ELARA
Kilka dni później wróciłam do Akademii Lunaris i właśnie wychodziłam z kuchni stołówki z małą paczką w ręku, gdy na kogoś wpadłam i rzeczy, które trzymałam, rozsypały się na podłodze. Spojrzałam w górę i zobaczyłam Sloane Vane, która gapiła się na mnie z wyższością.
O nie.
— Zobaczcie, kogo my tu mamy — rzuciła z tym samym pretensjonalnym akcentem, co bracia Sterling. — Panna Protokół Vanguard — zwróciła się do osób siedzących w stołówce. W tej chwili wszyscy umilkli i patrzyli w naszą stronę. Westchnęłam i kucnęłam, by pozbierać swoje rzeczy, ale Sloane zamiast tego kopnęła je dalej.
Przy okazji zawartość wypadła z papierowej torby, co sprawiło, że aż się skrzywiłam. Zanim zdążyłam po nią sięgnąć, jedna z popleczniczek Sloane ubiegła mnie i wyjęła zawinięte jedzenie ze środka. Jej twarz rozjaśniła się z radości, gdy podała je Sloane. — O wow! O mój boże! — zachichotała Sloane. — Chcesz powiedzieć, że pierwsza kobieta w Vanguardzie jada szkolne resztki na lunch?
Natychmiast zapragnęłam, by ziemia się rozstąpiła i mnie pochłonęła. Przez dwa lata udawało mi się przetrwać dzięki wygrzebywaniu jedzenia i dopiero gdy szkolna kucharka zobaczyła, jak przeszukuję śmietnik, obie doszłyśmy do porozumienia. O określonej porze przychodziłam odebrać resztki i szłam w jakieś ustronne miejsce, żeby zjeść. Myślałam, że mój sekret umrze razem ze mną, ale ta suka Sloane z radością ogłosiła go całemu światu.
Wstałam i stanęłam z nią twarzą w twarz, czując, jak gniew buzuje mi w żyłach. — Oddawaj to!
Na twarzy Sloane odmalowało się rozbawienie. — Bo co? Wyślesz mnie do szpitala, tak jak mojego chłopaka? — zapytała, zmniejszając dystans między nami. — Myślisz, że jesteś jakąś bohaterką, co? Przełamujesz bariery i tym podobne bzdury?! My, kobiety, byłyśmy idealnie szczęśliwe jako żony, kucharki i matki! Teraz przez ciebie będziemy zmuszane do pójścia na wojnę!
— Nikt was nie zmusza! Twój typ i tak by nie przetrwał — odkrzyknęłam. — A teraz oddaj mi moje jedzenie!
— Ach tak? — odparowała Sloane i zanim się obejrzałam, w moją twarz wciśnięto kanapkę, która była dla mnie zapakowana. To miał być mój pierwszy i jedyny posiłek tego dnia, a ona właśnie go zniszczyła. — Masz!
Stałam oszołomiona, mając już tego wszystkiego dość. Co zrobiłam, żeby na to zasłużyć? Dlaczego chociaż raz nie mogę mieć spokoju?! Moje znużenie ustąpiło miejsca złości i nagle poczułam chęć rzucenia się na nią i sprania jej tak samo, jak zrobiłam to z Brockiem, ale powstrzymałam się. Była córką dyrektora szkoły, do której dostałam się dzięki stypendium.
Każdy niewłaściwy ruch mógł skończyć się wydaleniem, co postawiłoby mnie w złym świetle u książąt. Zrobiłam więc co w mojej mocy, by wytrzeć twarz i zebrać resztę rzeczy, podczas gdy Sloane i cała reszta stołówki śmiali się ze mnie.
W trakcie zbierania zdałam sobie sprawę, że została mi jeszcze jedna dobra kanapka, ale gdy tylko po nią sięgnęłam, Sloane podbiegła i rozdeptała ją butami na miazgę, po czym podniosła ją i podała mi. — Powinnaś to zjeść! — Łzy zapiekły mnie w oczach, gdy mój żołądek gwałtownie się skurczył z głodu. Spojrzałam na nią z furią, zaciskając dłonie w pięści. Dałabym wszystko, żeby zetrzeć ten uśmiech z jej twarzy. Zamiast tego pokręciłam głową i odeszłam, podczas gdy Sloane nadal się ze mnie śmiała.
— Elara!
Odwróciłam się na dźwięk swojego imienia i zobaczyłam rudowłosą dziewczynę, która wyglądała na nieco młodszą ode mnie.
— Cześć. — Pomachała słodko, podchodząc do mnie. Potem założyła włosy za uszy i unikała mojego wzroku w nieśmiały sposób, nerwowo splatając palce.
— Cześć — powiedziałam nieufnie, zastanawiając się, czego chce.
— Mam coś dla ciebie. — Powiedziała i sięgnęła ręką do torby, po czym wyciągnęła ją w moją stronę. Patrząc na jej dłoń, zobaczyłam dwa kawałki zawiniętej kanapki. — Weź. To dla ciebie. — Powiedziała, a ja przez chwilę pomyślałam, że to jakiś chory, podły żart.
— Nie, dziękuję — powiedziałam i zamierzałam odejść.
— Zapisałam się do Vanguarda na przyszły rok. — Powiedziała, co sprawiło, że się zatrzymałam. Kiedy się odwróciłam, na jej twarzy gościł miły uśmiech i przez chwilę zastanawiałam się, jak ktoś tak delikatny jak ona mógłby trenować do takiej roli. Ten trening niemal mnie zabił i z pewnością zniszczyłby ją.
— Dlaczego? — zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
— Bo mnie zainspirowałaś. Chcę być silna jak ty i... — przerwała, a jej uśmiech przygasł. — Nie chcę już być prześladowana.
W końcu rozluźniłam się i sama posłałam jej uśmiech, co zdarzało mi się rzadko. Ponownie wyciągnęła jedzenie w moją stronę. — To mój sposób na powiedzenie „dziękuję” za to, że nie pozwoliłaś tym prześladowcom się złamać i powstrzymać od realizacji marzeń.
Przyjęłam jedzenie z uśmiechem. — Dziękuję — powiedziałam. — Jak się nazywasz?
— Maisie. Maisie Halloway.
— Dobrze, Maisie. Do zobaczenia. — Uśmiechnęłam się i pomachałam jej, po czym odeszłam.
Powoli na moich ustach zagościł lekki uśmiech na myśl o tym, że dzisiaj nie będę głodować.
W tym momencie usłyszałam przeraźliwy krzyk i kiedy się odwróciłam, żołądek mi podszedł do gardła na widok Sloane popychającej Maisie na ziemię. Jedna z jej popleczniczek kopnęła ją w brzuch, co sprawiło, że dziewczyna jęknęła z bólu.
— Kto cię prosił o dawanie jej jedzenia?! — wrzasnęła Sloane, po czym spoliczkowała ją w twarz. — Kto powiedział, że możesz pomagać tej szmacie?!
Kolejny policzek!
Maisie próbowała się zasłaniać, ale była bezbronna, płacząc w niebogłosy. — Proszę, przestań! — skomlała.
— Nie, nie przestanę! — Sloane chwyciła ją za włosy, zmuszając do klęknięcia. — Każdy przyjaciel Elary jest moim wrogiem! — Wtedy oczy Sloane spotkały moje, a jej piwne oczy lśniły złośliwością, wyzywając mnie do działania.
Teraz stanęłam przed wyborem: albo ratować Maisie, albo nie wychylać się. Zostało tylko kilka tygodni do ukończenia szkoły i byłabym wolna, by żyć swoimi marzeniami. Ale słysząc płacz Maisie, poczułam, jak serce mi się ściska, a moja wilczyca znów poruszyła się we mnie.
Czy powinnam odejść i zabezpieczyć swoją przyszłość, czy bronić Maisie i ryzykować jej utratę?
Wzięłam głęboki oddech, zamknęłam oczy i przeklęłam pod nosem. Odejście było właściwym rozwiązaniem, ale czy na pewno? Rzucając kolejne przekleństwo, zacisnęłam dłonie w pięści i skierowałam się w stronę Sloane. Najwyższy czas, by ta suka dostała to, na co zasłużyła.
















