Człowiek Luny

Człowiek Luny

Autor: Aeliana Moreau

Rozdział 7
Autor: Aeliana Moreau
2 mar 2026
6 - Kennedy Szeroko otwieram oczy. "Pierwszym do czego?" Wciąż unikam odpowiedzi, jestem pewna, że oni wszyscy o tym gadają, ale to nie jest coś, o czym głośno rozmawiamy w grupie. "Tak!! Wiedziałam! Z którym miałaś pierwszy pocałunek?" "Hę?!" "Nie zgrywaj głupiej, każda kobieta z krwi i kości, bez przeznaczonego partnera, byłaby kompletną kretynką, gdyby nie brała tego, co jej oferują. A ty jesteś piękna i z pewnością to zauważyli. Z. Kim. Miałaś. Pierwszy. Pocałunek?" "Z Jasonem". Zasłoniłam twarz. Nie wiem, dlaczego wstydziłam się jej o tym powiedzieć. Było miło, był dla mnie taki czuły, a podczas tego zdarzenia wszyscy inni byli wokół. "Ale to było tylko ten jeden raz, podczas gry w butelkę. Naprawdę, nikt z nas o tym nie rozmawia". "A co z Tommym? Nie wygląda na typa, który zatrzymuje się na całowaniu. Ale jakoś nie mam też przeczucia, byś z nim spała". Kręcę głową na nie. A ona uśmiecha się jak Kot z Cheshire. "Tak! Na jak wiele mu pozwoliłaś?" "Kim ty jesteś, telepatką?" Siedzę tam, a ona tylko patrzy na mnie wyczekująco. To musi być krew alfy, po prostu przywykła do dostawania tego, czego chce. W końcu ustępuję. "Wystarczająco. Słuchaj, chłopaki i ja naprawdę nie rozmawiamy o takich rzeczach. Nie wiem, jak dużo powiedzieli Jerowi, a nie chcę, żeby nagle zrobił się dziwny, jeśli nic nie wie, a potem to odkryje. Albo wdał się z nimi w bójkę, jest w stosunku do mnie mega opiekuńczy, na wypadek, gdybyś nie zauważyła". Ponownie wbijam w nią wzrok, a ona po prostu odwzajemnia spojrzenie, unosząc brew. Po prostu czeka, przeklęta cierpliwość. "Dobra. To było podczas gry w siedem minut w niebie i nic nie znaczyło..." Spuszczam wzrok na swoje kolana, splatając nerwowo palce. "Oh, owszem, znaczyło! Spójrz na swoją twarz!! Ile razy doprowadził cię do orgazmu? Wygląda na faceta z gatunku więcej-niż-jeden-raz. Czy to był twój pierwszy raz w życiu?" "Serio, to jest tak dziwne". Przecieram dłońmi twarz. Popycha mnie żartobliwie i mało co nie spadam z łóżka. "Ile razy?" Jej uśmiech jest zaraźliwy. Zaczynam rozumieć, dlaczego Jeremiah kochałby ją nawet bez więzi przeznaczenia. "Dwa..." "W ciągu siedmiu minut? Czym?!" "Tylko ręką". Ponownie wzruszam ramionami, poddając się w zatajaniu przed nią prawdy. Ewidentnie będzie drążyć, dopóki się nie poddam, a poza tym miło jest pogadać z inną dziewczyną. "To był też mój pierwszy raz z kimś innym niż ja sama. I tak, uprawiałam s*ks z Benem. Nie chciałam oddawać mojego dziewictwa byle komu, a chciałam mieć jakieś pojęcie o tym, jak to wszystko działa. Był dla mnie mega delikatny i cierpliwy. On nie jest małym facetem. I powtarzam, nie wiem, czy Jer o tym wie. Prawdopodobnie tak, ale to nie jest temat, który bym omawiała". "Ale gorące!" Zaciera dłonie. "Nawet w połowie nie tak gorące, jak to, na co przed chwilą natknęłam się na dole. Zapomniał, że mieszkają tu inni ludzie, czy to jakaś sprawa więzi przeznaczenia, że nagle robicie się napaleni i musicie się p*eprzyć w miejscu, w którym akurat jesteście?" Troszkę sobie żartowałam, ale teraz to ona oblewa się rumieńcem. "Może trochę jedno i drugie. To znaczy, nie wiedziałam, że tu mieszkasz, a jego rodzice wciąż są na spotkaniu. Będą z powrotem dopiero rano, więc nie widziałam w tym nic złego. I prawdę mówiąc, dość trudno jest mi trzymać przy sobie ręce, kiedy on jest w pobliżu, sama go widziałaś. Naprawdę codziennie z nim rozmawiasz?" Rumieni się, ale w jej głosie słychać nutę niedowierzania. "Tak, gadamy od zawsze. Odkąd pamiętam, zawsze zgadywaliśmy się przed szkołą i przed snem, dawno, dawno temu. Teraz chodzimy do tej samej szkoły i razem z nimi trenuję, więc jestem z prawie wszystkimi chłopakami na co dzień". "Puk, puk! Czy to bezpieczne? Chciałbym móc kiedyś mieć dzieci, Ken". Moje drzwi uchylają się i mój najlepszy przyjaciel staje w progu, ale czeka, aż pozwolę mu wejść. "Jesteśmy bezpieczni, Jer. Musiałyśmy tylko uzupełnić pewne luki, które pominąłeś, bo jesteś idiotą i pozwoliłeś swojemu k*tasowi przejąć za ciebie myślenie". Parsknął śmiechem i wszedł do środka z dwoma kubkami, postawił je na szafce nocnej, a potem wdrapał się na moje łóżko za Raynę. "Przyniosłem herbatę, pomyślałem, że może pomóc. Jutro wcześnie zaczynamy, wszyscy musimy się wyspać". On też nie potrafi trzymać rąk przy sobie, a oglądanie go, jak obejmuje ją ramionami, jest naprawdę urocze. Jej ciemne włosy okalają twarz w kształcie serca, kontrastując z jego jasnymi, blond włosami. Odchyla się do tyłu w jego objęciach. "Co jest jutro?" Pytam ze zdezorientowaniem, sięgając po kubek z herbatą. To mieszanka, którą uzdrowicielka przygotowała, kiedy powiedziałam jej, że wciąż miewam koszmary i nic innego nie pomaga. "Jedziemy do mojego stada, żeby Jeremiah mógł poznać mojego brata. On jest Alfą, ale musiał zająć się inną, pilną sprawą, więc mój ojciec i ja udaliśmy się na spotkanie w jego zastępstwie". "Cieszę się, że pojechaliście". Wtula nos w jej szyję, a ja słyszę ciche mruczenie jego wilka. "Dobra, błagam, nie uprawiajcie s*ksu w moim pokoju. Macie swój własny na te wszystkie zajęcia pozalekcyjne. Jer," uderzam go w nogę. "Dzięki za herbatę, powinnam dać radę. Czy chłopaki już pojechali? Nawet nie pomyślałam, żeby się pożegnać". Próbuję ich stąd wygonić. Choć to urocze, słyszałam, że nowo odnalezieni partnerzy potrafią szybko przejść od lekkich dotyków do p*eprzenia się. A to nie jest nic, na co chciałabym patrzeć, niezależnie od tego, jak gorący jest mój najlepszy kumpel i jego nowa przeznaczona. "Nie, wszyscy są w pokoju multimedialnym. Stwierdziliśmy, że dla wszystkich będzie prościej, jeśli rano po prostu wyruszymy stąd". "Po co wy wszyscy musicie jechać?" Wciąż uczę się wszystkich niuansów polityki stada, ale na myśl o tym, że ich wszystkich zabraknie, moje serce zamiera. "Wszyscy jedziemy, łącznie z tobą. Kiedy Alfa wyrusza w podróż na więcej niż kilka dni, zazwyczaj jego zespół rusza z nim, pod warunkiem, że na miejscu zostaje ktoś, kto pokieruje stadem, a Beta Daniel jest wciąż na miejscu, w dodatku moi rodzice wracają jutro rano". "Co to wszystko ma wspólnego ze mną?" "Jestem pewien, że Rayna chętnie zabrałaby ze sobą inną kobietę. Podróżowanie cały czas w towarzystwie samych samców nie może być zbyt fajne. Poza tym, jesteś jednym z moich wojowników i moją najlepszą przyjaciółką, chciałbym, żebyś tam była, kiedy będę musiał spotkać się z bratem Rayny". "Czy to jakiś szyfr na to, że boisz się mojego brata?!" Rayna śmieje się z niego. "Uhm, tak, Luno!" Warczy prosto do jej ucha. "Żadnych pyskówek. Ona zawsze robi za bufor, kiedy w pokoju jest za dużo testosteronu. Kennedy była już ze mną na wielu spotkaniach. Radzi sobie naprawdę dobrze w tych wszystkich błahych rozmowach i wszystko zapamiętuje. Jest to bardzo przydatne. Nie zaszkodzi też to, że jest piękna i zazwyczaj szybko przykuwa uwagę. A twój brat ma największe terytorium stada i jest jednym z najbardziej osławionych z bezwzględności Alfów, nie mówiąc o tym, że zamierzam właśnie zabrać jego siostrę. Będę potrzebował wszelkiej możliwej pomocy". Ignoruję podszyty fałszem komplement mający służyć za odwrócenie uwagi i pytam, "Zaraz, z jakiego ty w ogóle jesteś stada?" "Mroczny Księżyc". Moje brwi wędrują wysoko do góry. Nawet ja o nich słyszałam. Nie potrafię sobie przypomnieć imienia Alfy, ale z tego, co wiem, jest on po prostu bezlitosny. Przejmuje słabe stada i eliminuje Alfów tak samo naturalnie, jak ja chodzę do szkoły i oddaję zadania. "Wyluzuj, wcale nie jest taki straszny". "Może dla ciebie, bo cię kocha, dla reszty świata to jednak przerażające. Gdyby sytuacja była odwrotna i ktoś przyszedłby mi powiedzieć, że jest przeznaczonym Kennedy, a ona właśnie się pakuje i dziś wyjeżdża, prawdopodobnie spróbowałbym spuścić mu ostry łomot. Niezależnie od tego, czy to więź przeznaczenia, czy też nie." Śmieję się razem z Rayną, po czym urywam i gapie się na niego. Przyszła mi do głowy pewna myśl. "To dlatego nikt tutaj nie próbuje się ze mną umawiać? Ponieważ powiedziałeś im, że spuścisz im łomot?" "Eee... nie... nie do końca." "Ale całkiem blisko prawdy?" "Możliwe, że zasugerowaliśmy, iż sama potrafiłabyś się obronić, a my zajęlibyśmy się tym, co ewentualnie by z nich zostało". "Dobrze wiedzieć, że jest jakieś 'my', na które mogę pokrzyczeć." Patrzę na Raynę. "Jak daleko jest do twojego stada? Muszę upewnić się, że mam wystarczająco dużo tematów, by wrzeszczeć na nich przez całą drogę". Dziewczyna znów chichocze, a Jeremiah blednie, zdając sobie sprawę, że nie kłamię. Uspokaja się dopiero wtedy, gdy odwraca głowę i całuje go w policzek. "Dobra, idźcie, przez was robi mi się niedobrze. Zobaczymy się rano". Oboje wstają, by wyjść, i docierają do drzwi, kiedy Jer nagle się odwraca. "Potrzebujesz koszulki? Mogę przynieść". "Wciąż mam tę, którą dałeś mi parę dni temu, powinno być okej. W końcu muszę kiedyś zacząć odwyk". I tak po prostu znów robi się dziwnie. Nawet przy odrobinie naszej historii, nie wiem, jak Rayna się poczuje, gdy będzie on oddawał mi pachnące nim ciuchy. "Daj znać, jak będziesz mnie potrzebowała, w porządku?" Tylko kiwam potakująco głową. Nie ma mowy, bym na niego zawołała, gdy jest u niego jego przeznaczona. Zasypiam szybciej niż kiedykolwiek w ciągu minionych 3 nocy. Nie jestem jednak pewna, czy to dlatego, że on znów jest w domu stada, czy po prostu byłam tak potwornie zmęczona, że nie miałam wyboru. Jednak na tym skończyła się dobra noc. Pisk opon rozrywa mi uszy, cierpki dym palonej gumy wypala mi w nosie, wokół wszystko umazane jest krwią, a z każdej strony otaczają mnie wrzaski... Tym razem to jednak nie moi rodzice są tu ze mną. To Jeremiah, Ben, Tommy i Jason. Krzyczę za nimi, ale nikt nie odpowiada, wszyscy patrzą w moją stronę z szeroko otwartymi, acz niewidzącymi oczami. A potem znowu zaczynam krzyczeć, że ich straciłam. Przecież nie powinno ich tu nawet być. Nie powinni być w tym samochodzie. Dlaczego tu byli? "Kennedy!! Obudź się! Ken!! No dawaj dziewczyno, wróć do mnie! KENNEDY!!" Moje oczy otwierają się gwałtownie i powoli mrugam, próbując złapać ostrość. Mam wrażenie, jakbym brnęła przez mokry piasek, całe moje ciało wiotczeje i nie wydaję się być w stanie zapanować nad swoimi mięśniami. "Kennedy, jesteśmy tu, jesteś już bezpieczna, przestań walczyć". Zalewa mnie fala spokoju, mój umysł rejestruje znajomy zapach drzewa sandałowego. Jeremiah. Oddycham znowu głęboko, tym razem słodka nuta kwiatowa miesza się z drzewem sandałowym, sprawiając, że uczucie ukojenia narasta, aż uzmysławiam sobie, że to wcale nie jest znajomy zapach... Kto jeszcze jest tu ze mną? Nikt nie może mnie widzieć w takim stanie. Wystarczy, że Bena to spotkało. Część mojego mózgu operuje logiką, a po chwili wszystko znów zasnuwa gęsta i wolna mgła. "Mmmokej!" Wymamrotałam. "Będzie okej. Iść spać". "Dlaczego tym razem mówi, jakby była pijana? Nigdy wcześniej nie mówiła w ten sposób." To chyba Ben. "Tylko zmęcz, Ben. Znowu spać". Nie mogę poruszyć swoim ciałem, ale czuję, jak opadam do tyłu. Chyba czyjeś ramiona próbują mnie podtrzymać. "Kennedy, obudź się dla nas, proszę. Jeszcze tylko na kilka minut, potem będziesz mogła pospać". To znowu ten cichy głos. Ktoś odgarnia z mojej twarzy włosy. Ten kwiatowy zapach jest naprawdę ładny. Dłonie są delikatne, niczym dłonie mojej mamy. "Ładne ręce." Mamroczę. Czuję, jak mój mózg pracuje, ale wszystko jest takie chaotyczne i zagmatwane. Próbuję mrugać i wydaje mi się, że czuję jakiś ruch. Wokół moich rąk zaciska się uścisk, ale to nie boli. Znów nabieram powierza, zdaje się to być jedyną rzeczą nad którą wciąż panuję. Czuję czyjś uścisk na dłoni, po czym moje oczy w końcu znów się otwierają.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 7 – Człowiek Luny | Czytaj powieści online na beletrystyka