W momencie, gdy Gideon odwrócił się ode mnie plecami, by spojrzeć na odjeżdżającego, agresywnego Alfę, wykorzystałem okazję i uciekłem z pokoju. Widząc, że całą uwagę skupił na tym, co dzieje się za oknem, wybiegłem, trzaskając drzwiami, i pognałem do swojego pokoju.
Słyszałem, jak Gideon mnie woła, gdy zbiegałem po schodach, zbierając w sobie całą odwagę, by powstrzymać łzy. Nie chciałem się załamać przed nim ani przed nikim innym. Sam nie wiedziałem dokładnie, dlaczego uciekłem, ale w tamtej chwili byłem zawstydzony i przerażony ponad miarę.
Próbowałem pojąć, co by się stało, gdyby Gideon nie pojawił się w porę, albo gdyby nie pomógł mi z praniem. Co, jeśli odszedłby, kiedy go o to prosiłem? Czy miałbym p***sa tego chłopaka w gardle? Na samą myśl o tym żołądek podszedł mi do gardła. Wpadłem do swojej małej łazienki i kucnąłem, wyrzucając z siebie całe jedzenie, które dziś zjadłem.
Trzymałem się muszli klozetowej, wymiotując, a moje ciało drżało w wyniku szoku powolnego. Pozbywałem się wszystkiego, co we mnie było, aż nie zostało nic oprócz kwasu żołądkowego. Opadłem na podłogę, opierając się o drzwi łazienki, obejmując ramionami trzęsące się ciało i dysząc ciężko.
— Mamo... — zawołałem żałośnie. — Potrzebuję cię, proszę, potrzebuję cię... — łkałem, marząc o tym, by moja mama, której nigdy nie znałem, wbiegła do pokoju, przytuliła mnie i powiedziała, że wszystko będzie dobrze, że ja będę zdrowy. To było żałosne i beznadziejne, ale tak bardzo jej teraz potrzebowałem — tak bardzo, że zrobiłbym wszystko, byle tylko ukołysała mnie do snu w swoich ramionach.
To było zbyt wiele dla mojej dwunastoletniej głowy. Nawet nie wiedziałem, jak to się stało, że nie spanikowałem ani nie wybuchnąłem płaczem w momencie, gdy niemal stałem się ofiarą napaści. Wtedy nie docierała do mnie powaga sytuacji. Myślałem, że mogę po prostu zamknąć oczy i to zniknie, albo że to tylko zły sen. Jednak rzeczywistość uderzyła we mnie z ogromną siłą, gdy Gideon wyszedł z łazienki. Scenariusze „co by było, gdyby” powtarzały się w mojej głowie, a upokorzenie było nie do zniesienia.
Gideon, widząc mnie w takiej pozycji... klęczącego przed Alfą, którego p***s znajdował się parę centymetrów od moich ust. Moim ciałem wstrząsnął dreszcz na to wspomnienie i nie mogłem powstrzymać szlochu, który znów wyrwał się z moich ust.
Ukryłem głowę między kolanami, płacząc i wołając mamę jak ta nieszczęsna sierota, którą tak usilnie starałem się nie być. Przez cały ten czas budowałem wokół siebie idealny mur obronny, a wystarczył siedemnastoletni Alfa, by ten mur legł w gruzach. Po raz pierwszy przekląłem dzień, w którym mnie poczęto i wydano na świat.
Dyszałem i szlochałem żałośnie, aż nagle poczułem ciepłą dłoń przyciągającą mnie do silnego ciała. Otworzyłem oczy, a strach przeszył mnie na wskroś; próbowałem wyrwać się z uścisku, ale moje oczy rozszerzyły się, gdy ujrzałem Gideona. Uśmiechał się do mnie przepraszająco, przytulając mnie mocno i owijając ramiona wokół mnie w opiekuńczym geście. Ze wstydu ukryłem twarz w jego piersi, mocząc mu koszulę łzami.
— Ciii, jestem tutaj, dobrze? Jestem tutaj. Przepraszam, że nie wyszedłem wcześniej. Przepraszam, że zostawiłem cię samego w tym pokoju. Tak bardzo mi przykro, że patrzyłem na to wszystko i nie zareagowałem od razu. Tak bardzo przepraszam... — powtarzał, tuląc mnie mocno. Chciałem mu powiedzieć, że to nie jego wina, że nic nie zrobił źle. To ja powinienem przepraszać za to, że tak wybiegłem bez słowa „dziękuję”. Zrobił dla mnie dzisiaj tak wiele, a ja nawet mu nie podziękowałem.
Próbowałem podnieść głowę, by choć spróbować wydusić to słowo. — Ja... ty... dzię...
— Ciii, ciii, nie musisz teraz nic mówić, dobrze? Wiem, co chcesz powiedzieć. Nie teraz, daj sobie czas. Kiedy się uspokoisz, chętnie wysłucham wszystkiego — powiedział, przerywając moje bełkotanie. Dlaczego on jest dla mnie taki dobry? Nie rozumiałem, dlaczego akurat ze mną chce się przyjaźnić. Co we mnie takiego wyjątkowego, że w ogóle przyszedł mnie szukać?
Myślałem o tym wszystkim, aż w końcu uspokoiłem się po intensywnym płaczu, choć moje ciało wciąż lekko drżało. Podniosłem głowę, by na niego spojrzeć, ale natychmiast ją spuściłem pod wpływem wyrazu jego twarzy — nie mogłem, po prostu nie mogłem spojrzeć mu w oczy. A co, jeśli uważa mnie za słabeusza?
— Wiem, co myślisz, ale nie powinieneś się wstydzić. Wiem, że sam się o to nie prosiłeś, jesteś ofiarą jego napalonego nastoletniego umysłu, więc nie będę cię oceniać. Nigdy bym tego nie zrobił — powiedział Gideon z przekonaniem w głosie, delikatnie mnie kołysząc.
— Przepraszam, że tak wybiegłem bez podziękowania. To wszystko stało się tak szybko, nie wiedziałem, co myśleć ani robić. Nie miałem najmniejszego pojęcia, co ma mi się stać, czułem się, jakby to był zły sen. Nie wiedziałem, jak zareagować, a kiedy się pojawiłeś, nie mogłem spojrzeć ci w twarz, dlatego uciekłem, byłem tak...
— Nie przejmuj się tym, Kaelenie. Rozumiem, że czułeś się zawstydzony i zdezorientowany, a kiedy dotarło do ciebie, co się dzieje, doznałeś szoku. Martwiłem się, gdy wybiegłeś; myślałem, że może zrobiłem lub powiedziałem coś nie tak — wyjaśnił Gideon, a ja poczułem się źle, że przeze mnie tak pomyślał.
— Nie, nie, skądże. Przepraszam, że tak cię nastraszyłem.
Przeprosiłem, a on uśmiechnął się do mnie.
— Nie powinieneś przepraszać. Obiecuję, że już nigdy więcej nie zostawię cię samego. Nawet jeśli nie będę mógł być przy tobie 24 godziny na dobę, będę cię odwiedzał w każdej wolnej chwili. Obiecuję, że już nigdy nie będziesz musiał przechodzić przez coś takiego sam — powiedział, a ja patrzyłem na niego ze szklącymi się oczami.
— Obiecujesz? — wykrztusiłem.
— Tak, Kaelenie, OBIECUJĘ, a księżyc jest mi świadkiem. Masz mnie. — Jeszcze parę godzin temu odmawiałem mu przyjaźni, a teraz składaliśmy sobie obietnice. Uśmiechnąłem się do niego przez łzy, a on odwzajemnił uśmiech, czochrając mnie po włosach. Mruknąłem, kręcąc głową.
— Nie jestem szczeniakiem — powiedziałem, strącając jego rękę z głowy.
— Ale jesteś szczenięciem — odpowiedział, na co prychnąłem.
— Ty też nim jesteś, przestań zachowywać się jak staruszek. —
— Ale jestem starszy od ciebie. To się liczy. — Odpowiedział z zawadiackim uśmiechem. Przewróciłem oczami na te jego wygłupy, po czym się uśmiechnąłem.
— Więc... jesteśmy teraz przyjaciółmi? — zapytał, a ja ukryłem uśmiech.
— Cóż, muszę to jeszcze przemyśleć — odparłem, na co on jęknął, co wywołało mój wewnętrzny uśmiech.
— Naprawdę, Kaelenie? Czy ty nie możesz wytrzymać godziny bez bycia pyskatym? Nie wierzę, że jesteś taki niedobry dla swojego starszego kumpla — odrzekł.
— Nie możesz mnie winić, taki się urodziłem. Miło znów nim być... i gratuluję zdobycia karty przyjaźni — odpowiedziałem, uśmiechając się do niego. On rozpromienił się i znów poczochrał mnie po włosach, a ja raz po raz kręciłem głową, by zdjąć jego dłoń.
Jeśli tak smakuje przyjaźń, to nie mam nic przeciwko byciu przyjacielem Gideona...














