KIEDY nastaje poranek, cioci Roweny znów nigdzie nie ma. Tym razem zostawiła wiadomość.
„Nie chodź sama do lasu”.
Napisano to czerwonym atramentem, który podejrzanie przypomina krew. Wyrzucam kartkę do kosza i robię sobie filiżankę kawy. Wczoraj wieczorem nie wyszłam z pokoju. Ignorowałam moją nowo poznaną ciotkę, użalając się nad sobą.
Stanęłam twarzą w twarz z mordercą mojej rodziny, ale nic nie zrobiłam. Nawet gdybym wiedziała, kim on jest, kim oni są, wciąż wierzę, że nie byłabym w stanie nic zdziałać.
Jestem tylko Lyrą Vane. Dziewczyną bez wilka.
Viktor Mordrake przeżułby mnie i wypluł w błoto, zjadł jak bestia i wyrzygał jak odpad.
Ciocia Rowena miała rację. Nie powinnam robić nic głupiego, ale mój umysł i ciało nie zaznają spokoju, dopóki czegoś nie zrobię.
Chwytam płaszcz, wyciągam scyzoryk mojego brata i ruszam do lasu. Tuż przed tym, jak udaje mi się wyjść za drzwi, znikąd pojawia się chłopak mniej więcej w moim wieku, trzymając dwa zakryte słoje i kosz pełen liści.
— O, cześć — uśmiecha się. — Nie wiedziałem, że ktoś jest w domu. Rowena mi nie powiedziała.
— Wygląda na to, że ona rzadko mówi to, co powinno zostać powiedziane — moje słowa smakują goryczą. — W czym mogę pomóc?
— Jestem Casper.
— Lyra.
— Ja... eee, pracuję jako... coś w rodzaju posłańca? Myślę, że kuriera — Casper śmieje się. — Dostarczam to dla Roweny.
— Chłopiec na posyłki? — podpowiadam.
Uśmiecha się. — Tak, to by się zgadzało. Lyra, tak? Mieszkasz tutaj?
— Tak, mieszkam z ciocią. Roweną.
— O — mruga głupawo. — Nigdy nie wiedziałem, że Rowena ma siostrzenicę.
— Ja też nie wiedziałam — wyciągnęłam rękę. — Więc?
— O, o tak. — Podał mi wszystkie rzeczy, które miał. — Więc, chyba do zobaczenia? Zamierzasz przyjść do sabatu?
— Do czego?
— Do sabatu?
— Masz na myśli grupę czarownic?
— Tak — śmieje się. Ale śmiech szybko zamiera, gdy widzi moją minę. — Ty nie jesteś... jedną z nich?
— Nie — chwytam wszystkie dostarczone przez niego rzeczy i uśmiecham się cierpko. — Jestem wilkołakiem.
Z tymi słowami zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.
~ ~ ~
Moja wędrówka do lasu jest samotna. Prawie pragnę, by Viktor po prostu pojawił się nagle, krocząc jak gigantyczna bestia gotowa do ataku w każdej chwili. Moje kroki nie są tak pewne, jak bym chciała, ale jestem dumna, że przynajmniej mam odwagę wyjść i wrócić do lasu.
Po tym, co wydarzyło się wczoraj, dawna Lyra nigdy nie chciałaby już spotkać Viktora.
Ale muszę coś zobaczyć. Muszę się upewnić co do jednej rzeczy.
Moje kroki zamarły, gdy usłyszałam szelest liści za sobą. Powietrze wokół mnie zastyga.
Znów poczułam zapach wilgotnej ziemi, ten sam, który czułam, gdy moja głowa spoczywała w błocie. Odór lasu, mokrego podłoża i brudu. Poczułam go, zanim go zobaczyłam. Mój kark mrowi z wyczekiwania. Serce bije jak szalone, łomocząc niczym bęben. Moje palce zacisnęły się, drżąc z niepokoju.
Serce mi pęka na myśl, że on stoi tuż za mną, morderca mojej rodziny.
Nieprzyjemne uczucie wywołane niedowierzaniem, że tak odważnie stoi przed jedyną ocalałą z rodziny, którą wyrżnął, jest zbyt silne. Prawie się odwracam, by wyciągnąć scyzoryk, choć wiem, że pewnie tylko by go to załaskotało. To byłaby najgłupsza rzecz, jaką mogłabym zrobić, i nawet ciocia Rowena byłaby zbyt zdezorientowana, by się gniewać.
On się porusza. Czuję każdy jego ruch, jakbyśmy byli jednością. Prawie wydaje się, że dzielimy jedno ciało, jeden oddech, jedną duszę. Znów wciąga powietrze nosem, a ja drżę z oczekiwania. Nie wiem, co zrobi. Czy wie, że jestem córką rodziny, którą zamordował, czy nie. Czy wie, że ja wiem, czy nie.
Viktor Mordrake szepcze tuż nad moim karkiem. Musi pochylać głowę, bo jest prawie dwa razy wyższy ode mnie. Jego słowa wywołują we mnie lawinę sprzecznych uczuć. I tak bardzo nienawidzę siebie za to, że jestem w takim rozsypce w jego bliskości.
— Wiedziałem, że znów cię tu zobaczę — mruczy tak cicho. Jego szept wydaje się zimny.
Przełknęłam gulę w gardle. — Czekałeś na mnie?
— Mmm — mruczy. — Można tak powiedzieć.
— Dlaczego? — Czy czekał, by mnie wykończyć? By zobaczyć jedyną ocalałą, której nie zdołał zgładzić?
— Chciałem cię znów zobaczyć — brzmiała jego odpowiedź.
Tym razem to moja kolej, by mrugać głupawo. Zmarszczyłam brwi. — Dlaczego? — zapytałam ponownie.
— Teraz czuję ulgę — wymamrotał.
— Dlaczego? — pytam sfrustrowana. Już miałam się odwrócić, gdy jego potężne ramiona owinęły się wokół mojego karku i unieruchomiły mnie. Drżę w miejscu. Moje nogi trzęsą się pod wpływem nagłego kontaktu fizycznego. Serce prawie wyskakuje z piersi. Gorączkowo próbuję się od niego odczepić, ale jego żelazny uścisk utrudnia mi ruch. Trzyma mnie w miejscu, jakby jego palce były na mnie łańcuchami.
I nienawidzę tego. Czuję obrzydzenie.
— Puść mnie! — zażądałam. — Nie dotykaj mnie!
On chrząka. — Przestań się ruszać — Viktor mocniej zaciska palce, ale nie na tyle, by sprawić mi ból. — I przestań pytać dlaczego.
— Chcę wiedzieć, dlaczego na mnie czekasz.
— Chcę po prostu zobaczyć dziewczynę, która ucieka ode mnie z wiedźmą — syknął słowo „wiedźma”. — Skąd ją znasz? Dlaczego z nią jesteś?
— Dlaczego musisz to wiedzieć?
— To nie twój problem.
— To jest mój problem, skoro mnie o to pytasz — szarpałam się w miejscu. — I proszę cię, puść mnie wreszcie!
On warczy. — Przestań.
Natychmiast znieruchomiałam. — To jest nękanie.
Viktor Mordrake tylko zachichotał. — Czyżby?
— Trzymasz mnie wbrew mojej woli.
— Dlaczego tu jesteś, Lyro? — pyta. Jego głos brzmi miękko i jest pełen ciekawości. — Dlaczego wróciłaś?
— Nie wiem — wypluwam.
Jego palce zacisnęły się mocniej i zamiast strachu, poczułam pewnego rodzaju gorliwość. Nie rozumiem dlaczego. — Czy jesteś tu, by znów mnie spotkać, Lyro?
I z bolesnym lękiem zdałam sobie sprawę, że tak, większa część mnie jest tutaj po to, by znów go zobaczyć.
Puścił mnie i cofnął się o kilka kroków.
Nie mam pojęcia, co sprawia, że chcę wracać do tego głupiego lasu, by ewentualnie spotkać największego Alfę w kraju, i według plotek, najbardziej brutalnego. Ale to tak, jakby nie tylko on był mną tak dezorientująco zaintrygowany; ja również czuję do niego pociąg w sposób, którego jeszcze nie rozumiem. To jest zniewalające. On jest zniewalający. Jakby zmuszał mnie do interakcji ze sobą, z tymi oczami.
Wbrew swojemu poprzedniemu działaniu, robi krok do przodu. — Czy musisz mnie zmuszać, bym powtarzał się w kółko, Lyro?
Czy on musi w kółko powtarzać moje imię?
Lyra.
To była taka błaha rzecz, moje imię. Tylko cztery przypadkowe litery alfabetu używane do przywoływania mnie. Jednak staje się ono czymś zupełnie innym, gdy wychodzi z jego ust.
Nadaje mojemu przyziemnemu imieniu nowe znaczenie.
— To wielki las. Czy znów przekroczyłam twoje terytorium? — Wierzę, że nie dotarłam jeszcze tak głęboko do lasu, jak poprzednim razem. Ale cóż, nie mam pojęcia, gdzie zaczyna się i kończy jego terytorium.
Jego oczy są kuszące, popychają mnie, bym podeszła bliżej, ale nie ruszam się z miejsca. Stoję pewnie na nogach. Viktor przekrzywił głowę w bok, jakby coś usłyszał. — Kogoś przyprowadziłaś?
Ja nic nie słyszałam, ale jego nadnaturalny słuch Alfy-nie-normalnych-rozmiarów mógł coś wychwycić. Wzruszyłam ramionami. — Przyszłam sama. Może to tylko jakaś przypadkowa osoba, która się zgubiła...
— Nikt nie ma odwagi zapuszczać się tak głęboko w las.
— Ja miałam.
Viktor uśmiecha się uśmiechem diabła. — I złapałem cię.
Jest coś w sposobie, w jaki powiedział „złapałem”. Jakby teraz, gdy w końcu mnie dopadł, nigdy nie miał zamiaru mnie puścić. Jakbym należała do niego i nikt inny nie mógł mnie uratować. To dociera do mojej duszy, wywołuje dreszcze na plecach. Viktor jest inny, niż go sobie wyobrażałam. Myślałam, że skręci mi kark w momencie, gdy dobrowolnie znów pojawię się przed nim, by dokończyć to, co zrobił mojej rodzinie.
Ku mojemu całkowitemu zdumieniu, Viktor wciąż stoi naprzeciwko mnie, nic nie robiąc.
— Nikt wcześniej nie przeżył w tym lesie — przyznaje. Duma płynie z jego języka, jakby to była dobra rzecz. Boję się, że mój brak logiki w końcu doprowadzi mnie do zguby. Powinnam się odwrócić. Uciekać, ile sił w nogach. Unikać tej katastrofy, która raz na zawsze położy kres dziedzictwu mojej rodziny. Zamiast tego chłonę odrobinę słońca prześlizgującego się między wysokimi drzewami. Parzy moją skórę, przypominając mi, że wciąż bardzo mocno żyję.
— Co to ma oznaczać?
— Ktoś się tu wkrada — Viktor wskazuje podbródkiem w stronę moich pleców, po których przebiega dreszcz. — Ktoś odważył się cię śledzić.
— Dlaczego to dla ciebie problem?
Viktor ukrył półuśmiech. Wolałabym już zobaczyć jego kły niż ten chytry uśmieszek, sposób, w jaki pokazuje jego zepsucie i ujawnia zło. Powietrze drgnęło. Jakiś dźwięk. Trzask gałązki. Przesunięte kamienie. Szelest opadłych liści.
I w tym momencie Viktor porusza się tak szybko, że pęd powietrza targa moimi włosami.
W ciągu kilku sekund trzyma kogoś za szyję.
— Kim jesteś? — Jad. Czysty jad słychać w jego głosie, gdy zaciska palce na szyi tej osoby. — Dlaczego ją śledzisz?
Patrzyłam rozszerzonymi z przerażenia oczami, jak postać przybiera kształt chłopaka. Kogoś, kogo rozpoznałam na progu domu mojej ciotki.
Casper próbował coś powiedzieć, ale tylko wykrztusił z siebie serie kaszlnięć. I ślinę.
— Dlaczego śledzisz Lyrę? — Viktor powtarza w ten sam sposób.
Casper szamoce się bezradnie.
To tylko rozwściecza Viktora. Wciąga powietrze nosem.
Unosząc brew, Viktor pochyla się niebezpiecznie blisko, odcinając resztkę powietrza Casperowi. — Co ty tu robisz, wiedźmo?
















