Savannah zjechała na parking, gdy jej opona zaczęła wydawać rytmiczne łup, łup, łup. Spóźni się na zajęcia do profesora Blackwooda, który nienawidził spóźnialskich. Ze łzami w oczach zadzwoniła do męża.
— Hej, kochanie — usłyszała zachrypnięty głos, gdy odebrał.
— Złapałam gumę — powiedziała Savannah łamiącym się głosem.
— W porządku, mała. Powiedz mi, gdzie jesteś.
— Na stacji Diamond T na rogu Ósmej i Pine — odparła, rozejrzawszy się dokładnie.
— Dobra, już jadę. — Słyszała, jak się krząta, wstając i ubierając się. — Nie płacz, maleńka. Nie chcemy popsuć tej pięknej buzi.
Uśmiechnęła się, ocierając łzy, które groziły wypłynięciem. Tak dobrze ją znał. — Nie będę. Kocham cię.
— Ja ciebie też.
Zakończyła połączenie i opuściła osłonę przeciwsłoneczną, by skorzystać z lusterka. Jęcząc na swój widok, wyjęła małą kosmetyczkę i poprawiła makijaż. Jej karmelowe oczy były nieco jaśniejsze niż długie, falujące włosy. Przynajmniej warkocz wciąż był na swoim miejscu.
Nałożyła trochę pudru na blade policzki, a potem odrobinę różu. Usłyszała pukanie w szybę i opuściła ją, uśmiechając się do łysego mężczyzny. Miał na sobie spłowiałe dżinsy i koszulkę wydziałową.
— Prawo jazdy i dowód rejestracyjny poproszę.
— Nie wiem, gdzie są.
— W takim razie wysiadaj i daj mi buziaka — odpowiedział, otwierając drzwi.
Śmiejąc się, wysiadła i pocałowała męża. — Mój bohater w niebieskim mundurze.
— Zawsze. — Podał jej kluczyki. — Weź mojego pick-upa, żebyś się nie spóźniła.
Dała mu kolejnego szybkiego całusa. — Jesteś najlepszy.
— Taa, jasne — zachichotał, gdy złapała plecak i torebkę, po czym pobiegła do ciężarówki.
Na zajęcia dotarła tylko z minutowym spóźnieniem. Dosłownie minuta. Profesor Blackwood nawet nie zdążył wstać, by rozpocząć wykład. Westchnęła w duchu, świętując sukces.
— Pani Fargo — powiedział starszy profesor, nie podnosząc wzroku znad gazety. — Jaką to genialną wymówkę ma pani na swoje spóźnienie?
— Złapałam gumę po drodze.
— I sama ją pani zmieniła? — zapytał, spoglądając na nią. Próżny uśmiech na jego twarzy świadczył o tym, że doskonale znał odpowiedź.
— Nie, proszę pana. Zadzwoniłam do męża, a on dał mi swój samochód, żebym się nie spóźniła — odpowiedziała, wiercąc się lekko na krześle w sali wykładowej.
— A jednak i tak się pani spóźniła — skarcił ją profesor.
Wykład się zaczął, a jego pytania były wymierzone prosto w Savannah. Wszystkie poprzedzał komentarzami typu: „Może i nie wie, jak zmienić koło, ale być może pani Fargo wie…”.
Ucieszyła się, gdy te zajęcia dobiegły końca. Przed kolejnym wykładem poszła do biblioteki, tylko po to, by dowiedzieć się, że książka, o którą prosiła, została wypożyczona przez kogoś innego. Zapisała się ponownie na listę i była teraz piąta w kolejce.
Zajęcia z psychologii dziecka przedłużyły się i w efekcie spóźniła się na trzeci wykład – algebrę. Nienawidziła algebry i niezapowiedzianych kartkówek profesor Vance. Ta kobieta uwielbiała robić naloty.
Po zakończeniu ostatnich zajęć Savannah planowała wrócić do domu i zamienić się samochodami. Wolała swój mały kompakt od przesadnie wielkiego pick-upa Dereka. Po co mu tak wielka ciężarówka, tego nigdy nie pojmie.
Sprawdzając wiadomości, zobaczyła jedną od szefowej. Rachel była chora i Savannah musiała przyjść jak najszybciej. Szybko wysłała wiadomość do Dereka i skierowała się do małej kawiarni.
Czwartki zazwyczaj były spokojne, więc liczyła na to, że dzień się poprawi.
Dzień wcale nie stał się lepszy.
Przez sześć godzin uśmiechała się, podczas gdy klienci narzekali na wszystko. Jakieś dziecko wylało na nią czekoladowy koktajl i teraz śmierdziała skwaśniałym mlekiem.
Kiedy Savannah weszła do mieszkania, zastanawiała się, co zrobić na kolację. Nie wróciła do domu o zwykłej porze, więc nic nie wyjęła z zamrażarki. Na małym stoliku stał wielki bukiet kwiatów i leżała kartka.
„Dostałem twojego SMS-a, że masz beznadziejny dzień. Zostaw ubrania w pralce, ja się nimi zajmę. Pojechałem po kolację. Sprawdź łazienkę”.
Poszła do łazienki, przyciskając kartkę do piersi. Wanna była otoczona świecami, a zasłona prysznicowa została podwiązana. Jej małe radio z odtwarzaczem CD, które zazwyczaj stało w kuchni, znajdowało się na blacie z przyklejoną kartką „włącz mnie”. Obok leżało pudełko długich zapałek z dopiskiem „zapal mnie” na etykiecie. Pod zapałkami leżało opakowanie nowych kul do kąpieli.
Ze łzami w oczach Savannah odkręciła wodę i pozwoliła, by wanna zaczęła się napełniać, podczas gdy ona zdjęła swój obrzydliwy mundur. Pralko-suszarka, która była w mieszkaniu, miała idealny rozmiar dla ich dwojga. Pod warunkiem, że nie miało się nic przeciwko nastawianiu małych prań przez cały tydzień.
Zgodzili się przemęczyć w tym małym mieszkanku, dopóki ona nie dostanie pracy w szkole. Pierwszą rzeczą, jakiej chciała po przeprowadzce, była pełnowymiarowa pralka i suszarka. Drugą – zmywarka.
Wróciła do łazienki, zapaliła świece i wrzuciła kulę do kąpieli. Gdy nacisnęła przycisk w radiu, małe pomieszczenie wypełnił głos Nata Kinga Cole’a śpiewającego „Unforgettable”.
Savannah uwielbiała tę piosenkę. Jej mama śpiewała ją jej i jej braciom, gdy byli mali. Weszła do wanny i relaksowała się, dopóki nie wszedł Derek i nie powiedział, że czeka na nią jej ulubione jedzenie, gdy skończy.
I rzeczywiście, znalazła kanapki z pieczoną wołowiną tonące w sosie Horsey.
— Kocham cię — powiedziała Savannah, siadając obok niego na kanapie z kanapką i frytkami.
Pocałował ją w czubek głowy. — Ja ciebie też, mała.
















