Punkt widzenia Maeve
Puste odrzucenie w tych zielonych oczach zraniło mnie znacznie bardziej niż fizyczna przemoc, na którą się przygotowałam. Bar wokół mnie wyblakł w szare rozmycie. Brzęk talerzy, buczenie starego neonu, rozmowy stałych bywalców — wszystko to zmyło dzwonienie w uszach. Miażdżący widok Lachlana stojącego zaledwie kilka stóp ode mnie wciągnął mnie z powrotem we wspomnienie, które starałam się pogrzebać przez ponad dekadę.
"Moja mama cię zabije, jeśli się dowie, że zakradałeś się tu w środku nocy," wyszeptałam w pustkę.
Ciche szuranie butów o drewnianą kratkę przy oknie mojej sypialni było moim jedynym ostrzeżeniem. Chwilę później Lachlan przeniósł swój ciężar na spadzisty dach i usiadł tuż obok mnie. Nocne powietrze było przenikliwie zimne, ale ledwie to czułam. Miałam kolana przyciągnięte do klatki piersiowej, a ręce ciasno oplecione wokół goleni. Mój podbródek spoczywał na rzepkach, a po twarzy spływały mi gorące, ciche łzy. Nie mogłam przestać płakać od momentu, kiedy rano dotarła do mnie ta druzgocąca wiadomość. Kaelen odchodził.
"Nie dowie się," powiedział Lachlan. Jego głos był cichym pomrukiem w ciemności.
Między nami zapadła cisza. Gapiłam się na sąsiednie domy, a mój wzrok powoli się zamazywał. Razem z matką mieszkałyśmy w małym, prostym, parterowym domu. Kratka przyczepiona do elewacji była wystarczająco wytrzymała, by móc wspiąć się po niej na dach. Przychodziłam tu pomyśleć, kiedy ściany mojej sypialni wydawały się zbyt ciasne.
Lachlan zawsze posiadał niesamowitą zdolność odnajdywania mnie, bez względu na to, gdzie się schowałam. Nie miałam pojęcia, jak to robi. Mieszkał na rozległej posiadłości klubu niedaleko ich głównej siedziby, dwadzieścia minut marszu od mojej okolicy. Z jego domu nie było widać mojego. Nigdy nie zapytałam go, skąd zawsze znał moje dokładne położenie. Zbyt bardzo bałam się, że kwestionowanie jego metod sprawi, że przestanie się pojawiać.
Nienawidziłam być sama. Sama myśl o siedzeniu w pojedynkę sprawiała, że skóra mi cierpła. Odkąd poznałam tych pięciu chłopaków, bałam się każdej sekundy izolacji. Nie rozumiałam, jak normalni ludzie mogli potrzebować przestrzeni, albo chwili na oddech. Potrzebowałam hałasu. Potrzebowałam ich obecności.
Pociągnęłam nosem i wytarłam go wierzchem dłoni.
"Obiecał, że będzie do ciebie pisać," odezwał się cicho Lachlan. Wyciągnął rękę, a jego szorstkie palce założyły zbłąkany kosmyk moich włosów za ucho. "Będzie pisał cały czas, kiedy tylko załatwimy ci telefon. Będzie też wracał w odwiedziny. Wszyscy wciąż są częścią klubu. To nie jest na zawsze."
Słysząc jego delikatny, pocieszający szkocki akcent oplatający te słowa, poczułam dreszcz na plecach. Byłam wdzięczna, że cienie ukrywały moją twarz. Nie zniosłabym, żeby droczył się ze mną na temat wpływu, jaki miał na mnie jego głos. Nie tej nocy. Lachlan nie był złośliwy, ale potrafił mnie peszyć w sposób, od którego kręciło mi się w głowie.
"To jak wyrok śmierci," wymamrotałam. Mój głos się załamał. "Kaelena już nie będzie w pobliżu. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Koniec z żartami, koniec z patrzeniem, jak trenuje na siłowni, koniec z tym zaraźliwym uśmiechem."
Lachlan przysunął się bliżej. Oplótł moje trzęsące się ramiona swoimi silnymi rękami i przyciągnął mnie, aż zrównałam się z jego twardą klatką piersiową. Moje ciało zwiotczało. Pozwoliłam, by nogi opadły mi na bok, gdy on docisnął moją głowę do swojego obojczyka. Chwyciłam garść jego ciemnej koszulki, trzymając się go jak koła ratunkowego, gdy wezbrała we mnie kolejna fala rozpaczy. Jego cicha, stabilna obecność zakotwiczała moje wymykające się spod kontroli emocje.
"Sprawisz, że będę o niego zazdrosny, jeśli nadal będziesz tak nad nim płakać," mruknął Lachlan, próbując się ze mną droczyć.
Każdego innego dnia bym się zaśmiała. Lachlan nigdy nie należał do ludzi, którzy żartują. Był chłopakiem, który przemawiał całymi tomami przy pomocy jednego twardego, groźnego spojrzenia. Byłam jedyną osobą, z którą kiedykolwiek żartował, jedyną, dla której trudził się sklecić więcej niż pięć słów.
Ale dziś nie potrafiłam się śmiać. Czułam się wypalona od środka. Kaelen obiecał, że nigdy nie straci ze mną kontaktu, ale ciemna otchłań w moim żołądku upierała się, że to już koniec. Mojej rodziny nie było stać na komórkę. Kaelen powiedział, że będzie pisał, dopóki Lachlan mi jej nie kupi, że będzie dzwonił do chłopaków, żebyśmy mogli porozmawiać, że będzie wracał na wakacje i święta.
Ja po prostu w to nie wierzyłam.
"Kaelen nie chciałby, żebyś tak bardzo się denerwowała, Ember," powiedział Lachlan. Praktycznie błagał mnie, żebym przestała płakać.
Wypuściłam z siebie długi, drżący oddech i zmusiłam się, żeby skupić się na rytmie dłoni Lachlana, która powoli pocierała moje plecy w górę i w dół. Jego dotyk mnie uziemiał. W końcu ten ostry szloch ustał, choć ciche łzy wciąż spływały mi po policzkach. Zostaliśmy tak przez dłuższy czas pod nocnym niebem; moja głowa wtulona w jego klatkę, a jego ręce mocno mnie obejmujące.
"Wciąż masz nas, Ember," powiedział. Rozkoszowałam się brzmieniem tego przezwiska. "Nie jesteś sama."
"Wiem," odpowiedziałam, czując chrypę w gardle. "Ale i tak jestem załamana."
"Co mogę zrobić, żeby ci pomóc?" zapytał.
Chciałam mu kazać przywieźć Kaelena z powrotem, ale wiedziałam, że nie może. Wiedziałam, że widok mnie w takim stanie rozdzierał mu serce. "Powiedz mi coś miłego," poprosiłam, lekko odchylając głowę do góry, żeby przełamać ten ciężki nastrój. "Opowiedz mi o swoich planach na przyszłość z klubem. Wciąż chcesz przejąć władzę po swoim tacie jako Prezydent?"
Przeniosłam ciężar ciała, obracając się tak, abym mogła wygodnie oprzeć głowę na jego ramieniu. Lachlan poprawił chwyt, opierając się o skośny dach i pociągając mnie ze sobą. Przytulaliśmy się do siebie w zimnym powietrzu, wpatrując się w pył z gwiazd rozsypany na niebie.
"Cóż, ponieważ jesteśmy dzieciakami z klubu, nasze ramy czasowe są dość sztywne," zaczął Lachlan, a jego głos zadudnił pod moim uchem. "Zaczynamy jako prospecti, kiedy kończymy szesnaście lat. Potem w wieku osiemnastu lat możemy otrzymać pełne barwy i zostać oficjalnymi członkami, chyba że stół każe nam czekać, aż skończymy dwadzieścia, jak reszcie chłopaków."
Wiedziałam trochę o tym procesie. Większość chłopaków nosiła naszywki prospecta przez dwa długie lata, odwalając czarną robotę. Czasami dostawali pełne barwy wcześniej, jeśli udowodnili swoją lojalność podczas wyjazdów. Talon wyjaśnił mi podstawy przy lodach kilka miesięcy temu. Byłam ciekawa ich ukrytego świata.
"Myślę, że ojciec wyśle nas na oficjalny wyjazd, kiedy wszyscy skończymy osiemnaście lat," kontynuował Lachlan. "Będę miał wtedy dziewiętnaście. Tak samo jak Kaelen. Naprawdę wierzę, że Kaelen tu wróci i będzie częścią naszego klubu. Wejdziemy w to we pięciu."
"Wy, we pięciu, tworzycie naprawdę dobrą drużynę," powiedziałam. Odwróciłam głowę, posyłając mu mały, szczery uśmiech.
Lachlan odwrócił się, spotykając moje spojrzenie. Nasze twarze dzieliły w ciemności zaledwie cale. Podniósł rękę, delikatnie ujmując mój policzek w dłoń. Jego kciuk otarł się o moją skórę. Twarde rysy jego twarzy złagodniały, a w kąciku ust pojawił się lekki uśmiech. Lachlan rzadko uśmiechał się dla kogoś innego. Zawsze miał dla świata wyostrzone jak brzytwa krawędzie, ale dla mnie je łagodził.
"Myślę, że wszyscy jesteśmy podekscytowani głównie z powodu nadania nam klubowych ksyw," powiedział cicho.
Mój uśmiech urósł, przebijając się przez melancholię. Promieniałam, patrząc na niego, a ten widok wydobył niski śmiech z jego klatki piersiowej.
"No, powiedz to," zachęcił mnie.
"Nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć, jakie dostaniecie!" paplałam radośnie, mój smutek na chwilę zniknął. "Założę się, że będą najfajniejsze. Pewnie na Graysona wszyscy będą wołać 'Maniac' albo coś w tym stylu. Zawsze tak na niego wołają, kiedy wpadnie w kłopoty. Założę się, że Kaelen będzie 'Gargoyle'. Nie mam pojęcia, co dostanie reszta z was, ale nie mogę się doczekać!"
Pisnęłam na końcu, trochę bardziej podekscytowana, niż powinnam. Lachlan się roześmiał, zabierając dłoń z mojego policzka. Jego uśmiech się powiększył, a moje serce zatrzepotało. Uwielbiałam spędzać te ciche chwile sam na sam z nim.
"Nazwałaś Kaelena 'Gargoyle', zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?" droczył się ze mną.
"Nie, nazwałam go 'Stalowy Gargoyle'," poprawiłam go. "To jest jego pseudonim sceniczny."
"Pseudonim sceniczny," zachrząkał żartobliwie Lachlan. "A co, jeśli przejdzie na zawodowstwo i faktycznie będzie go używał?"
Wzruszyłam ramionami, kierując wzrok z powrotem na gwiazdy. "Jeśli tego właśnie chce, to... Ja chcę tylko, żeby był szczęśliwy. Wszyscy wy, tak szczerze."
"Sprawiasz, że jesteśmy szczęśliwi," odpowiedział bez mrugnięcia okiem.
Spojrzałam na niego z powrotem, a moje serce przepełniało niewinne uczucie. "Obiecujesz, że będziesz moim najlepszym przyjacielem na zawsze?" zapytałam.
Natychmiast ciepło ulotniło się z powietrza.
Twarz Lachlana zrzedła. Rzadki, delikatny uśmiech wyparował, zastąpiony maską z zimnego kamienia. Jego zielone oczy stwardniały w przerażający sposób, błyskając intensywnością, która posłała wstrząs czystego alarmu prosto do mojego wnętrza.
"Nie," odpowiedział prosto z mostu. Odwrócił wzrok, mocno zaciskając szczękę.
Moja klatka piersiowa zabolała z natychmiastowego, miażdżącego zamętu. Odrzucenie zabolało jak cios fizyczny.
"Och," wyszeptałam, opuszczając wzrok na kolana.
Lachlan wyciągnął dłoń i wsunął mi pod brodę jeden mocny palec. Zmusił mnie do uniesienia głowy, żądając, abym spotkała jego intensywne, palące spojrzenie.
"Pewnego dnia będziemy kimś znacznie więcej," powiedział do mnie.
Więcej? Jak to? W jaki sposób? Co to w ogóle znaczy? Waga jego słów była dusząca. Miałam trzynaście lat. Zbyt mocno bałam się, by zapytać, co ma na myśli. Zbyt mocno przerażała mnie odpowiedź, zbyt bałam się, by robić sobie nadzieję tylko po to, by została zniszczona.
Patrząc na to z perspektywy teraźniejszości, stojąc w ostrym, jarzeniowym świetle baru, cieszyłam się głęboko, że nigdy nie zapytałam. Wiedziałam już, jak potwornie toksyczna okazała się ta złowieszcza obietnica.
Dwanaście lat później stałam zdezorientowana niedaleko tylnego biura, a moje serce waliło o żebra z bezlitosną mocą. Hałas z kuchni przedzierał się przez cienkie wahadłowe drzwi, ale wszystko, co słyszałam, to szum krwi pulsujący mi w uszach. Mój oddech urywał się w krótkich, ostrych wdechach. Palcami zacisnęłam się na krawędzi najbliższego blatu, by moje kolana nie ugięły się pod moim ciężarem.
Drzwi zaskrzypiały. Miriam wślizgnęła się na ciasny korytarz, a jej czoło marszczyła głęboka troska.
"Hej, wszystko w porządku?" zapytała, nie podnosząc głosu. "Widziałam, jak ty i ten mega gorący motocyklista patrzycie na siebie. Myślałam, że zaraz rzucicie się na siebie w samym środku baru."
Panika, mroczna i dusząca, wezbrała w moim umyśle. Słowa zaledwie zarejestrowały się przez ryk w mojej głowie. Jeśli Miriam zauważyła to napięcie, to on też?
Czy pozostałych czterech chłopaków też tu jest? Czego mogliby chcieć w małym miasteczku w Nebrasce? Mieszkali w Kalifornii. Ich klub rządził Zachodnim Wybrzeżem. Nie mieli żadnego interesu na Środkowym Zachodzie. Nie mogli przecież przyjechać tu tylko dla mnie.
Kontrast pomiędzy przeszłością a teraźniejszością przyprawiał mnie o mdłości. Kiedyś ta ochronna, posesywna miłość tamtej piątki była jedyną rzeczą, dzięki której w tym zimnym świecie czułam się bezpiecznie. Pragnęłam ich uwagi. Teraz, na samą myśl o tym, że mnie namierzyli, czułam absolutny strach. Uruchomiła się głęboko zakorzeniona trauma, która automatycznie przestawiła mój mózg w tryb ucieczki.
Rozpaczliwie trzymałam się kruchej, bolesnej nadziei, że Lachlan naprawdę mnie nie rozpoznał. Miałam na sobie bezkształtny uniform, moje włosy były innego koloru i wyglądałam na kompletnie wykończoną. Minęły lata. Musiałam to sobie zracjonalizować, żeby przetrwać. Prawdopodobnie dawno zapomniał o moim istnieniu. Dla mężczyzny takiego jak on, egzekutora dla owianego złą sławą klubu motocyklowego, kelnerka w przydrożnym barze była tylko duchem.
"Mae... nic ci nie jest? Ty płaczesz," powiedziała cicho Miriam. Wyciągnęła dłoń, wycierając zbłąkaną, przerażoną łzę z mojego policzka.
Wzdrygnęłam się na ten dotyk, a potem zmusiłam moje spięte ramiona do opadnięcia. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki, urywany wdech, wypełniając moje palące płuca zapachem zwietrzałej kawy.
"Miriam, czy mogłabyś, proszę, obsłużyć tamten stolik za mnie?" zapytałam. Mój głos drżał, zdradzając surowe przerażenie pełzające mi pod skórą.
"Pewnie, kochanie," odpowiedziała, wyraźnie zaniepokojona moją bladą twarzą.
Skinęłam sztywno. Musiałam tylko przetrwać jeszcze kilka godzin. Powtarzałam w głowie tę mantrę w gorączkowym rytmie przetrwania. Dopóki Lachlan będzie udawał, że mnie nie poznaje, mogłam udawać, że wszystko jest w porządku. Mogłam ukryć się i dokończyć zmianę.
Mój umysł pędził, formułując zdesperowany plan ucieczki. W sekundę po tym, gdy skończę pracę, wymknę się tylnymi drzwiami i pójdę prosto do mojego małego mieszkania. Zgarnę mojego kota, Peanut, wsadzę do transportera i zniknę w mroku nocy. Większość moich rzeczy była już spakowana w torbach, stojąc przy drzwiach w przygotowaniu na ten właśnie, koszmarny scenariusz. To będzie pierwszy raz, gdy wyruszę w podróż ze zwierzęciem, ale zrobimy to. Musiałyśmy.
Przyszedł czas, by zostawić za sobą kolejne miasto. Będę jechać aż bak z paliwem wskaże zero, a potem będę jechać dalej. Absolutnie odmawiam, aby kiedykolwiek znowu pozwolono komukolwiek odebrać mi wolność.
















