Nie mogę się doczekać jutra. Leżąc na polu i patrząc w gwiazdy, modlę się do Bogini Księżyca, bym został dobrym Alfą. Ojciec jutro przekazuje mi watahę. Pod jego rządami wataha urosła w siłę, więc poprzeczka zawieszona jest wysoko. Czuję obecność mojego najlepszego przyjaciela, gdy kładzie się obok mnie. Jutro on przyjmie tytuł Bety. Nie tylko dzielimy odpowiedzialność za watahę, ale mamy też urodziny tego samego dnia. W zeszłym tygodniu obaj skończyliśmy osiemnaście lat. Nasi ojcowie chcą udać się na długo wyczekiwane wakacje. My przejmiemy watahę i zaopiekujemy się rodzeństwem. Moja siostra bliźniaczka będzie najbardziej irytująca z całej trójki.
Leżymy tam, aż niebo zaczyna jaśnieć od świtu. „Cóż, Alfo Conradzie Adlerze, czas trochę odpocząć, to wielki dzień dla nas obu” – mówi, klepiąc mnie w ramię. „Uważaj, Beto Declanie Vance, mogę cię dopaść nawet teraz, zanim zyskam moc Alfy”. Wybucha śmiechem, gdy wstaję. „A kto wtedy będzie stał u twojego boku? Mój brat?” – pyta. „Prędzej piekło zamarznie, on jest prawie tak samo beznadziejny jak dziewczyny. Z naszym szczęściem zostaną partnerami i narobią irytujących szczeniąt” – warczę, co wywołuje u niego kolejny wybuch śmiechu.
Idziemy do rezydencji watahy na naszą ostatnią noc jako szczenięta. Jutro o tej porze będziemy przywódcami. Idąc do swojego pokoju, wyczuwam na korytarzu watahową dziwkę. Kompletnie nie mam na to nastroju, więc zawracam i idę do pokoju Deca. „Czy przed chwilą nie pozbyłem się twojego śmierdzącego tyłka?”. „Zamknij się i przesuń. S.V. jest w moim pokoju, a nie chcę się z tym użerać”. Obaj jęczymy. „Musisz coś z nią zrobić po jutrzejszym dniu”. Wzdycham: „Taa, ale przecież nie mogę jej wygnać tylko za to, że jest dziwką”. „Współczuję temu, kto okaże się jej partnerem”. Z tymi słowami przewracamy się na boki i zasypiamy.
Miałem najcudowniejszy sen. Biegłem przez las z równie czarnym wilkiem. Goniliśmy się i bawiliśmy, podgryzając nawzajem swoje ogony i uszy. Zapach był uzależniający. Jej oczy miały jasny, błękitny kolor. Nagle wszystko, co widzę, staje się czerwone. Z czerwonej mgły wyłaniają się gniewne, czerwone ślepia zmierzające w moją stronę. W panice szukam wilczycy, ale ona zniknęła. Zostało tylko morze czerwieni. Czuję, jakbym tonął. Nie mogę oddychać, ból rozchodzi się po całym ciele. Czuję, jakby serce wyrywano mi z piersi.
Słyszę, jak Dec na mnie krzyczy, ale go nie widzę. Ból jest nie do zniesienia. Drapie klatkę piersiową, próbując go uśmierzyć. Nagle doznaję szoku, gdy zrywam się z łóżka oblany lodowatą wodą. Serce bije mi jak szalone, gdy próbuję złapać oddech. Z szeroko otwartymi oczami patrzę wokół. Nie jestem już w lesie, lecz w pokoju Deca. Dec stoi przy łóżku z wiadrem, wpatrując się we mnie. „Wszystko w porządku, stary? Krzyczałeś i drapałeś się po piersiach” – pyta. Patrząc w dół, widzę głębokie zadrapania na klatce piersiowej. Krew spływała po brzuchu, mocząc koce i łóżko pode mną. „Miałem koszmar, ale nie pamiętam, o czym był” – kręcę głową.
Spoglądając przez okno, zauważam, że słońce jest już wysoko na niebie. „Pójdę, żeby ktoś na to spojrzał” – mówię. Wstaję i idę do drzwi. „Zamów nowy materac na moją kartę. Przepraszam”. „Nie trzeba, przecież nie zrobiłeś tego celowo. Ale jasne, zamówię nowy materac na twój koszt” – mówi, zacierając ręce. Kręcę głową, wychodząc z jego pokoju i kierując się do centrum medycznego.
Zapomniałem, że S.V. była w moim pokoju, więc gdy otworzyły się drzwi, wzdrygnąłem się. Potem poczułem jej zapach i warknąłem z frustracji. „Tu jesteś, Connie. Szukałam cię całą noc” – mówi z dąsem. „Co robisz w moim pokoju?” – mrożę ją wzrokiem. „Jak to co, czekam na ciebie, głuptasie. Wiesz, że kiedy zrobisz mnie swoją Luną, będziesz musiał przestać o to pytać”. Gdyby moja głowa już nie pękała, jej głos na pewno by to sprawił. Próbuję ją minąć i dojść do schodów. „Nie będziesz moją Luną, nie jesteś moją partnerką, więc przestań i trzymaj się z dala od mojego pokoju”. Omijam ją zwinnym krokiem, trzymając się poza zasięgiem jej rąk. „Jestem twoją partnerką. Poczekaj tylko dwa miesiące, sam zobaczysz” – tupie nogą, krzyżując ręce na piersi. Pewnie myśli, że to pomoże jej postawić na swoim. Ale nie ze mną. Ignorując ją, schodzę po schodach. Wiem, że nie jest moją partnerką; jako Alfa mogłem wyczuć swoją partnerkę już od siedemnastego roku życia. Nie możemy ich jednak oznaczyć, dopóki nie skończą osiemnastu lat. Stajemy się wtedy bardziej opiekuńczy, ale nasze wilki nie pozwalają nam im o tym powiedzieć, dopóki nie osiągną odpowiedniego wieku.
Ojciec wierzy, że Bogini Księżyca zrobiła to dla Alf, ponieważ w przeciwieństwie do reszty wilków w watasze, spadkobiercy Alf i Bet podróżują od watahy do watahy w ramach sojuszy już od siedemnastego roku życia. Następcy nie mają szansy na udział w wydarzeniach związanych z parowaniem, dopóki nie przekroczą dwudziestego roku życia. Nie tylko odwiedzamy watahy, wzmacniając więzi, ale mamy też cztery lata w szkole dla Alf. Dotyczy to tych z nas, którzy nie przejmują władzy w wieku osiemnastu lat. Ci, którzy przejmują ją tak wcześnie, zaczynają szkołę Alf i Bet w wieku czternastu lat. Zrezygnowałem z objazdu po watahach, ponieważ chodziłem do szkoły z następcami Alf, którzy mieli objąć władzę do czasu, gdy ja skończę osiemnaście lat.
Gdy dotarłem do centrum medycznego, mój wilk zamknął już rany na piersi, ale wciąż były czerwone i zaognione. Nie martwiłem się ranami, lecz tym, dlaczego się pojawiły. Gdy wszedłem, pielęgniarka zobaczyła moją klatkę piersiową i podbiegła do mnie. „Alfo, wszystko w porządku? Co się stało? Chodźmy do gabinetu. Proszę za mną”. Chciałem ją zapewnić, że nic mi nie jest, ale nie miałem na to siły. Po prostu poszedłem za nią. W gabinecie podała mi fartuch, bym się przebrał, mówiąc, że lekarz zaraz przyjdzie. Zdejmując koszulę i wrzucając ją do kosza, spojrzałem na fartuch i pokręciłem głową. „Nie ma mowy” – powiedziałem do nikogo. W tej samej chwili usłyszałem pukanie do drzwi.