„Jestem nikim. Nie mam duszy. Nie mam wilka”. Przez całe życie Lyra Vane słyszała, że jest niczym. Mimo że urodziła się w niezwykle szanowanym rodzie wilkołaków, pozostaje pozbawiona wilka, odizolowana i traktowana jak kruchy ciężar. Jednak jej codzienna rzeczywistość rozpada się w pył, gdy cała jej rodzina zostaje brutalnie wymordowana w samym środku nocy. Kiedy jej matka ostatnim tchnieniem błaga ją, by odnalazła swoje prawdziwe przeznaczenie, Lyra zostaje wrzucona w świat mrocznej magii i śmiertelnych tajemnic. Szuka schronienia u dawno niewidzianej ciotki – czarownicy mieszkającej w głębi spowitego mgłą lasu – tylko po to, by odkryć druzgocącą prawdę: mordercami jest owiana złą sławą Wataha Księżycowych Drapieżców. Napędzana żałobą i desperacką potrzebą uzyskania odpowiedzi, Lyra zapuszcza się na terytorium wroga. Spodziewa się śmierci, lecz zamiast tego zostaje osaczona przez Viktora Mordrake’a – potężnego, tyrańskiego Alfę, o którym krążą plotki, że to on zlecił egzekucję jej bliskich. Jednak ta bezlitosna bestia robi coś nie do pomyślenia: zaciekle chroni ją przed własną watahą. Zaborczy, nieoczekiwanie łagodny i niebezpiecznie nią zafascynowany, Viktor burzy wszystko, co Lyra dotąd wiedziała. Gdy między nimi rodzi się niezaprzeczalna i odurzająca więź, Lyra musi odnaleźć się na zdradzieckiej ścieżce. Czy ten przerażający Alfa naprawdę jest potworem, który zrujnował jej życie, czy może w grę wchodzi mroczniejszy spisek? I jaka uśpiona, przerażająca moc drzemie wewnątrz Lyry, której zdaje się lękać cały las?

Pierwszy Rozdział

ŚWIATŁO wciąż się paliło, gdy usłyszałam krzyk. Krzyk tak głośny, że przebił ciszę nocy. Serce waliło mi jak oszalałe, w uszach dzwoniło, ale zwalczyłam chęć pozostania pod ochronną płachtą kołdry i pozwoliłam stopom dotknąć ziemi. Podłoga była lodowata. Był środek nocy. Niebo wciąż było ciemne, przepełnione bolesnym smutkiem. Wiatr wpadał gwałtownie przez otwarte okno. Dźwięk krzyku stał się tak bolesny i niepokojący, że musiałam pobiec sprawdzić, co się dzieje. W ułamku sekundy krzyki przeszły w warczenie. Po bolesnym wrzasku rozległ się potężny ryk potężnej bestii. Zatrzymałam się. Moje stopy niemal potknęły się na schodach przede mną. Serce przestało łomotać. Słyszałam już tylko wściekłe ujadanie, szaleńcze wycie i groźne warknięcia. Wiele z nich znałam. Dźwięki, do których przywykłam. Rozpoznałam je. Trwała walka. W samym środku nocy. Moje nogi już nie biegły, nie pędziły, by zobaczyć chaos na dole. Zawahałam się. Stawiałam małe kroki. Kroki tak ciche, że nie słyszałam nawet własnego tętna. Jeden po drugim, krzyki cichły. Złowieszcze warczenie zamieniło się w płacz pełen smutku. Tęsknota za dotykiem kogoś bliskiego, za widokiem znajomej twarzy sprawiła, że znów przyspieszyłam. Światło wylewało się z progu na długi, pogrążony w mroku korytarz. Z moich ust wyrwało się westchnienie. Blask oświetlił obraz, którego nie zapomnę do końca życia. Wspomnienie, które będzie mnie prześladować na zawsze. Światło tworzyło idealne, szare smugi na marmurowej posadzce. Lśniło nienagannie. Odbijając czerń i czerwień śmierci. Każda ze znajomych twarzy, które tak bardzo chciałam zobaczyć, leżała na marmurowej podłodze. Nie oddychali. Uderzyła we mnie straszliwa prawda. Nie żyli. Cała moja rodzina nie żyła. Zobaczyłam brata leżącego twarzą do ziemi w kałuży krwi. Padł na ziemię bezwładnie, jakby był niczym. Jego ciało było posiniaczone i zbite. Nie rozpoznawałam twarzy, która niegdyś obdarzała mnie ciepłymi uśmiechami, będącymi obietnicą jutra. Nie widziałam już pięknego oblicza kochanego brata. Jego oczy były otwarte. Żółto-czarne. Zobaczyłam moje siostry, leżące naprzeciw siebie. Ich palce stykały się, jakby próbowały do siebie sięgnąć w chwilach, zanim Kostucha przyszła i zabrała ich piękne dusze. Nie uśmiechały się, nie śmiały, nie tuliły mnie ciepło. To nie były te bliźniaczki, które znałam, bo teraz ich twarze były rozszarpane, a oczy zamknięte. Wciąż nie rozumiałam, co się dzieje. Znieruchomiałam, podczas gdy moje oczy przyzwyczajały się do blasku księżyca wpadającego przez szereg wysokich, łukowatych okien. Widziałam, że każda rama była rozbita, a kawałki szkła wbijały mi się w stopy. Zobaczyłam ojca leżącego twarzą do dołu. Nie widziałam, w jakim jest stanie. Widziałam tylko, że już nie oddycha. Nie było cichych szeptów miłości. Ani jeden oddech nie opuścił jego ciała. Wiedziałam, że już go ze mną nie ma. Nie będzie już budził we mnie lęku swoją groźną posturą, a jednocześnie dawał poczucia bezpieczeństwa. Czując, że nie mogę dłużej zwlekać, ruszyłam ścieżką oporu, która sprawiała, że krew we mnie wrzała. Coś, co kłębiło się w moim wnętrzu, zaczynało się przebijać. Czułam, że coś próbuje wyskoczyć, rzucić się na wszystko, zniszczyć każdego i wszystko wokół. Ale szłam dalej korytarzami. Każdy krok sprawiał wrażenie, jakby śmierć unosiła się nade mną, śledząc każdy mój ruch. Byłam sama. Nie chciałam patrzeć na to, co nieuniknione, ale w końcu dotarłam między przewiewny korytarz a zamglone szyby. I kiedy w końcu zatrzymałam się tuż przed domem, stało się. Wzdrygnęłam się, ale moje oczy nie mogły uciec od tragicznego obrazu, który wkrótce miał stać się moim upadkiem. Omiotłam wzrokiem otoczenie, szukając, obserwując, czy bezpośrednie niebezpieczeństwo wciąż jest w pobliżu. Byłam naprawdę sama. To odległe wejście niegdyś promieniało słońcem i szczęściem. Teraz jarzyło się upiornym światłem śmierci. Śmierć tu była i odebrała mi wszystko. Widzę matkę, leżącą przy baldachimie. Jej twarz była potwornie posiniaczona, z ust toczyła się krew. Ale przynajmniej moja matka miała zamknięte oczy. Wyglądała, jakby spała spokojnie, gdyby nie to, że gdy przyjrzałam się bliżej, zobaczyłam ogromną ranę w jej brzuchu. Wnętrzności niemal wypływały na zewnątrz. Nadzieja to niebezpieczna rzecz, bo ten jeden raz tej nocy miałam nadzieję, że moja matka wciąż żyje. Ubrania tej kobiety byłyby piękne, gdyby nie zostały rozerwane po bokach. Moje kroki zachwiały się, gdy dostrzegłam słaby ruch. Z jej strony. To była ta jedna nadzieja. Nadzieja, która jednocześnie łamała mi serce i dawała siłę. Jej oczy uchyliły się słabo. Moje kolana ugięły się i odmówiły posłuszeństwa. Na czworaka poczołgałam się w stronę matki. Sznur szlochu uwiązł mi w gardle, nie chcąc się wydostać. Od momentu, gdy odkryłam rzeź mojej rodziny, nie uroniłam ani jednej łzy. Mimo sytuacji, widziałam, że włosy mojej matki były delikatne i puszyste. Wciąż wyglądały tak, jak je ułożyła tego wieczoru, z nadzieją na przyszłość u boku męża i dzieci. Były tak zniewalająco jasne jak jej cera, a ona jakimś cudem sprawiała, że wydawały się jeszcze jaśniejsze. Zawsze podziwiałam jej włosy. Kącik moich ust drgnął z goryczą. Jej włosy wciąż potrafiły przykuć moją uwagę, nawet gdy krew spływała po jej skroni. — Lyro — zwróciła się do mnie, szeptem wypowiadając moje imię z miłością. Wyciągnęła do mnie rękę, a ja ją chwyciłam. Trzymałam ją, jakby od tego zależało moje życie. I tak było. Zależałam od matki. Bez niej byłam niczym. Byłam tylko dzieckiem bez mocy i bez duszy. Bez niej nie miałam nikogo. — Cieszę się, że mogłam cię zobaczyć jeszcze raz — powiedziała z cierpkim uśmiechem. Kaszlnęła, a z jej ust wypłynęło więcej krwi. Jej głos był tym razem głębszy, nie był to głos tej łagodnej kobiety, którą znałam. Wyglądała na taką małą, drobniejszą niż zapamiętałam. — Lyro, moje dziecko. Pustka szukała schronienia w moim sercu. Skinęłam głową, bo to mógł być ostatni raz. — Nigdy nie słuchaj nikogo — oświadczyła stanowczo. Jej twarz wykrzywiła się z bólu. — Mamo, proszę, nie mów nic. Po prostu tak leż. Pójdę po pomoc — błagałam. Bolalo mnie patrzenie, jak moja silna matka umiera na moich oczach. — Nie. Muszę to powiedzieć — upierała się, ściskając moje dłonie tak mocno, że krew odpłynęła z jej kłykci. Widziałam jej pomarszczone żyły. — Do każdych drzwi musisz się dobijać. Każdą barierę musisz przebić. W każdym kłamstwie tkwi prawda. Szukaj jej, Lyro. Jesteś do czegoś przeznaczona. Jesteś kimś. — Ja... nie rozumiem. Co ty mówisz? — zapytałam z poczuciem klęski. — Co masz na myśli? — zastanawiałam się głośno, zwracając się i do siebie, i do matki. Potrafiłam tylko zadawać pytania, niezdolna do wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków. Matka ścisnęła moje dłonie. — Nic nie jest takie, jakim się wydaje. Nie jesteś tym, za kogo się uważasz. Jesteś czymś pobłogosławiona. — Ale mamo, mamo! Co to... co... mamo! — Coś utknęło mi w gardle. Zakrztusiłam się własnymi słowami. Powietrze blokowało moje zdania. Zakrztusiłam się. Parłam. To nie pomagało. Jedyne, co wydostało się z moich ust, to szloch. Wystarczyła sekunda, ale w tej jednej sekundzie spojrzała mi prosto w oczy. — Szukaj, Lyro. Nie jesteś tym, za kogo się uważasz. — Ale ogromna rana i nieuchronność końca w końcu zadały ostateczny cios. Moja matka zmarła w moich ramionach. Powinnam ją puścić. Tak pomyślałam. Czułam się zamrożona w miejscu, podobnie jak czas. Wszystko stało się niczym. Krew w moich żyłach zmieniła się w lodowatą miazgę. Czy to możliwe, by ktoś żył, a jednocześnie umierał? Moje myśli pędziły. Kto to zrobił? Dlaczego moja rodzina? Co się stało? Jeśli moja rodzina była tu ofiarą, to gdzie był sprawca? W mojej głowie pojawił się nagły błysk szczerego bólu. Chciało mi się wymiotować, wymazać dowody tego wszystkiego. Chciałam się obudzić. Chciałam wrócić pod moją bezpieczną kołdrę. Byłam do niej bardziej przyzwyczajona, bo zawsze byłam tą dziwną, tą słabą, tą, która potrzebowała ochrony. Byłam nikim. Moje dłonie zacisnęły się w groźne pięści. Zdałam sobie sprawę, że wciąż trzymam ciało martwej matki. Puściłam ją natychmiast, ale nie z obrzydzenia czy strachu. Puściłam ją tak szybko, bo wciąż nie mogłam uwierzyć, że to, co przed chwilą żyło, teraz jest martwe. Moja matka opadła, pogrążając się w mroku tak pustym i odległym, że nie mogłam już do niej dotrzeć. Zwalczyłam odruch wymiotny i wyprostowałam się. Miałam tyle palących pytań. Wszystkie walczyły o to, by wydostać się z mojego zdrętwiałego języka. Ale po prostu stałam tam w milczeniu. Czując. Przeżywając. Pozwalając. Wszyscy nie żyją. Ktokolwiek to zrobił, odszedł. Pozwolili mojej rodzinie zginąć i nawet nie pofatygowali się, by zostać i zobaczyć skutki. Jakkolwiek brzmiał powód, byli zbyt zdeterminowani, by wybić każdego członka mojej rodziny. Mojego brata. Moje siostry bliźniaczki. Mojego ojca. Moją matkę. „Nie jesteś tym, za kogo się uważasz”. Prawda zawarta w tym stwierdzeniu nie zdołała mnie uspokoić. Nie mogłam tego wiedzieć. Przez całe życie mówiono mi, że jestem nikim. Że jestem porażką. Sprawca mnie nie zabił, może dlatego, że kimkolwiek był, wiedział, że jestem nikim. Nie mam duszy. Nie mam wilka. Jestem sama. „Szukaj, Lyro”. Tym razem jej słowa były bardziej jak podmuch wiatru rzucony na leśny pożar. Mój osąd był przyćmiony przez smutek i żal. Cofnęłam się o krok. Czego mam szukać, mamo? Mordercy tej rodziny? Stałam tam, czując jedynie udrękę. Ale po co? Jakbym mogła cokolwiek zrobić. Jakbym miała moc i duszę wilka w swoim wnętrzu. W oddali usłyszałam ciche kroki. Bardzo lekkie. Potrzebowałam kogoś, kogo mogłabym obwinić. Kogoś, kogo mogłabym ukarać za tę druzgocącą stratę. Ale nie było nikogo. Nie chciałam przyjąć tego wszystkiego do wiadomości. Chciałam trzymać się nadziei, że moi bliscy wciąż mogą żyć. Nawet mając trupy przed oczami jako dowód. — Jestem nikim — mój głos brzmiał dławiąco, ledwie słyszalny dla moich własnych uszu. — To wszystko moja wina, bo jestem niczym. I w tych mrocznych fragmentach mojego życia, nie zauważyłam pary błyszczących czerwonych oczu, czających się w cieniu drzew.

Odkryj więcej niesamowitych treści