Chwytam gwałtownie powietrze, zrywając się z łóżka. Rozglądam się, próbując zlokalizować zagrożenie. Biorę kilka głębokich oddechów, omiatając wzrokiem pokój. Czuję na ciele pot, który ziębnie pod wpływem wiatru wpadającego przez okno. Gdy mój oddech w końcu się uspokaja, wciągam głęboko powietrze, czując zapach soli z mojego potu i rdzę. Rdzę? Podchodzę do ściany i pstrykam przełącznikiem światła. Oglądam się za siebie, ale nic nie widzę, dopóki mój wzrok nie spocznie na łóżku. Na szarym prześcieradle, dokładnie tam, gdzie spałem, widnieje wielka czerwona plama. Obracam się, by spojrzeć w lustro za moimi plecami, i widzę głębokie, zaognione rany biegnące wzdłuż pleców. Łączę się przez więź z lekarką, by przyszła do mojego pokoju.
„Alfo, co mogę dla ciebie zrobić?” – pyta doktor Graves, wchodząc przez otwarte drzwi. Odwracam się do niej bez słowa. Wydaje z siebie zduszony okrzyk i podbiega do mnie. „Kto to zrobił? Jak do tego doszło?”. „Szczerze mówiąc, pani doktor, nie jestem pewien. Spałem, miałem koszmar i zostałem zaatakowany we śnie. Zaatakowano mnie dokładnie w tych samych miejscach. Wiem, że to brzmi niedorzecznie”. Kobieta milczy, badając moje plecy. „Teraz goi się to dość szybko, ale przez chwilę tak nie było, zupełnie jakby rany były celowo utrzymywane w stanie otwartym. Alfo, nigdy nie widziałam czegoś podobnego, nawet nie wiedziałabym, od czego zacząć”. Przytakuję, gdy kończy oczyszczać rany i nakładać na moje plecy krem. „Cóż, i tak dziękuję, pani doktor. Byłbym wdzięczny, gdybyś skonsultowała się z innymi i sprawdziła, czy wiedzą coś na ten temat”. „Oczywiście, Alfo. Dam znać, gdy tylko czegoś się dowiem. Choć zastanawiam się, czy to nie wynika z utraty Luny tak szybko po jej odnalezieniu. Twój wilk może bardzo cierpieć i w ten sposób to manifestować. Ale to tylko domysły. Przepraszam, rozgadałam się”. Jej twarz robi się purpurowa, a ja posyłam jej lekki uśmiech. „Bez obaw, sam często mówię na głos, kiedy próbuję rozwiązać jakiś problem”. Uśmiecha się, kłania i wychodzi, by zająć się sprawą.
Próbuję przypomnieć sobie sen, ale jedyne, co pamiętam, to czerwień. Mam już serdecznie dość tych koszmarów.
Łączę się z kimś z personelu, żeby przyszedł zmienić pościel, bo, bądźmy szczerzy, nie mam pojęcia, gdzie jej szukać, a ostatnim razem, gdy dotknąłem pralki, Martha pobiła mnie miotłą. W jakiś sposób ją zepsułem i do dziś nikt nie wie, jak mi się to udało… W stadzie panuje bardzo głośno wypowiadana zasada: nie wolno mi się zbliżać do pralni. Chwytam ubrania i idę pod prysznic. Równie dobrze mogę już zacząć dzień, nie ma sensu wracać do łóżka. Gdy tylko wychodzę spod prysznica, słyszę stłumiony okrzyk z sypialni, a potem szepty. Dwójka pracowników, która przyszła ogarnąć moje łóżko, kłóci się o najlepszy sposób na wyczyszczenie materaca. Uznali, że najlepiej będzie zamówić nowy. Teraz grają w „ty mu powiedz, nie, ty mu powiedz”. Śmiejąc się z nich, otwieram drzwi. „Po prostu dajcie znać Graves, co trzeba wymienić” – mówię, strasząc ich. Po cichu przyznaję, że to moja ulubiona rozrywka: straszenie członków stada. Harvey, jeden z chłopaków, podnosi poduszkę i rzuca nią we mnie, wyzywając mnie od złośliwców. Kręcę głową z rozbawieniem i ruszam do wyjścia. „Hej, Harvey, czy twoja babcia wie coś o koszmarach?”. Babcia Harveya to stara hippiska. Wolna miłość i wszystko, co naturalne. Pewnego dnia natknęła się na nasze stado podczas czegoś, co nazywa „wędrówką”. Mieszała wilczą jagodę z wróżkowym pyłem we wszystkim, co jej wpadło w ręce, żeby sprawdzić, co się stanie. Kiedy przekroczyła granicę, stwierdziła, że okolica jest ładna i zachęcająca. Cóż, cokolwiek to było, znalazła swojego partnera – a raczej on znalazł ją, gdy w deszczu głaskała źdźbło trawy.
Uznalem, że jeśli ktoś może coś wiedzieć, to właśnie nasze lokalne dziecię kwiatów. „Możliwe. Zapytam, jak wrócę do domu za kilka godzin. Chcesz, żeby do ciebie przyszła, jeśli coś będzie wiedzieć?”. „Proszę”. „Jasne, dam ci znać, jak tylko czegoś się dowiem, Alfo”. „Dzięki, Harvey. Connie, czy możesz poprosić ojca, żeby przyszedł do mojego gabinetu, jak tylko wstanie?”. „Tak jest, Alfo”. Przytakuję i ruszam na pole treningowe, by wyładować resztki tej niespokojnej energii, którą wciąż w sobie czuję. Czasami nienawidzę bycia Alfą z tą całą otoczką „tak jest, Alfo”. Chodziłem do szkoły z Harveyem i Connie, razem uprawialiśmy sport i przyjaźniliśmy się przez całą szkołę – nadal nazwałbym ich przyjaciółmi. Ale jestem ich Alfą, więc muszą okazywać mi szacunek; ich wilki nie pozwoliłyby na nic innego. Oboje pracują na porannej zmianie przy utrzymaniu porządku. Ta zmiana jest zarezerwowana dla wilków, które wciąż się uczą. Harvey i Connie studiują; Harvey ma zostać jednym z prawników stada, a Connie studiuje biznes razem ze mną. Planuje pomagać w prowadzeniu kilku małych firm w mieście. Mówi, że nie potrafi wybrać tylko jednej dziedziny… nazywa to zawodowym ADHD. Oboje są też silnymi wojownikami, ale żadne z nich nie chciało zostać wojownikiem na pełen etat. Trenują w każdy weekend i przynajmniej dwa dni w tygodniu, żeby zachować formę i orientować się w manewrach obronnych stada.
Biegając po torze, wciąż widzę niebieskie sfery, które się we mnie wpatrują. To mnie martwi, bo gdyby to mój wilk opłakiwał moją partnerkę, czy nie powinny być ciemnobrązowe? Jej oczy miały kolor ciemnego brązu. Ale ja widzę tylko błękit, a potem czerwień. To doprowadza mnie do szału. Dobra, Alfo, co powiesz na solidny, dziesięciomilowy bieg? Zobaczymy, czy uda nam się oczyścić umysł z tego syfu i skupić na sprawie zaginionych dziewcząt i ataków rogue'ów. Przynajmniej raz cieszę się z wczesnej pory; jestem sam i nikt nie widzi ani nie słyszy, jak gadam do siebie
















