Punkt Widzenia Addie
Obudziłam się w ciemności, ciało mnie bolało, a w miejscach intymnych czułam piekący ból. Łóżko pode mną było zimne, zupełnie jak mężczyzna, który jeszcze przed chwilą obok mnie leżał. Wyciągnęłam rękę w stronę drugiej połowy materaca, ale Killa już tam nie było; zastanawiałam się, czy wymknął się z pokoju tak, bym tego nie zauważyła.
Moja suknia była potargana, strzępy materiału leżały rozrzucone na podłodze niczym resztki godności, która mi pozostała. Czułam się zdruzgotana, sprofanowana i całkowicie samotna. Czułam do siebie obrzydzenie.
Atak Killa nie był tylko fizyczny; był emocjonalny, zniszczył wszystko, w co kiedykolwiek wierzyłam – moją godność, moją równowagę psychiczną. To powoli doprowadzało mnie do szaleństwa. Szczelnie owinęłam się prześcieradłem, trzęsąc się nie z zimna, lecz z przerażenia tym, co się właśnie wydarzyło. Jego okrutne słowa wciąż rozbrzmiewały w mojej głowie: „Czy ty nie jesteś dziwką? Lepiej być traktowaną jak jedna z nich”.
Zacisnęłam powieki, pragnąc, by to wszystko zniknęło. Przez całe życie byłam posłuszną córką, tą cichą, dziewczyną, która robiła to, co jej kazano, mając nadzieję, że postępowanie właściwie doprowadzi ją do szczęścia. Ale tutaj nie ma szczęścia, tylko smutek. Nie ma miłości, tylko nienawiść. Nienawiść Killa do mnie jest namacalna i przerażająca, wypełnia każdy zakamarek tego pokoju, tego małżeństwa.
Łkanie wezbrało w moim gardle, ale je zdławiłam. Nie. Nie będę płakać. Nie teraz. Nie tutaj. Nie dam mu tej satysfakcji. Odmawiam mu prawa do zobaczenia, jak głęboko mnie zranił. Nie pozwolę mu, by złamał mnie bardziej, niż już to zrobił. Ale w głębi duszy wiem, że coś, czego nie da się naprawić, zostało rozerwane; coś, czego nie odzyskam, zostało mi odebrane.
Powoli usiadłam, gryząc wargi z bólu, który przeszywał moje ciało. Ręce mi drżały, gdy dotykałam siniaków tworzących się na ramionach i udach. Każdy ślad był przypomnieniem, że tu nie pasuję. Że nigdy nie powinnam tu być.
To było przypomnienie, że straciłam dziewictwo w najokrutniejszy z możliwych sposobów.
Jego strona łóżka była pognieciona, zauważyłam też, że zniknęły jego ubrania, zostawiając po sobie jedynie nikły zapach whiskey. Musiał wstać przede mną, porzucając mnie, bym sama radziła sobie z następstwami jego przemocy.
Zmusiłam się do ruchu, choć każda cząstka mnie protestowała. Cicho zsunęłam się z łóżka na słabych i niepewnych nogach. Moje palce musnęły podartą suknię, pozwoliłam jej wysunąć się z dłoni. Już mnie to nie obchodziło. Suknia, ślub, cały ten koszmar – to wszystko straciło teraz znaczenie.
Gdyby tylko moja mama żyła, nie zostałabym zmuszona do tej małżeńskiej farsy; gdyby żyła, miałabym najlepsze życie pod słońcem.
Podeszłam do okna, spoglądając na pusty ogród poniżej. Wydawał się klatką, zupełnie jak to małżeństwo. Jak moje życie. Przycisnęłam dłoń do zimnej szyby, pragnąc rozbić ją w drobny mak, pragnąc uciec. Przez lata wierzyłam w bajki. Wierzyłam, że pewnego dnia mężczyzna porwie mnie w ramiona i pokocha taką, jaka jestem. Ale w prawdziwym życiu nie ma bajek. Nie ma księcia. Są tylko potwory.
Kill jest potworem.
Drzwi do pokoju skrzypnęły, a ja na moment zamarłam z przerażenia, że wrócił, by kontynuować to, co zaczął zeszłej nocy. Ale kiedy się odwróciłam, nikogo nie było. Tylko pusty korytarz, wzywający mnie, bym odeszła, bym uciekła. Ale dokąd miałabym pójść? To jest teraz moje więzienie, moje życie. Nieważne, jak bardzo chcę uciec, jestem związana z tym miejscem. Z nim. Na zawsze.
Zamykam oczy, wdychając chłodne powietrze z okna. To nie jest sprawiedliwe. Nic z tego nie jest sprawiedliwe. Ale muszę to znieść.
Od śmierci matki byłam pionkiem w grze mojego ojca, macochy i przyrodniej siostry Sery; to oni ustalali reguły tej gry.
Ruszyłam w stronę małego lustra przy drzwiach i dostrzegłam w nim swoje odbicie. Moja twarz wydała mi się obca – była blada, wstrząśnięta, posiniaczona. Niemal nie rozpoznałam kobiety, która na mnie patrzyła. Moje blond włosy, niegdyś starannie upięte, były w nieładzie; twarz wyglądała na znacznie starszą niż jeszcze wczoraj. Odwróciłam się od lustra, nie mogąc znieść tego widoku. Osoba w odbiciu to nie ja. To cień, duch kobiety, którą kiedyś byłam.
Zarzuciłam na ramiona szlafrok wiszący na krześle, wzdrygając się, gdy miękka tkanina otarła się o moje siniaki. Czułam się, jakby moje ciało przeszło przez wojnę, i być może tak właśnie było. Ale nie była to wojna, którą sama wybrałam, ani bitwa, na którą wyraziłam zgodę. Została mi narzucona, a teraz zostałam sama z jej skutkami.
Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie, wyrywając mnie z zadumy. Serce podeszło mi do gardła, gdy gwałtownie się odwróciłam, ale to była tylko pokojówka. Stała z nisko pochyloną głową, trzymając tacę.
– Dzień dobry, proszę pani. Pan Sterling prosi panią do salonu. – Jej głos był cichy, ale wyczuwałam napięcie pod tą spokojną maską. Musiała coś słyszeć. Musi wiedzieć.
Skinęłam głową sztywno, nie mogąc wydusić słowa, a ona szybko wyszła, zamykając za sobą drzwi. Killian chce mnie widzieć. Poczułam mdłości w żołądku; myśl o ponownym stanięciu z nim twarzą w twarz sprawiała, że robiło mi się słabo.
Nie chcę go widzieć. Nie chcę być nigdzie w jego pobliżu. Ale jaki mam wybór? W tym domu, w tym życiu, nie mam absolutnie żadnego wyboru.
Wzięłam głęboki oddech, próbując opanować drżenie rąk. Nie złamię się. Już nie. Może i zabrał mi wczoraj wszystko, ale wciąż mam swoją dumę. Nie może mi jej odebrać, chyba że mu na to pozwolę.
Idę do drzwi, a każdy krok wydaje się cięższy od poprzedniego. Ciało mnie boli, serce mnie boli, ale idę dalej. Muszę. Muszę znaleźć sposób, by to przetrwać. Wychodzę na korytarz, a ściany górują nade mną niczym kraty więzienia, którym w rzeczywistości są.
Każdy krok niosło echo w cichym domu, gdy kierowałam się w stronę salonu. Powietrze wydawało się gęste od napięcia, a im dalej szłam, tym trudniej było mi oddychać. Kiedy w końcu dotarłam do drzwi, zawahałam się, z dłonią zawieszoną nad klamką.
Czy naprawdę chcę tam wejść? Czy chcę stanąć przed nim, by usłyszeć kolejną okrutną rzecz, którą ma mi do powiedzenia?
Zacisnęłam palce na klamce i po głębokim wdechu przekręciłam ją. Drzwi otworzyły się, ukazując Killa siedzącego na kanapie. Mimo wczesnej godziny trzymał w dłoni szklankę whiskey. Jego oczy uniosły się na mnie i przez krótką chwilę zobaczyłam w nich coś... coś, co niemal przypominało żal. Jednak zniknęło to tak szybko, jak się pojawiło, zastąpione tym samym chłodem, który zdążyłam już aż nadto dobrze poznać.
– Spóźniłaś się – mówi zimno, pozbawionym emocji głosem.
Nic nie mówię, po prostu stoję w progu, niepewna, jak zareagować. Cisza między nami przeciąga się, dławiąc mnie, i przez moment zastanawiam się, czy on też to czuje.
Ale wtedy znów przemawia, przerywając długie milczenie.
– Mamy sprawy do omówienia, Addie. Siadaj.
















