwóch lat. Chociaż na razie postanowiliśmy ukrywać to przed jego rodziną, mocno trzymałam się obietnicy Juliana, że wkrótce przedstawi mnie watasze jako swoją dziewczynę.
Spojrzałam na siebie w lustrze obejmującym całą sylwetkę po raz ostatni, zanim zeszłam na dół, aby przygotować śniadanie dla rodziny. To moja rutyna od pięciu lat, od kiedy przybyłam do tego domu. Nieważne, czy to moje urodziny, czy nie; muszę im usługiwać jak zwykle.
Byłam zaskoczona, gdy zastałam wszystkich w jadalni. Stół był już nakryty, a jedzenie podane.
"Och, oto i ona! Kobieta, na którą wszyscy czekaliśmy", ogłosił Alfa Alistair, uśmiechając się szeroko, gdy do mnie podszedł. "Dzień dobry, Seraphino!", przywitał się, po czym cmoknął mnie w policzek.
Poczułam się odrobinę nieswojo w obliczu jego nagłej życzliwości względem mnie. Całkowicie mnie to zaskoczyło, ponieważ nie widziałam, żeby kiedykolwiek uśmiechnął się do mnie od mojego przyjazdu.
"Chodź, Seraphino. Dołącz do nas. Przygotowaliśmy to jedzenie specjalnie dla ciebie", powiedziała Beatrice, żona Alfy Alistaira.
Natychmiast stałam się podejrzliwa wobec tej okazywanej mi uprzejmości. Odkąd tu mieszkam, obchodziłam urodziny już pięciokrotnie i ani razu niczego z tej okazji dla mnie nie przygotowali – nie było nawet kawałka tortu. Zatem zrobienie czegoś takiego zupełnie do nich nie pasowało.
Mam co do tego złe przeczucia. Czy planują mnie otruć?
Szukałam Juliana przy stole, mając nadzieję, że uzyskam od niego jakieś odpowiedzi. Ale kiedy mój wzrok spoczął na nim, szybko odwrócił głowę. Wyglądał na skruszonego i winnego. Ale z jakiego powodu czuł się aż tak winny?
"Proszę, zajmij to miejsce", powiedział Alfa Alistair, przysuwając puste krzesło ustawione na drugim końcu stołu. Gdy usiadłam, szybko wrócił na swoje miejsce po przeciwnej stronie.
"Wszystkiego najlepszego, Seraphino", przywitała się Octavia z ironicznym uśmieszkiem, unosząc brwi. Wyglądała, jakby wiedziała coś, czego ja nie wiedziałam.
Ta tajemnica po prostu mnie zabijała. Miałam ogromną ochotę zapytać, co się dzieje.
"O co chodzi?"
"Są twoje urodziny, Seraphino. Przygotowaliśmy dla ciebie coś specjalnego, teraz gdy osiągnęłaś pełnoletność. Poza tym, czyż to nie dzisiejszej nocy staniesz przed Boginią Księżyca, by otrzymać swojego wilka?" odpowiedziała Beatrice.
"Żadne z was nie było dla mnie miłe odkąd tu dotarłam. Wszyscy traktowaliście mnie jak niewolnicę. Więc proszę mi wybaczyć, jeśli trudno mi uwierzyć, że zadaliście sobie tyle trudu, by przygotować coś na moje urodziny", powiedziała.
Śmiech Alfy Alistaira nagle wypełnił pomieszczenie. Następnie podniósł filiżankę z kawą i upił z niej łyk. "Zawsze szybko orientowałaś się w sytuacji", powiedział, ukazując ten sam diabelski uśmiech, który nosił odkąd go poznałam. "Masz rację. Nie chodzi tylko o twoje urodziny i wejście w dorosłość. Myślę, że nadszedł czas, abyś odwdzięczyła się za całą dobroć, jaką ci okazaliśmy, odkąd zdradziłaś naszą watahę."
"Co masz na myśli?" zapytałam zdezorientowana.
"Jesteś świadoma paktu pokojowego między Królem Likanów a wszystkimi watahami na tym terytorium, prawda?" zaczął.
Oczywiście, doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Wszyscy alfowie na tym kontynencie zgodzili się wysyłać swoje córki na konkubiny dla Króla Likanów, aby sprawować kontrolę nad watahami i zapobiec ich buntowi przeciwko królestwu.
"T-tak", wyjąkałam. Już podejrzewałam, do czego zmierza, ale wciąż miałam nadzieję, że się myliłam.
"Cóż, powinnaś być zachwycona mogąc reprezentować naszą watahę i uhonorować układ, który podpisaliśmy", kontynuował.
"Ale pakt stanowi, że powinieneś wysłać swoją najstarszą córkę." Zamarłam, gdy coś sobie uświadomiłam.
"Jak myślisz, z jakiego powodu cię adoptowałem, Seraphino? Dokładnie w tym celu", powiedział, potwierdzając to, co działo się w mojej głowie, odkąd o tym wspomniał. "Nie jestem na tyle głupi, żeby wysłać własną córkę do tego dzikiego i bezwzględnego króla."
Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego mnie adoptował. Teraz wszystko wyszło na jaw. Spojrzałam na Juliana, mając nadzieję, że zobaczę jakiś promyk nadziei w tej okropnej wiadomości. Ale on unikał mojego wzroku.
"Jutro wyruszysz do pałacu. Nie zepsuj tego naszej watasze, Seraphino. Chociaż raz bądź użyteczna", skomentowała Beatrice.
Milczałam. Nie mogłam nawet przełknąć jedzenia. W tej chwili mogłam myśleć tylko o Julianie. Co teraz z nami będzie?
Alfa Alistair i Beatrice wyszli zaraz po śniadaniu. Musieli załatwić kilka spraw związanych z jutrzejszymi zaręczynami. Wykorzystałam tę okazję, by porozmawiać z Julianem. Może on miał jakiś plan.
Octavia była w swoim pokoju, a Julian szykował się do wyjścia, kiedy zatrzymałam go, by się z nim skonfrontować.
"Jaki masz plan, Julianie?" zapytałam go. "Możemy razem uciec. Zostawmy to wszystko za sobą, Julianie. Ja kocham ciebie, a ty kochasz mnie. Myślę, że to więcej niż wystarczający powód, żebyśmy stąd odeszli."
Wypuścił głośno powietrze, zanim odpowiedział. "Zrób to, co mówi mój ojciec, Seraphino. Nie mamy wyboru."
Byłam zaskoczona jego odpowiedzią. Trochę potrwało, zanim doszłam do siebie. "Co masz na myśli?" zapytałam, czując się zdezorientowana.
"Jeśli się nie zgodzisz, mój ojciec nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko wysłać moją siostrę do tego potwora. Nie mogę na to pozwolić. Jest moją siostrą", powiedział.
Słysząc to, odruchowo cofnęłam się o krok, uświadamiając sobie, że nie zamierzał mnie wybrać. "Więc wolisz, żeby to mnie wysłano do tego rzekomego potwora, a nie twoją siostrę, prawda?"
Szybko chwycił mnie za oba ramiona. "Przykro mi, że tak to wyszło, Seraphino. Ale obiecuję, że kiedy zostanę Alfą, sprowadzę cię z powrotem. Mam teraz związane ręce, Seraphino. Nie mogę z tobą uciec. Nie możesz oczekiwać, że rzucę wszystko tylko po to, by być z tobą. Musisz to zrozumieć."
Wzięłam głęboki oddech. "Masz rację. Przepraszam. Nie powinnam cię o to prosić."
Uśmiechnął się, po czym ujął w dłonie moją twarz. "Wiedziałem, że zrozumiesz. Po prostu zrób to, o co prosi cię mój ojciec, dobrze? Jeśli Król Likanów cię odrzuci, przyjmę cię z powrotem. Obiecuję." Następnie przycisnął usta do mojego czoła i odszedł.
Nie minęło wiele czasu od wyjścia Juliana, kiedy usłyszałam za sobą głos.
"Jakież to odważne z twojej strony, prosić mojego brata, żeby porzucił swoją rodzinę i obowiązki przyszłego alfy tej watahy. Musisz mieć niezłe urojenia." Octavia zadrwiła, opierając się o framugę drzwi.
"Nie wiesz, co jest między mną a Julianem. Kochamy się i ja mu ufam."
"Naprawdę? A czy powiedział ci, dokąd teraz idzie?" Uśmiechnęła się z wyższością.
"Nie muszę tego wiedzieć. Wiem, że to coś ważnego. Ale ufam Julianowi."
"Czyżby?" Powoli podeszła bliżej i wręczyła mi kartkę papieru. "To adres Rosalie", powiedziała.
"Kim jest Rosalie?" zapytałam ze zdezorientowaniem.
"Jest narzeczoną Juliana i jego przyszłą Luną."
Zatkało mnie. Ze wszystkich sił starałam się ukryć swoje zaskoczenie przed Octavią. "Nie zrobiłby tego. Obiecał, że nie weźmie żadnej innej Luny oprócz mnie", odpowiedziałam pewnie.
"Skoro jesteś taka pewna, to dlaczego ich nie odwiedzisz? Przekonaj się sama", rzuciła mi wyzwanie.
"Nie muszę. Ufam Julianowi."
Zadrwiła: "Twoja naiwność cię zabije, Seraphino." Wzruszyła ramionami. "Cóż, w każdym razie to twój wybór. Po prostu staram się być miła, skoro zajmiesz moje miejsce jako nowa konkubina Króla Likanów. Powiedzmy, że to moja zapłata za twoje poświęcenie", powiedziała, zostawiając mnie oszołomioną w salonie.
Przez kilka minut wpatrywałam się w kartkę w mojej dłoni. "Julian by mi tego nie zrobił. Ufam mu", wyszeptałam.
***************