Moja niewyparzona gęba prawie wpędziła mnie wczoraj w kłopoty z Silasem i jego paczką. Naskoczyłem na Todda i Blake'a, nie mając pojęcia, że Silas jest w zasięgu słuchu. Rozwścieczyło mnie, gdy ci dwaj idioci przyszli z torbami brudnych ubrań, każąc mi je prać ręcznie, jakbym był jakimś niewolnikiem. Powiedziałem im po prostu, że pralnia jest otwarta dla każdego i powinni pójść wyprać swój smród, a nie zwalać go na mnie.
Moja odpowiedź ich rozwścieczyła, choć mało mnie to obchodziło. Granie im na nerwach było jedną z rzeczy, które sprawiały mi największą frajdę. Jeśli myśleli, że mogą bezkarnie znęcać się nad innymi tylko dlatego, że kumplują się z przyszłym Alfą, to zamierzałem być dla nich wrzodem na tyłku. Sytuacja zaogniła się od wyzwisk do rękoczynów, gdy Blake mnie popchnął, a ja bez wahania wymierzyłem mu mocny cios prosto w twarz. Jęknął z bólu, a ja prychnąłem. Żałosne. Mój czyn najpierw zaskoczył Todda, który dopiero po chwili rzucił się na pomoc swojemu drogiemu przyjacielowi.
Już miałem świętować zwycięstwo, gdy mroczna aura Silasa wypełniła całą przestrzeń. Drgnąłem lekko; pewnie dostałbym w twarz, gdyby nie Alfa Dominic, który wszedł i zapytał, co się dzieje. Silas szybko zarzucił mi ramię na ramię, mówiąc, że tylko się wygłupialiśmy. Alfa spojrzał na nas sceptycznie, po czym przekazał mi, że Luna prosi mnie do siebie. Dziękowałem gwiazdom za to, że przysłały Alfę w tamtym momencie.
Pokręciłem głową na myśl o tym, co mogło mi się stać zeszłej nocy, gdyby Alfa nie przyszedł w samą porę. Silas z radością obiłby mi twarz, zmieniając jej strukturę według własnego uznania. Byłem pewien, że nie powstrzymałby się po tych wszystkich ostrzeżeniach, bym nie wchodził mu w drogę.
Ze spuszczonym wzrokiem szedłem cichym korytarzem na moje ostatnie dzisiejsze zajęcia. Nie mogłem przestać myśleć o tym, czy wszystko wyglądałoby inaczej, gdybym miał przy sobie rodziców. Westchnąłem z rezygnacją nad swoją bezradnością, aż nagle poczułem silne szarpnięcie za rękę i zostałem wciągnięty w kierunku przeciwnym do mojej klasy. Zatoczyłem się po mocnym pchnięciu, a moje plecy zderzyły się z czyimś ciałem.
I wiedziałem: byłem osaczony. Todd, Blake i dwaj inni wilcy beta – nie dbałem o ich imiona, ale wiedziałem, że należą do sługusów Silasa – otoczyli mnie, rzucając mi mordercze spojrzenia, jakby planowali zabić mnie na miejscu. Skrzywiłem się, wyzywająco kładąc ręce na biodrach.
– Czego ode mnie chcecie? – zapytałem, mrużąc oczy.
– Dowiesz się, jak z tobą skończymy. Miło ci było uderzyć Blake'a wczoraj w nocy? Bo nam będzie miło zrobić to samo z twoją twarzą – zagroził jeden z tej bandy idiotów, a ja się zaśmiałem.
– To nie moja wina, że wasz kolega to mięczak. Nie potrafił przyjąć jednego ciosu i padł na ziemię, wołając mamusię – zakpiłem, przewracając oczami.
– Ty wciąż masz czelność pyskować? Naprawdę nie wiesz, kiedy zamknąć jadaczkę, co? – Todd warknął z pogardą, a ja prychnąłem. Żałosne.
– Żal mi was, naprawdę. Jesteście tylko bandą kretynów, żałosnymi frajerami płaszczącymi się w blasku chwały swojego kolegi. Nie boję się was ani trochę. Żaden z was mnie nie przeraża, więc nie liczcie, że będę skomleć ze strachu tylko dlatego, że biedny Blake nie potrafi sam sobie ze mną poradzić i musiał zawołać całą bandę, żeby za niego walczyła. Jesteście tylko pionkami przyszłego Alfy, niczym więcej – wyplułem te słowa, sprawiając, że wszyscy warknęli z irytacji.
Czyjaś pięść uderzyła mnie w twarz. Nie dbałem o ogromny ból, który poczułem, ani o metaliczny posmak krwi w ustach. Rzuciłem się na Blake'a, wymierzając wściekły cios temu imbecylowi, który odważył się mnie uderzyć. Jego nogi zachwiały się od siły uderzenia i potknął się w tył. Może i byli betami i deltami, ale to tylko rozpuszczone bachory. Nie mogłem im dorównać wzrostem ani masą, ale od ósmego roku życia ciężko pracowałem i dźwigałem wystarczająco dużo, by wiedzieć, jak potężne są moje pięści.
Nie widziałem pożytku z ich budowy ciała, skoro brakowało im siły i wytrzymałości. Ale jeśli sytuacja by się zaostrzyła, mieli przewagę liczebną i wiedziałem, że mam przerąbane, ale to nie znaczyło, że będę stał spokojnie i dawał się bić. Beta stojący obok delty, którego uderzyłem, warknął i zamierzył się na mnie, gdy nagle usłyszeliśmy dźwięk migawki aparatu. Zatrzymał się, rozglądając się za źródłem dźwięku, ale nikogo nie było widać. Chwycił mnie za kołnierz, gotów do uderzenia.
– Naprawdę bym tego nie robił na twoim miejscu – skomentował ktoś, wychodząc z ukrycia. Beta puścił mnie, krzywiąc się na dźwięk głosu za moimi plecami. Odwróciłem się i zobaczyłem, że to nie kto inny jak Gideon.
– Dlaczego wścibiasz nos w nie swoje sprawy, delto? Spieprzaj do swojej dziwacznej przyjaciółki Rhiannon, jeśli nie chcesz skończyć jak ona – Todd zagroził, podchodząc do Gideona.
– Nie należę do osób, które mieszają się w cudze sprawy, ale rzadko doceniam widok takich szumowin jak wy, znęcających się nad słabszymi, kiedy moglibyście wybrać kogoś swoich rozmiarów. Z chęcią skopałbym wam tyłki, ale… (przerwał, wzdychając dramatycznie) nienawidzę przemocy, więc zmiatajcie, póki jestem grzecznym chłopcem – wykonał gest dłonią, jakby odganiał muchy. Swoją drogą, kto mu powiedział, że jestem słaby?
Przewróciłem oczami na jego dramatyczne zachowanie, podczas gdy Todd prychnął, wymierzając zaciśniętą pięść w Gideona. Postawa Gideona zmieniła się w ułamku sekundy; przechwycił nadlatujący cios i ścisnął pięść Todda z mrocznym wyrazem twarzy.
– Blake, drogi, opowiedz im, jak to jest grać mi na nerwach – Gideon uśmiechnął się do Blake'a, który skulił się ze strachu. Gdy mocniej ścisnął dłoń Todda, usłyszałem chrobot łamanych kości. Todd zacisnął oczy, próbując powstrzymać ból, a ja zachichotałem na ten widok. Gideon puścił go, popychając na ścianę.
– Następnym razem, gdy zobaczę, że czepiacie się jego lub kogokolwiek innego, ten film i zdjęcia trafią do Alfy. I niech to będzie ostatni raz, kiedy słyszę, że mówicie źle o Rhiannon – zagroził Gideon, machając im telefonem przed oczami. Uciekli bez oglądania się za siebie, a ja prychnąłem na nich za to, że są takimi tchórzami.
– Wszystko w porządku? – zapytał Gideon, unosząc mój podbródek. Odtrąciłem jego rękę i poprawiłem wygniecioną koszulę, ignorując pytanie. Zacząłem iść w stronę tylnego wyjścia ze szkoły.
– Wiem, że nie jesteś niemy. Jeśli nie odpowiadasz na pytania, powinieneś przynajmniej powiedzieć „dziękuję”. Nie uczono cię okazywać wdzięczności za czyjąś życzliwość? – powiedział z drwiną, a ja zatrzymałem się w miejscu.
– Nie przypominam sobie, bym prosił o pomoc ciebie ani kogokolwiek innego…
– Wyglądałeś, jakbyś jej potrzebował – przerwał mi.
– Potrafię o siebie zadbać – odpowiedziałem zirytowany. – Powiedz to rozciętej wardze – odparował, a ja fuknąłem.
– Jeśli to, że ci nie podziękowałem, sprawia, że jesteś taki rozgoryczony, to nie licz na żadną wdzięczność z mojej strony. Tak jak powiedziałeś, nie uczono mnie dobrych manier ani etyki. Nie prosiłem o pomoc, sam byłeś wścibski, więc nie domagaj się uznania i zostaw mnie, do diabła, w spokoju! – warknąłem na niego chłodno, zaciskając dłonie na szelkach plecaka i odmaszerowałem.
– Próbowałem tylko być miły. Dlaczego zawsze szukasz powodu, żeby na mnie naskoczyć? – zawołał za mną, a ja prychnąłem.
– Nie chcę twojej litości – odgryzłem się, wychodząc tylnymi drzwiami do lasu za budynkiem szkoły.
Skoro miał mnie męczyć tym, że jestem niewdzięczny, to po co w ogóle się wtrącał? Nie prosiłem o jego głupią pomoc. Nie wiem, dlaczego ludzie przestali pilnować własnych spraw.














