Maggie wiedziała, że to koniec. Wiedziała to na długo przed tym, zanim jej mąż to wypowiedział. Wiedziała o innych kobietach. I o jego innych dzieciach.
Nie była idiotką. Kiedy dzieci były młodsze, po prostu udawała, że wszystko jest w porządku. Gdy dorosły, wiedziały już, że tak nie jest. Najmłodszy, SD, był teraz w ostatniej klasie liceum i nie dało się już niczego ukryć.
Dave wyprowadził się siedem miesięcy temu. Regularnie dzwonił do dzieci, ale nie wiedziała, czy z nim rozmawiają. To nie była tylko jego wina. Nie była niewinna w kwestii rozpadu ich małżeństwa.
Nie miała kochanka ani ukrytej drugiej rodziny. Ale była tak samo winna.
Kiedy brali ślub dwadzieścia cztery lata temu, nie była drobna, ale nie była też tak duża jak teraz. Trójka dzieci, problemy z tarczycą i niska samoocena dodały jej pięćdziesiąt kilogramów.
Albo i więcej.
Budzik po drugiej stronie korytarza zadzwonił, dając jej znać, że SD już wstał. Była środa, co oznaczało jego cotygodniowy bieg z innymi rekrutami Marynarki Wojennej. Słyszała, jak wykonuje swoją poranną rutynę, a potem brzęk kluczy, gdy wychodził.
Po odejściu Dave’a Maggie nie mogła już udźwignąć raty kredytu i musiała sprzedać dom. Po spłaceniu hipoteki podzielili się tym, co zostało, zgodnie z wyrokiem rozwodowym i prawem stanowym. Dave wpłacił zadatek na nowy dom dla swojej nowej rodziny. Maggie zapłaciła za używany samochód i wraz z SD przeprowadziła się do dwupokojowego mieszkania.
Z cotygodniowej wypłaty mogła opłacić rachunki, nakarmić siebie oraz nastoletniego syna będącego studnią bez dna, i jeszcze zostawało jej na jedną jedyną przyjemność.
Paznokcie.
Pani w salonie kosmetycznym zawsze rezerwowała dla niej termin w sobotni poranek. W każdą sobotę o 9:45 Maggie siedziała w fotelu do masażu ze stopami w małej wanience. Linh wybierała kolor i nie pozwalała Maggie patrzeć, dopóki wszystko nie było gotowe. Razem z ozdobami i całą resztą.
Te osiemdziesiąt dolarów można by wydać rozsądniej. Ale ona cieszyła się tym czasem dla siebie. Odrobina rozpieszczania i mogła stawić czoła kolejnemu tygodniowi.
Zwlekając się z łóżka, udała się do jedynej łazienki. To była duża zmiana. Ale teraz radzili sobie całkiem dobrze.
Tęskniła za wielką wanną. Wchodząc pod prysznic połączony z wanną, wątpiła, czy udałoby jej się w ogóle w niej usiąść.
Gdyby była szczera, wejście nie byłoby problemem. Wyjście? Do tego prawdopodobnie potrzebna byłaby oliwa. I dźwig. Możliwe, że strażacy.
Chichocząc na tę myśl, zastanawiała się, czy mogłaby sprowadzić tych przystojnych strażaków z TikToka.
Umyła włosy i nałożyła odżywkę, by zaczęła działać, podczas gdy sama się myła. Kiedy uznała, że jest czysta, spłukała ciało i włosy. Następnie wyszła i wytarła się ręcznikiem plażowym.
SD namówił ją na ich kupno, kiedy dowiedział się, że na osiedlu jest basen. Ona NIE zamierzała iść na basen. Nie w stroju kąpielowym. Nie w narzutce. Nawet w namiocie cyrkowym. To się nie mogło wydarzyć.
Ale lubiła to, że mogła owinąć się tym ręcznikiem w całości. Rozczesując włosy, pozwoliła im opaść na plecy, by wyschły. Patrząc w lustro, widziała siebie i po raz kolejny nie dziwiła się Dave’owi, że odszedł.
Metr sześćdziesiąt trzy wzrostu i sto osiemnaście kilogramów. Mysiobrązowe włosy ze śladami siwizny. Jasnobrązowe oczy widziały to wszystko. Zbyt okrągłe policzki. Linie śmiechu i kurze łapki.
Obwisłe ramiona. Duży brzuch. Uda, które nie tylko się stykały – Maggie często zastanawiała się, czy nie jest w części syreną. Tak, zdecydowanie można by ją pomylić z syreną. Albo przynajmniej z manatem.
Dokończyła makijaż i wysuszyła włosy, zanim poszła się ubrać. Był początek sierpnia, a jej już o tak wczesnej porze było gorąco. Kolejny powód, dla którego Dave odszedł. Menopauza, choć jej lekarz nazywał to perimenopauzą. Nie widziała żadnej różnicy.
Sukienka, którą wybrała, była złocistobrązowa w wielokolorowe jesienne liście. Proste złote kolczyki koła i bransoletka, którą dostała od dzieci, były jedyną biżuterią, jaką nosiła. Minęło ponad sześć miesięcy, odkąd zdjęła obrączkę, a wciąż nie przyzwyczaiła się do braku pierścionka na palcu.
Chwytając kurtkę i lunch z lodówki, Maggie wyszła w poranne słońce i rozpoczęła trzydziestominutową podróż autobusem do biura, w którym pracowała od zakończenia małżeństwa.
Nowi właściciele budynku, w którym pracowała, mieli się dzisiaj pojawić. Przynajmniej nie likwidowali jej stanowiska recepcjonistki.
Jeszcze nie.
Wiedziała, że jedna z prawniczek w jednej z firm chce się jej pozbyć. Kobieta nieustannie narzekała na grubą recepcjonistkę, którą mógłby zastąpić strażnik. Albo kiosk multimedialny.
Jakby Maggie nie wiedziała, że jest gruba – ta kobieta, która w weekendy biegała maratony, uwielbiała jej o tym przypominać.
Naprawdę chciała jej się odgryźć. Maggie zawsze miała w głowie celną ripostę, która nigdy nie została wypowiedziana.
„Mam lustro, tak, widzę, jaka jestem gruba”.
„Naprawdę? O mój Boże! To dlatego muszę kupować rozmiar 2X?”.
„Cieszę się, że mi pani powiedziała. Mam to ciało dopiero od czterdziestu trzech lat, nigdy nie wiedziałam, że jestem gruba”.
„To dlatego, że mam więcej osobowości niż ty. Trzymam ją schowaną między fałdami tłuszczu”.
Maggie często zastanawiała się, jaka byłaby reakcja tej kobiety, gdyby cokolwiek powiedziała. Ale lubiła swoją pracę. Co ważniejsze, lubiła korzyści z niej płynące. Takie jak możliwość płacenia czynszu. Więc jej komentarze zostawały w głowie, ukryte za uśmiechem. Podczas gdy miała nadzieję i modliła się, by łzy nie napłynęły jej do oczu.
Po przybyciu do budynku Maggie przygotowała trzy bary kawowe w dużym lobby. Żaluzje zostały lekko uchylone, by wpuścić poranne światło. Potem usiadła przy swoim biurku i otworzyła komputer.
Dwadzieścia minut po ósmej została wezwana do gabinetu kierownika budynku. Uśmiechając się nerwowo, usiadła na wskazanym krześle.
— Maggie, chcę, żebyś wiedziała, że większość z nas jest tym poruszona. Właściciele likwidują twoje stanowisko. Ale jedno z biur na górze chciałoby z tobą porozmawiać.