POV Elary
Usłyszałam zatrzaśnięcie drzwi wejściowych i wiedziałam, że to oznacza odejście bliźniaków Alfa. Odetchnęłam z ulgą, kontynuując składanie i prasowanie ubrań w pralni. Chwilę później pojawiła się twarz mojej macochy – dojrzalsza wersja Vespery – jej zielone oczy płonęły, gdy na mnie patrzyła.
– Co to u diabła było? – warknęła, kładąc ręce na biodrach i mierząc mnie wściekłym wzrokiem.
Przerwałam pracę, odłożyłam pranie i spojrzałam na nią pytająco.
– Przepraszam, co było czym? – zapytałam głupio.
Pilnowałam, żeby nie wchodzić w drogę, gdy Vespera gościła Zarica i Vareka, siedząc na piętrze poza ich zasięgiem wzroku. Z tego co wiedziałam, nie zrobiłam nic złego.
– To, jak się zachowywałaś – syknęła, patrząc na mnie z góry. – Vespera powiedziała mi, jak ją obraziłaś, a potem prawie wpadłaś na bliźniaków, bo nie patrzyłaś pod nogi.
– Nie obraziłam... – zaczęłam gwałtownie, ale podniosła rękę, uciszając mnie i moje protesty.
Przygryzłam wargę od środka i kipiałam ze złości. Nie miało znaczenia, co powiem – ona zawsze będzie bronić córki i znajdzie powód do narzekań na mnie.
– Nie zawracaj sobie głowy – przerwała mi ostro. – Idź przygotować kolację. Twój ojciec zaraz będzie w domu i będzie głodny.
Przemknęłam obok niej do kuchni i zaczęłam gotować z opuszczoną głową, świadoma, że macocha szuka jakiegokolwiek pretekstu, by wybuchnąć gniewem. Po Vesperze nie było śladu, co nie było dziwne, biorąc pod uwagę, że często jadała ze znajomymi. Kiedy skończyłam, macocha i ojciec siedzieli już przy stole, czekając z grymasami na twarzach. Ostrożnie postawiłam przed każdym z nich talerz, a potem usiadłam samotnie na końcu stołu. Tak jak każdego wieczoru. Wpatrywałam się w jedzenie, beznamiętnie grzebiąc widelcem w talerzu.
– Jak było w pracy, kochanie? – zaszczebiotała macocha, uśmiechając się promiennie do ojca.
Ojciec mruknął coś pod nosem. – Widziano kilku wyrzutków. Musieliśmy zwiększyć patrole i uszczelnić granice. Więcej mężczyzn patroluje teren, zaczęliśmy też szkolić młodsze samce, żeby nauczyli się bronić watahy – westchnął. – Praca nigdy się nie kończy. – Posłał mi spojrzenie pełne dezaprobaty. – Ale im mniej osób zginie podczas ataków wyrzutków, tym lepiej – dodał lodowato, a krew odpłynęła mi z twarzy.
Wiedziałam, że to celowa szpila wymierzona we mnie. Przypomnienie o tym, co zrobiłam.
Morrigan posłała mi niekomfortowe spojrzenie, a potem wyciągnęła rękę i dotknęła dłoni ojca, przyciągając jego uwagę z powrotem do siebie i, na szczęście, odciągając ją ode mnie. Trzymałam głowę nisko, bawiąc się jedzeniem; straciłam apetyt. Czułam ucisk w klatce piersiowej, walcząc o równy oddech.
– Skarbie, zgadnij co – powiedziała podekscytowana Morrigan, a ojciec spojrzał na nią i uniósł brew, łagodniejąc w obecności swojej partnerki.
– Hmm, zgaduję, że to ma coś wspólnego z Vesperą – odparł, co sprawiło, że Morrigan zaśmiała się głośno i odchyliła głowę, a jej oczy tańczyły z rozbawienia.
– Zaric i Varek przyszli dziś z nią porozmawiać. Czy mam rację, zgadując, że negocjacje zostały zakończone? – Pochyliła się, przeszywając ojca drapieżnym spojrzeniem. – Czy moja córka zostanie oficjalną Luną watahy? – zapytała, a jej głos drżał z ekscytacji.
Ojciec wyszczerzył zęby. W jego oczach pojawił się blask, gdy patrzył na żonę, delikatnie ściskając jej dłoń. Żadne z nich nawet na mnie nie spojrzało, nie poświęcili mi ani krzty uwagi. Mogłabym równie dobrze być niewidzialna. Vespera zawsze była na pierwszym planie ich myśli. To był dla nich triumf – zorganizowanie tak ważnego układu dla rodziny i podniesienie statusu dzięki zostaniu Vespery Luną. Ojciec promieniał dumą.
– Negocjacje dobiegły końca – powiedział ojciec, opierając się w krześle i popijając wino. – Alfa Kaelen zgodził się, by bliźniacy wzięli Vesperę za swoją wybraną partnerkę. Muszą jednak poczekać, aż Vespera skończy oficjalnie osiemnaście lat, a ona musi zgodzić się na odrzucenie swojego przeznaczonego partnera, gdyby kiedykolwiek go odnalazła.
Macocha machnęła lekceważąco ręką. – Vespera nie będzie miała problemu z tymi warunkami. Odkąd pamięta, zawsze chciała być Luną watahy – powiedziała promiennie. – Ale co, jeśli bliźniacy znajdą swoją przeznaczoną? – zmarszczyła brwi.
– Ich obowiązują te same zasady. Mają odrzucić przeznaczoną. Ponieważ chłopcy kończą osiemnastkę pierwsi, będą mieli krótkie okienko, w którym mogą znaleźć swoją partnerkę, zanim wezmą Vesperę i uczynią ją Luną, ale szanse na to, że ich partnerka jest w tej watasze, są praktycznie zerowe – powiedział ojciec, wzruszając ramionami. – Gdyby tak było, zaczęliby już coś czuć do którejś z członkiń watahy, albo ich wilki zaczęłyby wyczuwać partnerkę, biorąc pod uwagę, jak blisko są ich urodziny. Skoro bliźniacy zachowują się normalnie, zaryzykuję stwierdzenie, że nikomu tutaj nie jest pisane bycie z nimi.
– Z tego co wiemy, to Vespera może być ich przeznaczoną. – Macocha klasnęła w dłonie, wyglądając na podekscytowaną. – Czy to nie rozwiązałoby wszystkich naszych problemów? – zachichotała z radości.
– Z pewnością ułatwiłoby to sprawy – mruknął ojciec, a potem spojrzał na mnie, unosząc brew.
– Teraz musimy tylko zdecydować, co zrobić z Elarą – powiedział bez ogródek.
Spojrzałam na niego zdziwiona, że w ogóle zadał sobie trud zauważenia mojej obecności przy stole.
– Cóż, tak sobie myślałam – wtrąciła macocha, co sprawiło, że spojrzałam na nią gwałtownie. – Skoro Elara i Vespera praktycznie wychowywały się razem i są w tym samym wieku... – zawiesiła głos z wyczekującym wyrazem twarzy.
– Nie bardzo rozumiem – powiedział ojciec z mrużąc oczy. – Co to ma do rzeczy?
Westchnęła. – Cóż, jeśli Vespera ma być Luną, będzie potrzebowała omegi, która zajmie się każdą jej potrzebą – wyjaśniła, podczas gdy ja siedziałam w szoku. – Dlaczego nie miałaby to być Elara? Dla jej siostry byłoby korzystne mieć kogoś zaufanego do pomocy, a my wciąż moglibyśmy widywać Elarę w domu watahy. To idealne rozwiązanie – oświadczyła, a ja poczułam, jak moje serce zamienia się w kamień.
Idealne rozwiązanie. Niewolnica spełniająca każdą zachciankę mojej siostry, zupełnie jak teraz. Czułam, jak ogarnia mnie gorycz. Spojrzałam na ojca, mając nadzieję, że wyrazi jakiś sprzeciw lub protest, może nawet odmówi Morrigan tej jednej prośby, ale on powoli kiwał głową z namysłem. Zrobiło mi się zimno.
– Wiesz, to mogłoby zadziałać – powiedział, rzucając mi spojrzenie z ukosa. – Elara niedługo kończy osiemnaście lat, tak samo jak Vespera. To zaszczyt pracować dla swojej Luny – oznajmił mi chłodno, gdy zaczęłam kręcić głową. – A Bóg wie, że nie masz siły, by przejąć moją rolę Bety, kiedy przyjdzie na to czas, jesteś na to zbyt mizerna i słaba.
– Zamierzam opuścić watahę, kiedy skończę osiemnaście lat – wypaliłam, nie mogąc się już powstrzymać; słowa same wyrwały się z moich ust.
Ojciec przechylił głowę. – Nie – uciął krótko.
– Nie? Nie możesz mnie powstrzymać – powiedziałam zszokowana.
– Och, ależ mogę. Zwykłe zasady mówią, że członkowie watahy mogą odejść po ukończeniu osiemnastu lat, ale ci z krwią Bety lub Alfy... – zawiesił głos, a ja pobladłam.
– Muszą uzyskać zgodę samego Alfy – szepnęłam, czując mdłości.
Zapomniałam o tej durnej zasadzie! Po raz pierwszy, odkąd pamiętam, przeklinałam posiadanie krwi Bety. Ojciec uśmiechnął się drwiąco. – Alfa Kaelen nigdy nie wyrazi zgody, a kiedy porozmawiam z Zaricem i Varekiem, żaden z nich też tego nie zrobi. Zostaniesz w tej watasze i będziesz robić, co ci każę – powiedział, a jego głos stał się nieco niższy. – I może uda mi się zapobiec śmierci kogoś innego przez twoją lekkomyślność – wypluł.
Cisza. – Jeśli mnie tu nie chcecie, to dlaczego nie pozwolicie mi odejść? – szepnęłam drżącymi wargami.
– Ponieważ jeszcze wystarczająco nie ukarałem cię za zabicie mojej partnerki. Zejdź mi z oczu, zanim stracę te resztki samokontroli, jakie mi zostały – warknął, uderzając ręką w stół. Nie mogłam wybiec z pokoju wystarczająco szybko, ale zdążyłam jeszcze dostrzec złośliwy uśmiech na twarzy Morrigan.
















