Pierwszy Rozdział
Młoda blondynka wpadła na korytarze szpitalne, gorączkowo szukając oddziału, na którym przebywał jej tata.
Jakiś czas temu odebrała telefon, że jego stan zdrowia gwałtownie się pogorszył i musiała rzucić wszystko, co robiła, żeby zdążyć na czas.
Wpadła na pielęgniarkę wychodzącą z oddziału i strąciła z jej ręki stalową tacę.
"Olivia Parker, tak?" – zapytała pospiesznie pielęgniarka w różowym uniformie, widząc, jak dziewczyna kiwa głową na potwierdzenie.
"T..tak... mój tata..."
Pielęgniarka odsunęła się, wpuszczając Olivię na oddział.
Olivia pchnęła drzwi i wbiegła do środka. Kiedy weszła, jej serce opadło na samo dno żołądka.
Stała jak wryta, patrząc, jak jej mama szarpie się z lekarzem i pielęgniarkami, którzy próbowali zabrać bezwładne ciało przykryte białym prześcieradłem.
"On nie umarł... obiecał, że nigdy nas nie zostawi... nie zabierajcie go!" – krzyczała Sandy Parker, wpadając w histerię, gdy próbowali wynieść ciało jej męża z oddziału.
Łzy spływały po policzkach Olivii. Nie mogła się pogodzić z tym, że jej ukochany tata odszedł, po tym wszystkim, co ona i jej mama zrobiły, żeby uratować mu życie.
W tym momencie rozległ się głośny grzmot, który wstrząsnął niebem, co oznaczało, że zaraz zacznie padać deszcz. Światła na oddziale nieustannie migotały, jeszcze bardziej rozpalając iskry w jej bursztynowych oczach.
Olivia cofnęła się o krok, a potem o kolejny, zanim wybiegła z pokoju. Nie mogła tego znieść, nie mogła patrzeć na ciało swojego taty. Czuła, że to jej wina za wszystko, co się im przydarzało...
Biegła tak szybko, jak tylko mogły ją ponieść nogi. Olivia nie była pewna, dokąd zmierza o tej późnej porze, ale czuła się zawiedziona sobą i nie mogła się zmusić, żeby stanąć teraz twarzą w twarz ze swoją mamą.
***
Tymczasem...
Lekarz spojrzał krótko na dwóch mężczyzn stojących przed nim, po czym przeniósł wzrok z powrotem na młodego mężczyznę, którego przyprowadzili.
"Przykro mi, ale tego nie da się wyleczyć... podano mu dużą dawkę afrodyzjaku... a wiecie, co to oznacza, prawda?" – wymamrotał lekarz, wyraźnie skrępowany tematem i obecnością mężczyzn.
Dwóch muskularnych mężczyzn, wyglądających jak ochroniarze, spojrzało na siebie krótko i skinęło głowami.
Lekarz pokręcił głową i w pośpiechu opuścił oddział, zostawiając ich samych.
Spojrzeli z powrotem na swojego młodego pana, któremu kostki zaczęły bieleć i który wyglądał na naprawdę nieswojego, a jego twarz lśniła od potu spływającego po szyi. Nie mając innego wyjścia, obaj ochroniarze opuścili oddział.
***
Olivia trzymała się ścian dla podparcia, jej umysł był zamglony różnymi myślami o tym, co stanie się z nią i jej matką, teraz gdy jej taty już nie ma.
Sama myśl o tym wystarczała, by roztrzaskać jej serce na milion kawałków.
Może gdyby nie nalegała na ten wyjazd na kemping, gdzie niestety zdarzył mu się wypadek, nadal byłby z nią...
Cichy jęk wyrwał się z jej ust, gdy podniosła głowę i zobaczyła dwóch ogromnych mężczyzn wpatrujących się w nią z góry. Przełknęła ślinę i przesunęła się na drugą stronę, a ku jej zaskoczeniu znowu zablokowali jej drogę.
Obejrzała się krótko i zauważyła, że korytarz jest pusty. Nerwowo przeniosła wzrok z powrotem na nich.
Wyglądali niebezpiecznie, emanując śmiertelną aurą, zwłaszcza ten z blizną biegnącą przez twarz.
"Kim... jesteście?"
W mgnieniu oka dłoń została przyłożona do jej ust, aby powstrzymać ją przed krzykiem i zwróceniem uwagi innych.
Kopała i wyrywała się, próbując uwolnić się z ich uścisku, ale kogo oszukiwała? Była piórkiem w porównaniu z ich siłą.
***
Dwóch mężczyzn wepchnęło ją do ciemnej sali i zamknęło drzwi na klucz.
"Myślisz, że to zadziała?"
"Miejmy nadzieję."
Oboje stali przy drzwiach, pilnując ich i wypatrując, kto chciałby się tam wedrzeć.
Olivia waliła w drzwi za sobą. W pokoju było ciemno i nie mogła pojąć, dlaczego ją tu zamknęli.
Głośny grzmot wstrząsnął niebem, a następnie niebieska błyskawica, która trochę oświetliła pokój i wtedy zdała sobie sprawę, że nie jest sama.
Jej oczy rozszerzyły się ze strachu, a jej stopy stanęły jak wryte, drżąc.
"Kto... tam jest?" – zapytała nerwowo, a jej serce biło tak głośno, że sama je słyszała.
Wysoka, ciemna postać wyłoniła się z kąta sali, zataczając się trochę, gdy podeszła do wiercącej się kobiety oddalonej o kilka metrów od niego.
Strach ogarnął całą jej istotę. Szybko odwróciła się w stronę drzwi, żeby uciec, ale nieznajomy ją odciągnął.
Jej plecy dotknęły ściany w następnej chwili i cichy jęk wyrwał się z jej ust.
Podniósł jej brodę dłońmi i wpił się w jej usta. Olivia poczuła, jak jej ciało słabnie pod jego nagłym atakiem na jej usta.
Próbowała się wyrwać z jego uścisku, ale był silniejszy, jego ręce mocno ją obejmowały.
"Proszę, puść... mnie..." – drżała, próbując go odepchnąć.
W gwałtownym ruchu podniósł ją z ziemi i ruszył w stronę łóżka znajdującego się na sali.
"Nie szarp się..." – jego ochrypły głos sprawił, że zadrżała. Czuła od niego słaby zapach alkoholu.
"Wezmę odpowiedzialność" – wymamrotał jeszcze raz i znowu wpił się w jej usta.
Łzy spływały po policzkach Olivii, gdy poczuła, jak z jej ciała zrywane są ubrania.
"Obiecuję być delikatny" – odezwał się znowu jego uspokajający głos.
***
Olivia powoli otworzyła oczy, rozejrzała się wokół i jej oczy się rozszerzyły.
Jej serce podskoczyło jej do gardła, przypominając sobie, co wydarzyło się kilka godzin temu.
Zsunęła ręce mężczyzny z jej talii i zeskoczyła z łóżka w przerażeniu. Oddała swoje dziewictwo zupełnie obcemu mężczyźnie.
Podniosła swoje ubrania, które były podarte, ale nadal nadawały się do noszenia.
Olivia z powrotem włożyła swoje ubrania, spojrzała krótko na mężczyznę, który leżał na łóżku, nadal mocno śpiąc, spróbowała spojrzeć na jego twarz, ale przestała, gdy usłyszała jakieś zamieszanie tuż za drzwiami.
Zrezygnowała z tego pomysłu i wybiegła z pokoju, ochroniarze, którzy zobaczyli ją uciekającą, próbowali ją zatrzymać, ale dawno jej nie było.
"Poczekaj chwilę, proszę pani... jest późno...
***
Oczy Sandy były opuchnięte od płaczu przez całą noc. Martwiła się również, że jej córki nigdzie nie można było znaleźć przez całą poprzednią noc.
Nagle drzwi się otworzyły i Olivia nerwowo weszła do środka.
"Mamo, ja..."
Oczy Sandy znowu się zaszkliły. Wbiła wzrok w swoją córkę, która wierciła się przed nią.
"Zanim twój tata odszedł, ciągle domagał się, żeby cię zobaczyć... ale byłaś tak zajęta, że nie przyszłaś, żeby usłyszeć jego ostatnie słowa".
Olivia podniosła głowę, żeby spotkać się z płonącym spojrzeniem swojej mamy. "Mamo... nie o to chodzi, byłam tam, ale ja..."
Spojrzenie Sandy padło na szyję Olivii. Olivia, która zauważyła, gdzie skierowane jest spojrzenie jej mamy, poprawiła trochę kołnierzyk, żeby ukryć malinkę na szyi.
Po tym, co wydarzyło się między nią a nieznajomym mężczyzną w szpitalu zeszłej nocy, nie mogła się zmusić, żeby wrócić do domu w takim stanie.
Więc musiała zatrzymać się w domu swojej przyjaciółki w środku nocy, gdzie spędziła noc.
Sandy zrobiła krok w stronę Olivii, rozpięła jej kołnierzyk i jej wzrok padł na liczne malinki od szyi po dekolt.
Oczy Olivii zaszkliły się. "Mamo, mogę to wyjaśnić..."
Uderzenie wylądowało na jej lewym policzku, co sprawiło, że jej twarz przechyliła się na drugą stronę.
"Widzę, że dobrze się bawiłaś, podczas gdy twój tata czekał na twój przyjazd... Nie mogę uwierzyć, że naprawdę byś to zrobiła, Olivio!"
Olivia pociągnęła nosem, łzy płynęły po jej policzkach jak niekończące się strumienie. Nie uszło jej uwadze spojrzenie rozczarowania, które przemknęło po twarzy jej matki.
"Mamo, proszę, posłuchaj mnie..."
Sandy odwróciła się i wyszła z pokoju. Właśnie straciła męża, a teraz jej córka już doprowadzała ją do szaleństwa.
Olivia upadła na kolana, ściskając się za pierś i wypłakując sobie oczy. Kto by pomyślał, że spotka ją taki dzień?
Młoda dziewczyna w jej wieku podbiegła do niej i mocno ją objęła.
"Tak mi przykro, Olivio, proszę, już nie płacz" – gruchała Bianca, najlepsza przyjaciółka Olivii, ale jej słowa nie wydawały się mieć żadnego wpływu, a wręcz przeciwnie, tylko pogorszyły samopoczucie Olivii...






