1 - Kennedy
Rozdzierający dźwięk piszczących opon. Głośne, głuche uderzenie i eksplozja szkła. Niewidzialna siła, która wyrzuca mnie do przodu. Brak jakiejkolwiek kontroli nad czymkolwiek, nie ma za co chwycić, gdy moje dłonie bezwładnie przecinają powietrze. Uderzyłam w twardą powierzchnię i gwałtownie się poderwałam. Z trudem łapię powietrze, mrugając i otwierając oczy. Jestem w swoim pokoju. Zawsze jestem w swoim pokoju. Ale wciąż czuję zapach palonej gumy i benzyny. Gryzące opary wciąż palą mnie w nosie. Ten koszmar nigdy nie zniknie. Co noc dzieje się to samo. Od dwóch lat. Biorę kolejny głęboki wdech, próbując oczyścić nos z zapachu, a spod powiek pozbyć się tego widoku.
Moje drzwi otwierają się z hukiem i mój najlepszy przyjaciel wpada do środka, niemal na mnie lecąc. Biorąc pod uwagę ilość czasu, jaką ze mną tutaj spędza, uważam, że na tym etapie powinniśmy po prostu dzielić pokój. Nic nie mówi, po prostu wchodzi pod puszysty, puchowy koc i otula mnie ramionami, układając moją głowę na swojej klatce piersiowej. Jego bicie serca i zapach są wystarczająco kojące, bym mogła zapaść z powrotem w sen bez marzeń sennych.
Od czasu wypadku co noc mam ten sam sen. Nie wiem, co powinnam zrobić? Byłam już u każdego lekarza, do którego wysłała mnie ciocia Beth, i nic nie wydaje się przynosić poprawy, z wyjątkiem bliskości Jeremiaha. Miesza to w moim życiu, które i tak jest już jednym wielkim g*wnem. Nie potrzebuję kolejnych popieprzonych sytuacji. Dla niego też nie jest to super wygodne.
– Och, skarbie, wyglądasz na zmęczoną. Kolejna zła noc? – pyta ciocia Beth, jakby nie słyszała mojego krzyku z drugiego końca domu.
Nie potrafię jednak być wobec niej humorzastą nastolatką; ona i wujek James zrobili dla mnie tak wiele przez te ostatnie lata. Nie musieli mnie przygarniać, ale kiedy nikt inny z mojej rodziny nie kwapił się, by przejąć opiekę nad piętnastoletnią dziewczyną, najlepsza przyjaciółka mojej mamy i jej mąż wzięli mnie do siebie bez mrugnięcia okiem. To ona czuwała przy mnie w szpitalu, gdy wracałam do zdrowia, i to ona trzymała mnie w ramionach, kiedy lekarze powiedzieli mi, że moi rodzice nie przeżyli. Upewniła się, że trafiłam pod opiekę najlepszych lekarzy i specjalistów, którzy pomogli mi przepracować całą tę sytuację.
– Tak, wydaje się, że jest coraz gorzej, ale nie wiem dlaczego. – Mamroczę, siadając przy jej ogromnej wyspie kuchennej, a ona kładzie przede mną talerz pełen moich ulubionych śniadaniowych przysmaków. Posyłam jej tylko szeroki uśmiech i zabieram się do jedzenia.
– Jesteś już gotowa? – Och, ten melodyjny skowyt mojego najlepszego przyjaciela dobiega skądś z głębi domu dziesięć minut później. Co ja bym bez niego zrobiła w tym swoim życiu?
– Prawie. Ciocia Beth próbuje mnie utuczyć, a ja nie mogę być niegrzeczna i czegokolwiek zostawić – mówię, wpychając do ust pełen widelec jedzenia.
– Mamo, wiesz, że ona nie musi jeść tyle co ja, prawda? Będę musiał ją poturlać do szkoły – rzuca w moją stronę, idąc w kierunku lodówki, zupełnie jakby sam nie zamierzał zaraz nałożyć sobie pełnego talerza i pożreć go w wilczym tempie.
– Czy ty mnie właśnie nazwałeś grubą?! – Zamachnęłam się na niego z mojego miejsca, ale jest szybki jak sk*rwysyn i spudłowałam. – Przypominam ci, proszę pana, że trenuję równie dużo co ty. Moje ciało po prostu nie jest predestynowane do bycia boskim, z twardymi jak skała mięśniami piętrzącymi się na innych mięśniach.
– Czyli mówisz, że jestem seksowny i powinniśmy kiedyś gdzieś wyjść? – Opiera się o futrynę drzwi kuchni, zarzucając sobie plecak na ramię, i jednocześnie pakując jedzenie do ust. Nie mogę zaprzeczyć, że mój najlepszy przyjaciel jest gorący. To jeden z najprzystojniejszych chłopaków, jakich kiedykolwiek widziałam, a jest tu wielu dobrze wyglądających facetów. Jestem prawie pewna, że to u wilkołaków cecha genetyczna. Z tymi czekoladowymi włosami ułożonymi w strategicznie niedbały nieład na czubku głowy, jakby przeczesał je palcami, ale nie kłopotał się poprawianiem. Jego jasnokarmelowe oczy potrafią cię wciągnąć tak bardzo, że prawie nie zauważasz jego pełnych ust. Jego ponad metr osiemdziesiąt wzrostu krzyczy: „Zapewnię ci bezpieczeństwo” albo „Rozj*bię cię”, w zależności od tego, do kogo jest to skierowane. Nigdy mu jednak nie powiem tego na głos, jego ego nie potrzebuje pompowania. Ale nigdy też nie czułam do niego tego hormonalnego przyciągania. We wszystkich aspektach jest dla mnie jak brat i jesteśmy super blisko, ale to by było na tyle.
– Żartujesz sobie?! Któraś z twoich kandydatek na Lunę poderżnęłaby mi gardło we śnie. A teraz, gdy masz osiemnaście lat, jest o wiele gorzej. – Krzywię się i udaję, że wymiotuję.
– Te dziewczyny wciąż dają ci popalić, kochanie?
– Ciociu Beth, nic mi nie jest. Dawałyby mi popalić, nawet gdybyśmy byli sobie przeznaczeni. – Znowu udaję, że chce mi się rzygać. – Nie lubią mnie, bo jestem człowiekiem i stoję od nich niżej w hierarchii, a jakimś cudem cieszę się uwagą ich nieustraszonego przyszłego Alfy. Poza tym, od dawna nikt nie próbował mnie niczym uderzyć. To tylko głupie dziewczyny z głupimi wyzwiskami. – Przewracam oczami, jakby mnie to nie obchodziło, i wypycham wielki tyłek Jeremiaha z domu, żebyśmy mogli ruszyć na pierwszy dzień naszej ostatniej klasy liceum.
Tego, czego jej nie powiem, to fakt, że obelgi ostatnio się nasiliły. Najwyraźniej to, że mam martwych rodziców i jestem człowiekiem w wilczym stadzie, nie dawało im już wystarczającego pola do popisu. Teraz jestem dziw*ą, która puszcza się ze wszystkimi kolegami Jeremiaha za jego plecami, mimo że nigdy z nikim się nie umawiałam i nigdy tego nie zrobię. Znamy się od urodzenia, i to dosłownie od urodzenia. Mamy urodziny tego samego dnia i urodziliśmy się w tym samym szpitalu. Nasze mamy były najlepszymi przyjaciółkami od czasów studiów. Razem skończyły naukę i otworzyły studio uczące jogi i samoobrony dla kobiet. Moja mama w pełni przejęła studio, kiedy ciocia Beth poznała wujka Jamesa i została Luną stada, co zajmuje mnóstwo czasu.
Ciocia Beth zatrzymała studio dla mnie, pracuję tam parę dni w tygodniu. Pomagam w treningach, a menedżerka uczy mnie wewnętrznych mechanizmów tego biznesu, żebym kiedyś mogła go przejąć. To jedyna rzecz, którą zostawiła mi mama, i dzięki której czuję się z nią najbardziej związana. Zaczynały od zera i uczyły zarówno ludzi, jak i wilkołaki. To dziedzictwo, które naprawdę chcę kontynuować, bez względu na to, co zrobię ze swoim życiem.
– Nadal planujesz wyjechać na studia w przyszłym roku? – pyta Jeremiah, nie patrząc na mnie z fotela kierowcy swojego potężnego auta. Nie potrafiłabym powiedzieć, jak to marka, ale to zgrabny, matowoczarny, wielki i masywny wóz z silnikiem, który warczy niczym bestia.
Przez ostatni rok przeprowadziliśmy tę rozmowę tyle razy, że nie wiem, co więcej mogłabym mu powiedzieć.
– Tak, Jer. Muszę wyjechać. Ty zaczniesz na poważnie szkolenie na Alfę, a ja jestem człowiekiem, więc to nie tak, że szukam sobie przeznaczonego. To znaczy, ty nim nie byłeś, a nie wiem, jak ktokolwiek inny miałby się z tobą równać – mówię dramatycznie, kładąc wierzch dłoni na czole. – Poza tym na ten moment nie mam w stadzie żadnego innego przydatnego zajęcia.
– Wiesz, jakie to było dziwne, prawda? Wszyscy czekający, by zobaczyć, czy jesteśmy sobie przeznaczeni. Znaczy, nie zrozum mnie źle, jesteś niesamowita i piękna, ale jesteś moją siostrą bliźniaczką. – Wzdryga się teatralnie, a ja tylko się z niego śmieję.
– Jesteś takim dziwakiem. Gotowy na ten rok? Mam na myśli, że teraz są wobec nas wielkie oczekiwania. Wszystko zaczyna wydawać się prawdziwe.
– Bardziej gotowy już chyba nie będę – wzrusza ramionami. – Mamy już zaplanowaną masę podróży, by odwiedzić innych Alfów, żebym mógł zacząć budować z nimi relacje. Przynajmniej nie jestem jedynym nowym Alfą. W naszym sojuszu jest jeszcze dwóch, co sporo pomaga. Nie będę jedynym dziwakiem, traktowanym z góry jak głupi dzieciak. – Śmieję się z niego, ale rozumiem, o co chodzi. Odwiedzający Alfowie potrafią być protekcjonalni w stosunku do młodszych wilków. To kwestia hierarchii, ale niektórzy z nich, podobnie jak część członków naszego stada, uważają, że ich gatunek, ranga i pozycja sprawiają, że są automatycznie lepsi, przez co wolno im zachowywać się i mówić, co im się żywnie podoba, bez żadnych konsekwencji.
Podjeżdżamy pod szkołę i parkujemy na miejscu Jera. I oczywiście świta s*k już tu na niego czeka.
– Oooooh! Twój fanklub jest tutaj, żeby upewnić się, że nie złamiesz sobie paznokcia w drodze na lekcje – nucę drwiąco.
– Zamknij się. – Warczy, biorąc głęboki oddech przed wyjściem z samochodu.
Te dziewczyny są bezlitosne w swoim pościgu za nim; wiele z nich ma po osiemnaście lat tak jak my i wiedzą na pewno, że nie jest on ich przeznaczonym, ale wciąż uganiają się za nim, jakby był wolny. To znaczy, w żadnym wypadku nie jest on świętym, nikt z jego paczki nie jest. Prawdę mówiąc, są niezłymi dziwk*rzami. Według Tommy'ego robili to po to, żeby „ćwiczyć i być dobrymi dla swoich przeznaczonych”.
Ale od naszych urodzin, kiedy osiągnął pełnoletność i zyskał zdolność wyczuwania swojej przeznaczonej, chyba nie widziałam Jera z żadną inną dziewczyną. Myślę, że jego wilk mu na to nie pozwala. Od tego momentu liczy się dla nich tylko ich przeznaczona i nikt inny. Szkoda tylko, że żadna laska z tej bandy s*k nie dostała tej notatki.
Jego brak zainteresowania wywołał kolejne plotki o tym, że szlaja się ze mną, ale potrafiłam je przynajmniej dość szybko uciszyć, przypominając im, że to oznaczało, iż wybrał mnie, a nie je. Bardzo szybko zmieniły taktykę.
Oboje wysiedliśmy z samochodu i musiałam przedzierać się przez tłum, który go otoczył, żeby w ogóle przejść, ale on nigdy nie zostawiał mnie na lodzie, bez względu na to, jak wredne bywały niektóre z tych dziewczyn, i tym razem nie jest inaczej. Naprawdę uwielbiam to, że nie cacka się ze mną i nie stacza walk w moim imieniu. Wie, że to przyniosłoby więcej szkody niż pożytku. Potrafię walczyć o siebie sama i mam ku temu odpowiedni charakter. On po prostu pilnuje, żeby te trolle nie wchodziły mi w drogę i nie zatrzymywały mnie w drodze na zajęcia.
– Kennedy, chodźmy, mała. Chłopaki czekają. – Obejmuje mnie ramieniem za szyję i odciąga na bok. – Co ja bez ciebie zrobię, jak nie będzie cię tutaj, żeby odstraszać mi te chętne? Widzisz, nie możesz wyjechać na studia. Potrzebuję cię tutaj.
– Po pierwsze, to robota dla twojej przeznaczonej, więc ruchy, znajdź ją wreszcie, żebym mogła przekazać pałeczkę. Po drugie, wiesz, dlaczego chcę wyjechać. Nie mogę być już dłużej ciężarem. Chcę zachować się fair w stosunku do moich rodziców, cioci Beth i wujka Jamesa. Muszę być w stanie sama się utrzymać, nie mogę wiecznie polegać na was.
– To kłamstwo i dobrze o tym wiesz. Lepiej byś na mnie polegała już zawsze. Ja mam zamiar polegać na tobie w stu procentach, Wojowniczko. – Próbuje wyglądać srogo, ale jego przystojnej twarzy nie do twarzy z tym wyrazem, jeśli tak naprawdę nie jest zły. – I wiesz, że mama nigdy cię nie puści, spiskuje równie mocno co ja, żeby cię tu zatrzymać.
Zanim zdążę odpowiedzieć, reszta chłopaków podchodzi, wyglądając jak na wybiegu w pokazie z Magic Mike'a, zanim wszyscy zdejmą ubrania. Nie będę kłamać, mogłam się odrobinę zaślinić, ale czego się spodziewacie, skoro wszyscy moi przyjaciele są gorący jak sk*rwysyn. Szkoda tylko, że żaden z nich nie jest w moim typie, a ja nie jestem ich przeznaczoną. Badałam ten grunt z każdym z nich, z wyjątkiem Jeremiaha. To po prostu niepisana zasada, że nikt z nas nie porusza tego tematu ani o nim nie dyskutuje.
Ben to nasz ciemnowłosy, wytatuowany i ponury Beta. Tommy to nasz radosny Delta, a Jason – nasz jasnowłosy chłopak z plaży, Gamma. Wszyscy są wysocy i szerocy w barach jak Jer, z boskimi mięśniami upchniętymi w zbyt obcisłe koszulki. Zawsze się zastanawiam, czy robią to specjalnie, czy po prostu nie chce im się szukać ubrań, które by na nich pasowały.
Wszyscy witają się typowym, braterskim uściskiem, i każdy z nich obdarza mnie przytuleniem oraz pocałunkiem w głowę lub policzek. To wszystko jest bardzo publiczne i celowe, zwłaszcza po wydarzeniach z zeszłego roku.
















