5 - Kennedy
Oczywiście sam SMS nie wystarczy, Ben musi zadzwonić ze swoją odpowiedzią. "Jesteś pewna? Rozmawiałaś o tym z Jerem? Będzie wściekły, jeśli wyjedziesz i nic mu nie powiesz. Wiesz, lubię żyć."
"On nie ma tu wyboru, Ben. Nie chcę tu teraz być i potrzebuję miejsca, do którego mogłabym pójść. Jeśli mi nie pomożesz, zadzwonię do kogoś innego". Zaczynam się złościć, im dłużej próbuje grać na zwłokę.
"Już jadę, tylko zrób mi przysługę i z nim porozmawiaj. Jesteś dla niego ważna."
"Uhm, jasne, cokolwiek. Do zobaczenia za parę minut."
"Mówię poważnie, porozmawiaj z nim."
"Albo co, Ben?" Znów ogarnia mnie złość. Świetnie. Do listy nowych emocji dopisuję huśtawkę nastrojów.
"Zmuszę cię". Chrząka i po prostu się rozłączam, zbyt poirytowana na to wszystko.
Znoszę moje dwie torby na dół, stawiam je przy drzwiach wejściowych i zaciskam zęby. Muszę powiedzieć coś cioci Beth, inaczej rozniesie całe stado w poszukiwaniu mnie. Właściwie, kiedy tu dziś dotarliśmy, by poznać Raynę, w ogóle jej nie widziałam. Dziwne. Prawdopodobnie sprawiłaby, że całe to zapoznanie przebiegłoby o wiele gładziej.
Podążam za dźwiękami do pokoju wspólnego. Nawet nie przechodzi mi przez myśl, żeby zaznaczyć swoją obecność przed wejściem.
Jęk, sapnięcie, a potem: "CO JEST, DO CHOLERY?!" Kobiecy wrzask przebija moje uszy.
"O g*wno! Przepraszam. Nie chciałam przerywać." Osłaniam oczy. "Szukałam tylko cioci Beth przed wyjściem". Zaczynam wycofywać się z pokoju tak szybko, jak to możliwe.
"Ken, czekaj! Wróć." Słyszę głośny szelest materiału i ruszam szybciej.
"Nie! Nie ma mowy. Kontynuujcie, znajdę ją sama, przepraszam za najście". Idę dalej korytarzem w stronę drzwi, walcząc ze łzami. Wystarczyła niecała godzina, by rozproszył się na tyle, by zapomnieć, że w ogóle tu jestem. "Ważna" to już nie jest słowo, którego ktokolwiek może użyć, jeśli chodzi o to, co Jer do mnie czuje.
"Ken, stój". Jest k*rewsko szybki i wyrasta prosto przede mną, blokując mi drogę do drzwi wejściowych. Zaciskam mocno oczy. Nie pozwolę, by jego przeznaczona próbowała mnie sprać za to, że widziałam go nago. "Dokąd idziesz? Dlaczego spakowałaś torbę? I dlaczego szukasz mamy?" Teraz się martwi? Przewracam w myślach oczami.
"Zamierzałam jej powiedzieć, że wyjeżdżam. Jesteś ubrany? Lubię swoje oczy tam, gdzie są w mojej twarzy. Nie potrzebuję, żeby ktoś mi je wydłubał". Zaciskam powieki jeszcze mocniej, ignorując jego pozostałe pytania.
"Tak." Śmieje się. "A teraz spójrz na mnie i powiedz, dokąd idziesz. Co się dzieje?"
"Mówiłam ci, nie śpię najlepiej. Zatrzymam się u Bena, żeby nie robić problemów".
"O czym ty w ogóle mówisz? Zostawiłem ci moją koszulkę, to zazwyczaj działa, kiedy mnie nie ma. I od kiedy to niby jesteś problemem?"
"Poważnie? Aż tak tępy jesteś? Koszulka już nie działa". Skłamałam. "I to stało się problemem, kiedy znalazłeś swoją przeznaczoną, której bardzo wyraźnie zapomniałeś o czymkolwiek powiedzieć, bo w ogóle się mnie nie spodziewała, sądząc po powitaniu, jakie otrzymałam, kiedy przyprowadziłeś ją do domu. Nie chce mnie tutaj, a ty nie zamierzasz wybierać".
"Jestem tu, wiesz? Nie mów o mnie tak, jakby mnie nie było w pokoju". Jej głos rozlega się tuż za mną. Zamykam oczy, biorę głęboki wdech i wydech.
Nie unoś się, nie unoś się, nie unoś się. Muszę powtarzać to sobie w kółko. To nie jej wina, jest tutaj taką samą ofiarą jak ja i ma do złości co najmniej takie same, jeśli nie większe, prawo niż ja.
"Dalej nie rozumiem, w czym problem?" Jeremiah patrzy to na nią, to na mnie, i z powrotem.
Teraz moja kolej na mordercze spojrzenie i warczenie, a ja nawet nie mam wilka. Oczy Jera robią się wielkie, robi krok w tył. Podnosi ręce w poddańczym geście. Przynajmniej jest na tyle mądry, by wiedzieć, że obie jesteśmy wściekłe, nawet jeśli nie rozumie problemu.
"Dlaczego faceci są tacy głupi?!" Nie krzyczę, ale coraz trudniej mi opanować temperament. Wypuszczam z siebie kolejne westchnienie, decydując się mieć to już z głowy. Odwracam się. "Rayna, jestem Kennedy, najlepsza przyjaciółka Jeremiaha, jego przyjaciółka. Mieszkam tu w domu stada." Wskazuję ręką wokół siebie. "Mieszkam tu od trzech lat. Moja mama była najlepszą przyjaciółką jego mamy i jestem tu, bo moi rodzice zginęli trzy lata temu. Wciąż mam koszmary z tamtego dnia, a Jeremiah zazwyczaj śpi ze mną w moim pokoju..."
Nie udaje mi się powiedzieć nic więcej, kiedy z warkotem rzuca się na mnie i chwyta za włosy. Jest silna, ale nie wiem, czy dużo trenuje, jej ruchy są niezdarne. Obie padamy do tyłu, a ja przyjmuję na siebie ciężar nas obu, po czym odwracam nas, próbując zyskać przewagę. Nie chcę zrobić jej krzywdy, ale nie chcę też sama ucierpieć. Drapie wszystko, co popadnie, a jej nogi dziko wierzgają pode mną. Warczy i pomrukuje, ale ma problem z wyduszeniem z siebie słów.
"Ty s*ko! Nie możesz go mieć!" Krzyczy, zamachując się pazurami na moją twarz, i rozprasza mnie na tyle, by zmienić naszą pozycję i usiąść na mnie okrakiem. Czuję krew spływającą mi po twarzy.
Myśli, że jestem tylko jakąś przypadkową laską, która próbuje przywłaszczyć sobie jej faceta. Mimo całego czasu, jaki z nią spędził od momentu, gdy dowiedziała się o moim istnieniu, wciąż nie wyjaśnił jej, kim jestem. Kretyn. Teraz rozumiem jej frustrację, też uznałabym to za podejrzane, więc walczę, by wydobyć z siebie słowa uspokojenia, jednocześnie nie pozwalając jej zrobić mi krzywdy. Udaje mi się tylko wykrztusić pojedyncze, rwane sylaby tu i tam, próbując ją odeprzeć.
"Wcale go, k*rwa, nie chcę, ty wariatko." Stękam, gdy dostaję mocny cios w brzuch. "Ale wiedziałabyś to, gdybyście spędzali tyle samo czasu na rozmawianiu, co na p*eprzeniu się! A teraz przestań próbować wydrapać mi oczy!" To sprawia, że zatrzymuje się na tyle długo, bym mogła wypchnąć biodra w górę i przerzucić ją na plecy.
Mam jej nadgarstki w swoich dłoniach i wreszcie udaje mi się przygwoździć je nad jej głową. Wciąż się rzuca, podczas gdy siedzę na jej tułowiu, pochylając się tak, że niemal stykamy się nosami. Obie dyszymy, ale w końcu powoli przestaje ze mną walczyć. Może zdała sobie sprawę, że nie próbuję jej oddać, albo moje słowa do niej docierają. Nieważne, działa.
"Przestań próbować mnie zabić. On jest dla mnie jak brat." Powtarzam znów, oddychając ciężko, teraz gdy zdaje się, że przykułam jej uwagę. "Powinien ci o mnie powiedzieć, a szczerze mówiąc, mnie też by się przydało ostrzeżenie o tobie. Ale czasem ci chłopcy nie należą do najbystrzejszych". Przewracam oczami i w końcu spoglądam na niego, tylko po to, by zobaczyć, że gapi się na nas, a wokół zgromadziła się cała widownia.
"O Bogini! To jest tak k*rewsko gorące! Jakim cudem miałeś tyle szczęścia?" Tommy klepie Jeremiaha po plecach i przygryza dolną wargę. Taki z niego zboczeniec.
"Więc wy wszyscy, wy czterej kretyni, po prostu staliście tam i pozwoliliście nam się bić? Nie martwiliście się, że wasza najlepsza przyjaciółka i wasza przyszła Luna zrobią sobie krzywdę? To my powinnyśmy wam spuścić łomot zamiast tego."
Ben i Jason przewracają oczami, a Ben podchodzi do nas.
"Wyrzuciłyście to z siebie?" Wyciąga do mnie rękę.
"Może." Unoszę brew, zerkając na nią, powoli zwalniam uścisk na jej ramionach i siadam prosto, wciąż na jej talii, czekając na jakiś cios poniżej pasa. Nic takiego nie następuje, więc chwytam jego wyciągniętą dłoń. Jason pomaga wstać Raynie.
Poprawiam ubranie i przeczesuję palcami włosy, nie patrząc na nikogo.
"Jestem gotowa, Ben, chodźmy." Muszą porozmawiać i zdecydować, czy jest to coś, z czym ona sobie poradzi. Nie chcę odchodzić, ale Alfa potrzebuje swojej Luny. W tej sytuacji ona jest ważniejsza. Moja przyjaźń z Jeremiahem leży całkowicie w jej rękach. Jeśli powie 'nie', to koniec, przynajmniej na razie.
Ruszam w stronę drzwi wejściowych. Zaciskam szczękę, nie będę znowu płakać. Powiedziałam swoje i mogę tylko mieć nadzieję, że uwierzy w moje słowa. Resztę musi wyjaśnić i naprawić Jeremiah, jeśli chce mnie zatrzymać w swoim życiu. Musi sprawić, by zobaczyła, kim dla siebie jesteśmy, a ona musi uwierzyć, że to nic romantycznego.
"Czekaj, nie odchodź". Jej głos jest słodki, ale pewny, a ja nie wiem, czy dam radę to znieść. Kręcę głową i idę dalej. "Proszę, powinnyśmy porozmawiać".
Nadal patrzę na drzwi. "Naprawdę muszę spróbować się przespać, to nie była tylko wymówka. Nie utrudniaj mi tego. Proszę. Muszę iść". Moja błaganie dociera do moich uszu ledwie słyszalnym szeptem, ale wiem, że oni mnie słyszą. Oddychanie sprawia mi coraz większą trudność.
"Ale ty tutaj mieszkasz..." Szepcze, stojąc tuż za mną. Chociaż wiem, że chłopaki też nas słyszą.
Oczy mam wciąż utkwione w drzwiach. Każdy mój oddech jest w pełni kontrolowany, wdech i wydech. "Tak... póki co... i ty wkrótce też będziesz. I tak muszę się w końcu nauczyć, jak radzić sobie z tymi koszmarami i całym tym g*wnem sama, ale to był pewien szok". Schylam się i chwytam moje torby, dłonie wciąż mam obolałe po wcześniejszym, improwizowanym treningu. Zatrzymuje mnie, kładąc dłoń na mojej. Spada pierwsza łza. Kręcę głową na boki, pęka mi serce.
"Chodźmy to odłożyć na miejsce, byśmy mogły się poznać. Wygląda na to, że będziemy spędzać ze sobą dużo czasu". Pociąga za moją rękę, trzymającą pasek torby podróżnej. Nie było to nic gwałtownego ani kontrolującego, ale coś we mnie po prostu pękło, i nie mam już siły z nią walczyć.
Znów płyną mi łzy, głupie emocje. Przejmuje moją torbę i wsuwa swoją delikatną dłoń pod moje ramię, odwracając mnie. Zarzucam plecak na ramię, wzrok spuszczam w dół, skupiając się tylko na stawianiu jednej stopy przed drugą. Idziemy po schodach, by wrócić do mojego pokoju, Rayna idzie tuż za mną, nawet nie obracając się za chłopakami.
"Ken..." Wzdycha Jeremiah. Tylko kręcę głową i idę dalej.
"Myślę, że twoje dziewczyny właśnie zostawiły cię na lodzie, mam nadzieję, bracie, że skończyłeś, co zacząłeś tutaj, bo w przeciwnym razie pójdziesz spać z bólem jaj". Tommy jak zawsze czaruje. Ale reszta chłopaków też się śmieje.
Docieramy do mojego pokoju, rzucam plecak przy biurku i biorę głęboki oddech, zanim się odwracam.
Podchodzę, by wziąć od niej moją torbę i rzucam ją obok plecaka do szkoły.
"Naprawdę zamierzałaś po prostu wyjechać? Bez żadnej walki?" Wydaje się być zszokowana.
"On jest moim bratem, nie chłopakiem". Zaczyna mnie już trochę męczyć powtarzanie tego w kółko. "Nigdy między nami nie było nic z tych rzeczy. Może i jestem człowiekiem, ale znam go przez całe życie i trzymamy się blisko. Rozumiem, jak działają przeznaczeni, jak są integralni. On jest Alfą, a Alfa potrzebuje swojej Luny. Nie ma nic ważniejszego dla przyszłości stada. Nie będę stawać temu na drodze z własnego egoizmu. Więc tak, zamierzałam wyjechać, bo nie chcesz mnie blisko niego. Nie chcesz mnie tutaj".
Pocieram twarz, idę usiąść na łóżku i klepię miejsce obok siebie.
"Nigdy w życiu nie rzuciłam się z pięściami na mojego brata. Zazwyczaj jestem bardziej skłonna w niego czymś rzucić." To skutecznie rozładowuje napięcie, bo wyrywa mi się zdławiony śmiech.
"A jak blisko jesteś ze swoim bratem? Zważywszy na wiek, rzecz jasna?"
"Sześć lat różnicy. On ma 26, ja 20".
Kiwam głową. "Jer i ja jesteśmy dosłownie w tym samym wieku. Urodziliśmy się tego samego dnia, w tym samym szpitalu. Tak blisko były nasze mamy. Moja mama przyjechała w odwiedziny i obie zaczęły rodzić w tym samym czasie. Jesteśmy bardziej jak bliźnięta, właściwie tak nas wychowano".
Kiwająca z aprobatą głowa. "To wyjaśnia parę rzeczy. Nie to, dlaczego śpi w twoim pokoju, ale do tego dojdziemy. A co z resztą chłopaków?"
"Co z nimi?" Próbuję opanować oddech, teraz gdy na mnie nie warczy. Mam też ból głowy od całego tego płaczu.
"Oh, daj spokój. Nie ma mowy, że zostawiłaś ich wszystkich w spokoju! Tyle gorącego towaru i na dodatek żaden nie ma jeszcze przeznaczonej. I wszyscy są w stosunku do ciebie tak opiekuńczy. Jesteś z nimi wszystkimi blisko, każdy może to dostrzec".
"O czym ty mówisz 'nie ma jeszcze przeznaczonej?' Jestem człowiekiem, wiesz, jakie są szanse na to, że jestem komuś przeznaczona? Nawet nie mogę zostać przyjęta do stada, bo starszyzna uważa, że to mnie zabije. Jestem pewna, że noszenie znaku przyniosłoby równie zły skutek". Zdecydowałam się pominąć jej drugie stwierdzenie. Nie znam jej aż tak dobrze.
"Chyba nigdy wcześniej o tym nie słyszałam. Ale w tej chwili nie mamy w naszym stadzie żadnych ludzi, więc nie jestem pewna, jak to działa".
"Nie mam pojęcia, ale ciocia Beth nawet nie bierze tego pod uwagę. Więc jestem człowiekiem w stadzie wilkołaków, bez faktycznego związku ze stadem, mieszkającym z rodziną Alfy, ale z nim niespokrewnionym krwią". Mówię mrocznym tonem.
"Więc... wierzę ci, że nigdy nie pałałaś do Jeremiaha żadnym romantycznym zainteresowaniem. Masz to wypisane na twarzy". Chichocze jak mała dziewczynka. "Ale uniknęłaś mojego drugiego pytania, co oznacza, że wzięłaś innych facetów na jazdę próbną". Puszcza do mnie oko, a ja zerkam na drzwi, pewna, że ktoś prawdopodobnie podsłuchuje.
"Jazda próbna to mocne określenie". Próbuję zrobić unik.
"Oh, daj spokój! Muszę poznać tych facetów i kiedyś z pewnością po części tak się stanie w moim własnym tempie, ale chcę wiedzieć, jaką drużynę Bogini zesłała mojemu Alfie. To, jak traktują kobietę, może być wielkim wskaźnikiem tego, jakimi są ludźmi". Znów chichocze.
'Mojemu Alfie.' Jej mózg już się przestawił.
"Wszyscy są wspaniali, ale mogę być nieobiektywna". Wzruszam ramionami i uśmiecham się.
"Więc z którym z nich teraz randkujesz? Mam wrażenie, że każdy z nich wnosiłby coś innego. Kto był tym pierwszym?"
















