Gburowaty szef, słodka niania

Gburowaty szef, słodka niania

Autor: Aria Monroe

Rozdział 4
Autor: Aria Monroe
15 cze 2026
Dwa miesiące później... – Liam! Liam! Choć szybko! Przegapisz to, to jest bardzo ciekawe! – krzyczał Leo do Liama, który zmywał naczynia w kuchni. – Już do ciebie idę, kolego – odkrzyknął Liam z kuchni. Zanim skończył i poszedł do salonu, Leo zdążył już głęboko zasnąć, a na ekranie telewizora leciał ostatni odcinek "Awatar: Legenda Aanga". Wyłączył telewizor, zaniósł chłopca do jego pokoju i położył go do łóżka, przykrywając kołdrą. Ostatnie dwa miesiące z Leo były naprawdę fajne. Udało mu się sprawić, by chłopak wyszedł ze skorupy i się przed nim otworzył. W większość wolnych dni grali razem i dużo rozmawiali, ale Leo nigdy tak naprawdę nie wspominał o swoich rodzicach. Wydawało się, że wcale nie unikał tego tematu, po prostu szczerze mówiąc, nie miał o nich nic do powiedzenia, co Liam uważał za dość smutne. Zaprzyjaźnił się również z niektórymi ochroniarzami; może nie byli jacyś przesadnie sympatyczni, ale przynajmniej nie celowali już do niego z broni za każdym razem, gdy go widzieli, a to był dobry znak. Wyobrażał sobie, jak nudne musiało być życie Leo, zanim się tu pojawił – był w końcu jedynakiem w iście mafijnym świecie. Rozsiadł się wygodnie na sofie, wyciągnął telefon z kieszeni i napisał do Chloe. Liam: Cześć, Chloe. Przepraszam, że opuściłem dwie ostatnie walki. Ta praca jest trochę dziwna; nie wypuszczą mnie, dopóki ich szef nie wróci z wyjazdu, czyli... jeszcze przez miesiąc. Pomóż mi pogadać z Victorem, on bardziej słucha ciebie. W momencie, gdy wysłał wiadomość, od razu otrzymał powiadomienie. Chloe: Żaden problem, dla ciebie wszystko. Uśmiechnął się, czytając jej odpowiedź. Odłożył telefon na środkowy stolik i zrelaksował się na wielkiej kanapie, postanawiając się na niej zdrzemnąć, zanim pójdzie do swojego pokoju. Wkrótce ogarnął go sen. Od strony wejścia rozległy się zbliżające kroki, lecz Liam był zbyt odpłynięty, by je usłyszeć. Kroki brzmiały coraz bliżej, bliżej i bliżej, aż słabo usłyszał, jak Siri wita kogoś w domu. Zanim jednak zdążył otworzyć oczy, by sprawdzić, kto to taki, poczuł dużą dłoń zaciskającą się na jego gardle. Jego nogi zostały mocno zablokowane między znacznie większymi nogami, a na swoim... pistolecie poczuł zimny metal lufy. Instynktownie Liam szybko otworzył oczy, gotów do walki z napastnikiem, lecz gdy to zrobił, natknął się na hipnotyzujące, ciemnoszare tęczówki, które wpatrywały się w niego niebezpiecznie. Twarz atakującego była zbyt blisko, by mógł rozeznać się w jego rysach, ale nawet z tej odległości widział, że są niezwykle ostre. Zrezygnował z walki. Nie chciał stracić swojego małego członka, wszak babcia wciąż oczekiwała od niego wnuków. Nie mógł jej rozczarować. – Kim. Ty. Jesteś? – Głos jego napastnika był niesamowicie głęboki, mroczny i stanowczy. Liam był wojownikiem, ale na sam dźwięk tego głosu poczuł dreszcz przerażenia biegnący wzdłuż kręgosłupa. Uścisk na jego szyi zacieśnił się, lecz zniósł to – był w końcu wojownikiem. Sądząc po wyglądzie napastnika i jego pewności siebie, to musiał być jego szef. Kładąc się wygodnie na drogiej skórzanej sofie, właśnie wpakował się w niezłe kłopoty z wyjątkowo niebezpiecznym człowiekiem. Przypomniał sobie słowa kamerdynera Charlesa, by czuł się jak u siebie w domu. Proszę bardzo, oto do czego to doprowadziło – za chwilę miał stracić najcenniejszą część swojego ciała. Ostrożnie dobierał słowa, by odpowiedzieć groźnie wyglądającemu mężczyźnie nad sobą. Nie chciał z nim zadzierać. – Pańskim nowym niankiem, proszę pana – zdołał odpowiedzieć Liam przez ściśnięte drogi oddechowe. „Ten facet to istny diabeł!” – pomyślał w duchu Liam. Już zdążył go znienawidzić. – Kim ty, do cholery, jesteś?! TRACH! Twardy cios wylądował na twarzy Liama, tuż obok oka. Dominic chciał wrócić do domu wcześniej, by móc jak najszybciej odprawić nianię, którą rzekomo znaleźli dla jego syna. Ale nie spodziewał się, że zastanie chłopaka niani, wylegującego się wygodnie na jego kanapie, jakby to był ich własny dom. Instynkt podpowiadał mu, że z mężczyzną na sofie jest coś nie tak – mógł być szpiegiem jego wrogów. Stracił cierpliwość do intruza. – Odpowiadaj! – Dominic uderzył Liama w usta, rozcinając mu wargę. Intruz miał szczęście, że nie odstrzelił mu jaj od razu po wejściu, ale ten gnojek wciąż najwyraźniej próbował grać z nim w jakieś gierki, myląc litość z głupotą. – Kurwa! Jestem pańskim opiekunem! – warknął gniewnie Liam, zlizując krew z ust. Gdyby nie fakt, że mężczyzna, który używał go właśnie jako worka treningowego, miał mu zapłacić ogromną sumę pieniędzy, już dawno by oddał. Powstrzymał się jednak nie tylko ze względu na pieniądze, ale również z powodu lufy wycelowanej w małego Liama. – Tatusiu! Zostaw Liama! – Leo zbiegł po schodach i odepchnął ojca od mężczyzny. – Kto to jest, Leo? – zapytał Dominic, chowając syna za swoją nogą, by zasłonić go przed Liamem. Liam przyłożył dłoń do posiniaczonej twarzy, podnosząc się z kanapy. Nie tak wyobrażał sobie dzisiejszy wieczór. Myślał, że szef wraca dopiero za miesiąc, prawda? – To mój nowy nianiek i mój najlepszy przyjaciel. – Leo wybiegł zza nóg ojca i stanął obok Liama, chwytając go za rękę. – Dobry wieczór panu, nazywam się Liam Mercer, jestem opiekunem pana syna – Liam wyprostował się i oficjalnie przedstawił. – Kto cię zatrudnił? – zapytał lodowatym tonem Dominic, piorunując Liama wzrokiem. Nie podobał mu się. Gapił się na to, w jak opiekuńczy sposób jego syn trzymał za rękę tego nieznajomego, zupełnie jakby łączyła ich głęboka więź, której on sam nigdy by nie zrozumiał. – Kamerdyner Charles, proszę pana – odpowiedział Liam, czując się zraniony i upokorzony. – Siri? Wezwij kamerdynera Charlesa – rozkazał Dominic. – Gotowe, proszę pana – odpowiedziała Siri. Niedługo potem pojawił się kamerdyner Charles, idąc w ich stronę z opuszczoną głową. Był zaskoczony widokiem szefa w salonie; wszyscy myśleli, że ma zostać jeszcze przez miesiąc. – Witaj z powrotem, szefie – przywitał się kamerdyner Charles z ukłonem, gdy dotarł do salonu. – Zapłać mu pełną stawkę i zabierz go stąd – oświadczył Dominic, chowając broń z powrotem do kabury. – Tak jest, szefie. – odparł kamerdyner. – Nie! Tatusiu, nie możesz tego zrobić! – Leo mocno objął nogi Liama, jakby to miało powstrzymać decyzję ojca. – Wszystko w porządku, kolego. Kiedyś cię odwiedzę – powiedział uspokajająco Liam, poklepując chłopca po głowie. – Dawno powinieneś spać, Leonardo. Marsz do swojego pokoju – rzucił chłodno Dominic do syna, po czym oderwał go od nogi Liama i pociągnął za sobą na piętro. – Zniknij stąd, zanim wrócę na dół – Dominic zatrzymał się w pół kroku i powiedział to do Liama, nawet się nie odwracając. Zaniósł szarpiącego się Leo do jego pokoju, zupełnie nie zważając na jego protesty. Dominic nie życzył sobie obcych we własnym domu. Ludzie, którym wcześniej ufał bezgranicznie, zdradzili go bez cienia wyrzutów sumienia; to sprawiło, że stał się nieugięty i przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa wobec wszystkich. Zanim ktokolwiek dla niego pracował, osobiście dbał o sprawdzenie jego kartoteki i historii rodziny oraz przeprowadzał dokładny wywiad środowiskowy. Każdy pracownik musiał również podpisać oświadczenie, że jeśli wyjdzie na jaw jakaś zdrada, powiązania z szemranymi interesami lub choćby nieczyste intencje wobec niego samego czy jego syna, zostanie na miejscu zabity bez zbędnych pytań. A proszę, co się stało podczas zaledwie dwóch miesięcy jego nieobecności. Ściągnęli do domu potencjalne zagrożenie, zostawiając jego syna pod opieką człowieka o niezweryfikowanej tożsamości. – Tatusiu, błagam, nie każ Liamowi odchodzić – prosił Leo, gdy ojciec wnosił go do sypialni. – On stanowi zagrożenie, Leo. Nie możemy mu ufać. Zawiodłeś mnie – powiedział Dominic do syna, odkładając go na łóżko. – Przepraszam, tato, ale... – Miałem o tobie lepsze zdanie, Leo. Nie ufaj nieznajomym. Ale ty mu zaufałeś. A co, gdyby ci się coś stało?! – zapytał Dominic, próbując za wszelką cenę opanować gniew, choć jego syn i tak wyczuwał ten skrywany wściekły ton. – Przepraszam, tato – powiedział Leo, wślizgując się głębiej pod kołdrę. Wiedział, że jeśli jego ojciec raz podjął decyzję, nic nie było w stanie zmusić go do zmiany zdania. – Kupiłem ci prezent, dostaniesz go jutro. Dobranoc, synu. – Dominic delikatnie pogładził syna po włosach, po czym wyszedł z pokoju. – Panie Liam, suma jednego tysiąca dolarów została przelana na pańskie konto. Proszę sprawdzić skrzynkę pocztową w celu potwierdzenia – poinformował Liama kamerdyner Charles. Liam natychmiast otrzymał powiadomienie potwierdzające słowa kamerdynera. – Zgadza się – powiedział Liam. Powinien być w stu procentach szczęśliwy, ale ta radość nie była pełna przez wzgląd na to, w jaki sposób zmuszony był stąd odejść. Zdążył już zżyć się z Leo i żałował chłopca, że ten ma tak ignoranckiego i oschłego ojca; zastanawiał się, dlaczego rodzice traktują go tak koszmarnie. Poszedł na górę po swoje własne ubrania, w których tu przyjechał, ale kamerdyner Charles polecił mu, by zabrał ze sobą wszystko, co mu tu podarowano. Tak też zrobił. Dominic stał przy oknie, obserwując, jak były opiekun jego syna odjeżdża na motocyklu. Zastanawiał się, dlaczego do opieki nad jego synem musieli zatrudnić jakiegoś niebezpiecznego mężczyznę zamiast potulnej kobiety. Nie miał zamiaru kiedykolwiek więcej oglądać Liama na oczy. Jego instynkt podpowiadał mu, że z tym człowiekiem jeszcze będą kłopoty.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 4 – Gburowaty szef, słodka niania | Czytaj powieści online na beletrystyka