Koktajle mleczne.
Ta dwójka przez cały dzień była dziwnie i irytująco miła. Posunęli się nawet do tego, że dziś rano zrugali Zoey i jej świtę, a potem kręcili się wokół mnie przez resztę dnia, aż nadszedł czas wyjazdu do Szkarłatnego Księżyca. Próbowali się nawet zabrać ze mną, ale udało mi się postawić na swoim na tyle, by zostawili mnie w spokoju. Napisałam do Brianny i kazałam jej spotkać się dzisiaj ze mną w innym miejscu. Przejeżdżając wczoraj przez miasto, zauważyłam niesamowite zbocze góry na ich terenie i od razu zdecydowałam, że na nie wejdziemy. Tyler, przeznaczony Brianny, podrzucił ją na miejsce, a kiedy upewnił się, że nic nam nie będzie, odjechał.
– To czego się dzisiaj uczymy? Błagam, powiedz, że to coś z tych zajebistych sztuczek z nożem.
– Nie, dzisiaj, kochana, wspinamy się na to. – Wskazuję za siebie na cholernie stromą górę.
Brianna wybucha śmiechem, aż zgina się wpół, opierając dłonie na kolanach. Wyciera zbłąkaną łzę i milknie, gdy widzi moją śmiertelnie poważną twarz.
– Żartujesz, prawda?
– Wcale nie. Będzie fajnie!
– To jest twoje pojęcie… zabawy? Czego to w ogóle ma mnie nauczyć? Kiedy będę musiała wspinać się na górę, żeby uratować komuś życie?
Wzruszam ramionami. – Chodzi o wytrzymałość w twojej ludzkiej postaci. Nie zawsze będziesz mogła się przemienić; musisz wzmocnić tę formę tak samo jak swojego wilka.
– Ughhhhhh. Dobra, ale potem idziemy na koktajle mleczne, okej?
– Jak sobie życzysz. Chodź.
Wspinaczka nie jest straszna, przynajmniej dla mnie. Ale Brianna, nawet mając w sobie wilka, poci się obficie.
– Wiesz, można by pomyśleć, że jako córkę alfy, ojciec wytrenuje cię trochę lepiej. – Przekomarzam się z nią, by zmotywować ją do pokonania ostatnich kilku metrów na szczyt.
– Trenował mnie, a nie torturował!
– No chodź, widok stąd jest świetny, przegapisz zachód słońca!
Zmusza się do wysiłku przez chwilę dłużej, a kiedy jest w moim zasięgu, chwytam ją za rękę i wciągam na górę.
– Wow.
– Ładnie, co? – Podaję jej butelkę z wodą i siadamy na krawędzi góry.
– Hej, jakim cudem twój motocykl już tu jest?
– Zaparkowałam tu wcześniej i zeszłam na dół, żeby się z tobą spotkać w ramach rozgrzewki.
– To absurdalna rozgrzewka.
– Hmm, może.
– I przyniosłaś drugi kask? – Uśmiecha się szeroko.
– Ta. Pomyślałam, że może chciałabyś się przejechać?
Piszczy i powala mnie na trawę, na której siedzimy. Potrząsa moimi ramionami jak wariatka. – O mój Boże, TAK, TAK, TAK! Moi bracia NIGDY w życiu nie pozwoliliby mi wsiąść na motocykl!
– Och… yyy… to może to jednak nie jest dobry pomysł?
– Pffft! To najlepszy pomysł na świecie! Zabierz mnie ku zachodzącemu słońcu, mała!
Śmieję się z jej ekscytacji i wstaję, żeby wziąć zapasowy kask.
– Chodź tu, niech ci to założę. Nie mam co prawda zapasowych skór, ale i tak nie zamierzam pozwolić ci spaść.
Kiedy już dopasowuję jej kask, chwytam skórzane spodnie, które wcześniej z siebie zrzuciłam, i wciągam je z powrotem, zamieniam dresy na buty motocyklowe, a kurtkę zakładam na Briannę, tak na wszelki wypadek. Przerzucam nogę przez motocykl i wyciągam do niej rękę, żeby mogła wsiąść.
– Mamy mikrofony w kaskach, więc możesz mi powiedzieć, jeśli będziesz chciała, żebym zwolniła albo się zatrzymała. Pochylaj się wtedy, kiedy ja się pochylam, trzymaj się mnie, a kiedy hamuję, połóż dłoń tutaj, na baku, żeby zaprzeć się i na mnie nie wpaść. Zrozumiała?
– Tak! – Podskakuje na siedzeniu i owija ramiona wokół mnie. Motocykl rusza z niskim pomrukiem, a przez mikrofon słyszę, jak lekko piszczy z ekscytacji.
Robimy kilka okrążeń wokół miasta, a potem ona wskazuje mi kierunek do jadłodajni, gdzie zatrzymujemy się na koktajle mleczne. Siadamy na zewnątrz przy uroczym, małym stoliku piknikowym z boku i popijamy nasze napoje.
– Hej, nie powinnaś być już w swoim stadzie na kolacji? – pyta mnie Brianna.
– Nie, nie dziś, Lexi dała mi wolny wieczór. Ty musisz niedługo wracać?
Wypuszcza długie westchnienie. – Pewnie tak. Mój przeznaczony i bracia najprawdopodobniej wyślą za mną armię. – Śmieję się, dopijam resztę koktajlu do dna i wyrzucam kubek do kosza.
– No dobra, w takim razie odwieźmy księżniczkę do domu.
**Jaxon**
Nie mieliśmy najmniejszego szczęścia w odnalezieniu naszej przeznaczonej, mimo że szukaliśmy przez całą wczorajszą noc i ponownie dzisiaj. Chłopaki znów robili się niespokojni i tracili nadzieję, więc co zrobili? Postanowili zatopić się w cipkach. Pierdoleni idioci. Przynajmniej Ryder trochę zmądrzał. Odkąd wczoraj złapał jej zapach, postanowił skończyć z tymi bzdurami z wilczycami i znowu poczekać na naszą przeznaczoną. Ale Cole i Zane? Pierdoleni idioci. Ponieważ mama i tata już dawno temu wyprowadzili się z domu stada do własnego, prywatnego domu, organizacja i przygotowanie kolacji spadły na nas. Oczywiście po prostu wyznaczyłem kilka omeg, żeby się tym zajęły. Zwykle jadamy w naszej prywatnej jadalni, podczas gdy reszta stada, która tu mieszka, ma do dyspozycji jadalnię na parterze. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy wchodzę do naszej jadalni i zastaję ją pustą. Jedzenie czekało na stole, ale nikogo nie było. Wiem, gdzie jest dwóch moich braci, ale Ryder, Tyler i moja siostra Brianna? Gdzie oni do cholery są? Łączę się myślowo z Ryderem.
– Hej, gdzie jesteś?
– Na dole w barze.
Przewracam oczami. Oczywiście, upija się. Topi smutki w alkoholu.
Następnie łączę się z Tylerem.
– Gdzie jesteście ty i moja siostra?
– Stoję przed domem i czekam, aż wróci z treningu.
– Czy to nie miało się skończyć z pół godziny temu?
– Ta, odezwała się do mnie i powiedziała, że zatrzymują się na koktajle. Niedługo powinna być w domu.
Marszczę na to brwi. Moja siostra wie, co myślę o jej samodzielnym zbaczaniu z trasy. Nie zamierzam jednak jeść sam, więc schodzę na dół, żeby poczekać z Tylerem i porządnie ją zrugać. Rozlega się wyraźny warkot motocykla, a my z Tylerem wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia.
– Ona jedzie na motocyklu? – pytam.
– Kurwa, lepiej żeby tak nie było – warczy Tyler.
















