Niedojrzałe dupki.
Asher i ja pędzimy drogami poza terenami naszego stada. Jego limonkowy motocykl wyróżnia się w mroku nocy, podczas gdy mój elegancki czarny idealnie się w nią wtapia. Zamontował mikrofony w naszych kaskach, co zazwyczaj nie jest konieczne w przypadku wilków, ale sęk w tym, że ja swojego jeszcze nie miałam, a on nauczył mnie jeździć na długo przed tym, zanim stało się to legalne, oczywiście tylko wokół terenów stada.
"Skręć tu w lewo, pokażę ci, gdzie masz jutro jechać". Podążam za nim i z łatwością kluczymy między drogami. Wystarczy zaledwie dwadzieścia minut, byśmy znaleźli się przed głównymi bramami stada Szkarłatnego Księżyca.
"Jutro otrzymasz pozwolenie na wjazd. Pojedź drogą prosto przez miasteczko, nie przeoczysz ich domu stada, jest ogromny."
"Co, większy od naszego?"
"Znacznie większy. Alfa Vince ma czterech synów i córkę."
"Czterech? To wydaje się nieco przesadzone. Który z nich będzie przyszłym Alfą?"
"Wszyscy, to czworaczki."
Asher i ja jeździmy jeszcze przez około godzinę, aż robi się późno w nocy i ruszamy z powrotem. Zdaje mi wyczerpującą relację na temat Szkarłatnego Księżyca i ich niesławnych przyszłych Alfów o reputacji playboyów. To naprawdę smutne. Ja zawsze byłam nieugięta w kwestii czekania na swojego partnera. Jednak nie wszystkie wilki są takie same. Mam tylko nadzieję, że mój partner będzie miał takie same zasady moralne jak ja.
Następnego ranka budzę się wcześnie. Mój mały, ale wystarczający pokój w domu stada jest przytulnym miejscem, jednak unikam trzymania w nim jakichkolwiek osobistych rzeczy. Lubię w nim spać, a potem po prostu wyjść. Siedzenie zbyt długo w jednym miejscu nigdy nie wychodziło mi na dobre. Słońce wzejdzie za około godzinę. Tak wczesna pobudka daje mi wystarczająco dużo czasu, by złapać szybkie śniadanie w drodze na tereny treningowe. Zrobię godzinę intensywnego treningu pod osłoną ciemności, zanim pójdę na swoją zmianę patrolową. Cieszę się czasem, kiedy nikt na mnie nie patrzy. Kiedy nikt mi nie dokucza. Choć w ostatnich latach wielu dręczycieli odpuściło w miarę, jak rośnie liczba moich ofiar, to jednak wciąż nie powstrzymuje to całkowicie wielu osób ze szkoły. Tych z rodzinami, statusem, bogactwem, tych, którzy mają głowy wciśnięte zbyt głęboko we własne tyłki. Wolę po prostu schodzić im z drogi i nie wychylać się. Prawie kończę moje ostatnie, wyciszające okrążenie na boisku, kiedy największy dupek z nich wszystkich wyłania się dumnym krokiem, jakby to miejsce należało do niego. W sumie poniekąd tak jest, biorąc pod uwagę, że to on jest przyszłym Alfą.
"Proszę, proszę, patrzcie, kto to taki." Jace chamsko zachodzi mi drogę. Próbuję go wyminąć, ale ponieważ ma już swojego wilka, jest o wiele szybszy ode mnie. W ostatniej sekundzie wystawia nogę i potykam się, uderzając dłońmi i kolanami o ziemię z obrzydliwym głuchym łoskotem.
"Powinnaś bardziej uważać, gdzie leziesz" – chichocze nade mną.
"Ta, dzięki za radę" – cedzę przez zęby, a ten sukinsyn ma jeszcze czelność się uśmiechać z wyższością. Wyciąga rękę, jakby chciał mi pomóc wstać, ale ja po prostu to ignoruję.
"Nie zabiłoby cię trochę wdzięczności. Biorąc pod uwagę, że moja rodzina pozwoliła ci zatrzymać się na naszych ziemiach i w ogóle."
Zawsze miał do mnie jakiś problem. Twierdzi, że jestem praktycznie włóczęgą, nad którą jego rodzina się zlitowała. Jakbym miała jakikolwiek wpływ na to, że jako niemowlę podrzucono mnie na granicy. Otrzepuję dłonie i krzywię się na widok moich zdartych i krwawiących kolan. Zerkam na zegarek i zauważam, że do mojej zmiany zostało około piętnastu minut. Nie żeby strażnicy mieli być źli, że przejmę wartę wcześniej. Zaczynam odchodzić, ale Jace błyskawicznie wyciąga rękę i mocno chwyta mnie za ramię. Tak, później będzie z tego siniak. "Hej, powinnaś to opatrzyć, zanim gdziekolwiek pójdziesz. Pozwól, że ci pomogę."
"Spadaj, Jace." Wyrywam mu ramię. Mruczy coś, czego nawet nie próbuję słuchać, sięgając po torbę i zaczynając wciągać legginsy na moje spodenki gimnastyczne. Przypinam pochwy do ud, talii i pleców, a gdy mam pewność, że moja broń jest dokładnie tam, gdzie powinna, ruszam na patrol.
Na patrolu tego ranka nie wydarzyło się nic interesującego. Dało mi to po prostu szansę na zrobienie kilku okrążeń, by ochłonąć tak, jak tego potrzebowałam przed szkołą. Szkoła zawsze była pieprzonym koszmarem. Nie da się tam ignorować absolutnie wszystkich, ale robię co w mojej mocy, opanowawszy do perfekcji plany zajęć wszystkich dupków, żeby móc omijać ich trasy na korytarzach. Na szczęście brałam udział w zajęciach na poziomie zaawansowanym, więc nie miałam problemu z unikaniem ich w klasach. Jestem w przedostatniej klasie, ale technicznie rzecz biorąc, ukończę szkołę już w tym roku, będąc tak daleko do przodu z materiałem. Alfa Damon powiedział, że to mój wybór, co chcę robić po tym roku. Mogę kontynuować naukę z moimi „przyjaciółmi” albo ją zakończyć. Nigdy nie zwracał uwagi na to, jak traktuje mnie znaczna część stada, ale nie winię go za to; ma na głowie większe problemy. Staram się wyprzedzić materiał tak bardzo, żebym musiała zaliczyć tylko pół roku i móc odejść. Składałam już papiery do szkoły medycznej – oczywiście na kursy online – a nasza lekarka stada, Sierra, powiedziała, że jestem więcej niż mile widziana, by odbyć u niej szkolenie terenowe. Mam zaoszczędzone więcej niż potrzeba, więc nawet jeśli nie dostanę stypendium, i tak to zrobię.
Otwieram szafkę, by wziąć rzeczy na pierwsze zajęcia, i jak na zawołanie, Zoey i jej stado zdzir zjawiają się przy szafkach obok mojej. To jedno spotkanie, którego nigdy nie udaje mi się uniknąć.
"O mój Boże, ale ona śmierdzi!"
"To pewnie przypadłość sierot."
"Masz rację, nikt jej nigdy nie nauczył, jak się brać prysznic, aww, jakie to smutne."
Przewracając oczami, zatrzaskuję szafkę i przepycham się przez ich grupkę.
"O mój Boże, fuj! Zoey ma zarazki sieroty!"
Przysięgam, mentalnie wciąż mają po pięć lat. Ale najwyraźniej posiadanie rozjaśnionych na blond włosów i sztucznych cycków to wystarczające kwalifikacje, by zostać następną Luną, w parze z wybujałym ego i brakiem szarych komórek.
















