Przepychałem się przez morze ludzi zgromadzonych na uroczystości urodzinowej Silasa, syna Alfy Dominica. To była niemal podwójna okazja: jego osiemnaste urodziny oraz rytuał wejścia w dorosłość, podczas którego, jeśli bogini pozwoli, miał odnaleźć swojego przeznaczonego. To właśnie dlatego sala była wypełniona członkami świeżo przybyłych watah.
Moje wejście w dorosłość miało nastąpić za rok i nie byłem pewien, czy powinienem się z tego cieszyć. To bardziej skomplikowane, niż chciałem przed samym sobą przyznać. Nie wiedziałem bowiem, jak określić naszą relację ani jak nazwać naszą przyjaźń, ponieważ nikt o nas nie wiedział. Choć on zapewniał mnie o swoich uczuciach, nie potrafiłem pozbyć się wątpliwości.
Ale polubiłem go, a on odwzajemniał to uczucie – nigdy nie mówił mi tego wprost, ale wiedziałem, że tak jest, co tłumaczyło, dlaczego tak bardzo o niego dbałem.
Zachwiałem się w tył, kurczowo trzymając tacę z przekąskami, gdy poczułem, że ktoś gwałtownie szarpie mnie za rękę. Odwróciłem się, by nakrzyczeć na winowajcę, ale uświadomiłem sobie, że to mój przyjaciel. Brutalnie przeciągnął mnie przez tłum…
Wlókł mnie do naszego sekretnego miejsca spotkań na placu zabaw dla dzieci. Większość ludzi spotykała się potajemnie w lesie, ale dla nas, w watasze pełnej wilkołaków, było to zbyt ryzykowne. Każdy członek stada mógł poczuć potrzebę wypuszczenia swojego wilka i pobiegania wśród drzew, więc istniało niemal dziewięćdziesięcioprocentowe szanse, że na nas wpadną.
Spotykaliśmy się więc w piwnicy budynku przy placu zabaw. Popchnął mnie do środka tak mocno, że jęknąłem z bólu, czując siniaka od ucisku jego dłoni na mojej skórze.
– To boli – syknąłem z grymasem na twarzy, patrząc, jak krąży tam i z powrotem po małym pomieszczeniu.
– Co się stało? Dlaczego jesteś taki niespokojny? Coś się wydarzyło? – zapytałem z troską, podchodząc, by go dotknąć, ale on gwałtownie odtrącił moją rękę.
– Nie, nie, nie, nie, to nie może się dziać, po prostu nie może. Nie możemy być przeznaczonymi. O Bogini, mam przerąbane.
Zaczął szeptać do siebie, ale usłyszałem słowo: przeznaczeni. Zaraz, chwileczkę. Przeznaczeni… o mój Boże, jesteśmy sobie przeznaczeni! Dzisiaj są też jego osiemnaste urodziny, jak mogłem o tym zapomnieć.
– O rany, czy my jesteśmy przeznaczonymi?
zapytałem z ekscytacją. To miałoby sens, idealny sens. Podskoczyłem, uśmiechając się do niego triumfalnie. On jednak odwrócił się do mnie z głębokim grymasem i wściekłym spojrzeniem.
– Nie słyszałeś mnie? To nie może się dziać! Nie możemy być przeznaczonymi! – warknął, a ja odruchowo cofnąłem się o krok, przerażony jego nagłym wybuchem gniewu, bo nigdy wcześniej na mnie nie krzyczał.
– Co to znaczy, że nie możemy być przeznaczonymi, Gideonie? Czy nie tego obaj chcieliśmy? Nie musielibyśmy już być osobno ani ukrywać naszej przyjaźni – zapytałem, będąc bliski łez, zupełnie nie spodziewając się takiej reakcji. Myślałem, że dobrze się rozumiemy.
– To jest to, czego ty chcesz, a nie ja, Kaelen. Nie jestem gejem, nie możemy być przeznaczonymi – odpowiedział szorstko z głębokim warknięciem.
– Jak to nie jesteś gejem? Ja nie byłem gejem, to ty mnie nim uczyniłeś, a teraz zaprzeczasz? Wszystko, co ze mną robiłeś, było gejowskie, Gideonie. Jak możesz mówić, że nie jesteś gejem?! – wybuchnąłem, krzycząc na niego i walcząc z całych sił, by powstrzymać łzy. Zanim zdążyłem się zorientować, Gideon zacisnął pięść i uderzył mnie prosto w twarz, aż zatoczyłem się do tyłu i upadłem na ziemię.
„Nigdy więcej, kurwa, nie podnoś na mnie głosu, omego. Nie jestem gejem. Wszystko, co z tobą robiłem, robiłem z litości nad twoją żałosną, bezużyteczną osobą. Nie jestem gejem i nigdy nie będę”.
Wypluł te słowa z warkotem, a ja złapałem się za policzek, pozwalając łzom swobodnie płynąć. Nie mogłem ich już powstrzymać. To było jak sen, z którego tak bardzo chciałem się obudzić. To nie był Gideon, którego znałem.
Mój Gideon nie był agresywny, nigdy nie podnosił na mnie głosu, zawsze mnie pocieszał, gdy miałem zły dzień w domu watahy. Ten Gideon tutaj był kimś obcym.
– Powiedz mi, co zrobiłem źle, proszę, to nie ty, ty nigdy byś mnie nie uderzył – powiedziałem, wstając i podchodząc do niego.
– Uderzyłem i uderzę cię znowu, jeśli natychmiast się, kurwa, nie cofniesz – warknął na mnie, a ja zrobiłem kilka lękliwych kroków w tył, przerażony aurą, którą roztaczał.
– Ale… jesteśmy przeznaczonymi – szepnąłem do siebie słabo. On warknął na te słowa, a ja przygryzłem drżące wargi.
– Już nie i nigdy nie będziemy – syknął, podchodząc do mnie.
„JA, GIDEON CROSS, ODRZUCAM CIEBIE, KAELENIE VANE, JAKO MOJEGO PRZEZNACZONEGO I OMEGĘ, CZEGO ŚWIADKIEM JEST KSIĘŻYC”.