Ashlynn
Zajechałyśmy na małą stację benzynową, która wydawała się leżeć pośrodku niczego. Byłyśmy gdzieś w Idaho. Wydawało mi się, że widziałam znak z napisem Idaho Falls, ale ponieważ byłam w półśnie, nie mogłam być pewna.
Mama podjechała pod dystrybutor i podała mi kartę, żeby nie musiała wchodzić do środka. Nie chciała, by ktokolwiek widział jej twarz. Wciąż się goiła i nie życzyła sobie gapienia. Otworzyłam drzwi; mały dzwoneczek zadzwonił przy wejściu. Za ladą siedział facet czytający czasopismo. Podniósł wzrok, a jego oczy napotkały moje. Instynktownie wiedziałam: wilkołak. Musiałyśmy przekroczyć terytorium innej watahy. Lepiej załatwmy to szybko i ruszajmy dalej.
Podeszłam do lady, udając, że nasza obecność tutaj to nic wielkiego. Podałam mu kartę.
– Do pełna na dwójce, poproszę. – Zerknął przez okno i zobaczył, że mama chwyciła pistolet dystrybutora i stała tam, tankując, rozglądając się czujnie dookoła.
Wyrwał mi kartę z ręki, przesunął ją przez czytnik i oddał bez słowa.
– Dziękuję panu, czy mogę skorzystać z toalety? – Mruknął coś i wskazał na znak po swojej prawej stronie z napisem „Toaleta”. Uśmiechnęłam się w podziękowaniu i poszłam do łazienki. Szybko załatwiłam swoje sprawy i wyszłam. W małym sklepie był teraz jeszcze jeden facet. Na zewnątrz nie było innego samochodu, co wydało mi się dziwne, ale szłam dalej.
– Ej, mała – odezwał się mężczyzna zza lady. Odwróciłam się, by na niego spojrzeć, unosząc jedną brew.
– Co się stało z jej twarzą? – Wskazał przez okno na moją mamę, która teraz gapiła się na mnie przez szklane drzwi, a wszystkie jej obrażenia były wyraźnie widoczne.
– Ummm, wdała się w bójkę. – Nie wiedziałam, co innego powiedzieć. Nasz gatunek nie tolerował przemocy domowej, była karana śmiercią. Mówiąc o tym, mój ojciec powinien właśnie zbliżać się do swojego wyroku. Alfa powiedział, że trochę go potorturują, poczekają, aż wytrzeźwieje, a potem wymierzą sprawiedliwość.
Drugi facet w sklepie podszedł do mnie.
– Wy dwie, kobietki, macie jakieś kłopoty? – Taksował mnie wzrokiem z góry na dół. Miałam na sobie dżinsowe szorty, a moja wciąż gojąca się rana była widoczna.
Cholera, pomyślałam. Spojrzałam na faceta za ladą, a potem z powrotem na tego drugiego, który sprawiał wrażenie, jakby rozbierał mnie oczami.
– Jesteśmy tylko przejazdem, jedziemy do Montany. Wszystko u nas w porządku. – Chciałam odejść, ale facet chwycił mnie za nadgarstek.
– Nie wyglądasz, jakby było w porządku. – Jego głos był łagodny. Przyjrzałam mu się raz jeszcze, teraz gdy był blisko. Był przystojny, miał ciemnobrązowe włosy i dwa dołeczki na wyrzeźbionej twarzy. Miał trzydniowy zarost, co tylko dodawało mu uroku. Nosił kowbojki i obcisłe wranglery. W innej sytuacji może byłabym skłonna porozmawiać dłużej, ale musiałyśmy się stamtąd wydostać.
Gwałtownie cofnęłam rękę.
– Nie chcemy kłopotów. Musimy po prostu wracać na trasę. Dzięki za troskę. – Ruszyłam jak najszybciej do drzwi; dzwoneczek zadzwonił, gdy wychodziłam. Spojrzałam na mamę, przekazując jej mentalnie, żeby natychmiast wsiadała do ciężarówki. Jej oczy się rozszerzyły, gdy usłyszałam otwierające się za mną drzwi i pan Przystojniak wyszedł za mną. Zatrzymał się około dwóch stóp od wyjścia i stał z rękami w kieszeniach, nie spuszczając ze mnie wzroku. Wskoczyłam na siedzenie pasażera i zatrzasnęłam drzwi, patrząc na niego wstecz, gdy wyjeżdżałyśmy. Stał tam i gapił się na mnie, gdy odjeżdżałyśmy. Westchnęłam i zapadłam się w fotel, w myślach błagając mamę, by jechała szybciej i wywiozła nas z tego miasta w diabły.
***
Właśnie zjechałyśmy z głównej autostrady, gdzieś poza Great Falls. Wjechałam ciężarówką na ogromny postój dla tirów. Był wypełniony wielkimi ciągnikami siodłowymi i dużymi pickupami, niektóre ciągnęły przyczepy. Mama spała na siedzeniu pasażera, fotel był odchylony tak daleko, jak to możliwe. Była owinięta w puszysty koc. Spojrzałam na nią, klepiąc ją w ramię. Potem wyskoczyłam, żeby zatankować, rozciągając plecy. Byłyśmy prawie na miejscu.
Mama musiała się obudzić, gdy trzasnęły moje drzwi. Usłyszałam zamykanie drzwi pasażera i zobaczyłam, jak obchodzi maskę.
– Hej Ash, idę do środka skorzystać z łazienki. Chcesz kawy albo czegoś? – Pokazałam jej kciuk w górę, a ona naciągnęła kaptur na głowę, próbując ukryć twarz najlepiej, jak mogła.
Oparłam się o burtę ciężarówki, zamykając na chwilę oczy, czekając, aż dystrybutor kliknie, sygnalizując koniec tankowania. Gdy skończyłam, rozejrzałam się. Obok dystrybutorów znajdował się duży pas trawy. Podjechałam tam ciężarówką i wyskoczyłam, by rozruszać konie. Były zamknięte w tej przyczepie od wielu dni. Starałam się wypuszczać je na rozprostowanie nóg tak często, jak mogłam.
Idąc na tył przyczepy, otworzyłam drzwi i zablokowałam je. Wskoczyłam do środka, by chwycić moją klacz, Bailey, i pozwolić jej się przeciągnąć. Bailey była koniem do ropingu i używałam jej do pracy z bydłem w naszej starej watasze. Miałam nadzieję, że przyda się tam, dokąd zmierzałyśmy. Poczułam lekkie ukłucie w nodze, gdy ją rozciągnęłam. Była już prawie zagojona. Pozostanie maleńka blizna, ale poza tym czułam się całkiem dobrze.
Oprowadzałam Bailey tam i z powrotem po trawie, gdy nagle zatrzymała się, strzygąc uszami. Podeszłam i potarłam ją po boku pyska.
– Co jest, mała? Denerwujesz się? – Jej nozdrza rozdęły się w moim kierunku. Rozejrzałam się, ale nic nie widziałam, więc poszłam odstawić ją do przyczepy. Byłam w środku, przywiązując jej uwiąz i wycofując Bucka. Buck był moim wałachem. Był maści bułanej, stąd jego imię. Chyba nie stać mnie było na większą kreatywność. Mama podeszła, pokazując mi moją kawę.
– Chcesz, żebym prowadziła? – zapytała, upijając łyk ze swojego kubka.
– Nie, jestem w porządku. Już prawie jesteśmy na miejscu, prawda? – zapytałam, wychodząc z przyczepy i przesuwając wielki zad Bucka na bok.
Mama rozejrzała się, wyciągnęła telefon z kieszeni, sprawdzając naszą lokalizację i wskazówki dojazdu.
– Tak, wygląda na to, że zostały nam może dwie godziny. Wzięłam dla nas parę burrito śniadaniowych ze środka. Wyglądają nawet na jadalne. – Zaśmiała się krótko. – Wskakuję z powrotem do wozu, nie lubię, jak ludzie się na mnie gapią. Dostałam tam mnóstwo dziwnych spojrzeń. – Miała zamiar odejść. Dotknęłam jej ramienia.
– Mamo, musisz przestać martwić się tym, co myślą inni. Wszystko będzie dobrze. – Skinęła głową. Musiałam ją zapytać: – Umm, wyczułaś tam jakieś inne wilki?
Spojrzała na mnie, z lekkim uśmiechem na ustach.
– Może parę. Na pewno było tam kilku przystojnych kowbojów. – Mrugnęła do mnie, idąc do kabiny ciężarówki. Znała moją słabość.
Spacerując z Buckiem po trawie przez kilka minut, mówiłam do niego, głaszcząc jego gęstą, ciemną grzywę. Był potężnym bułanym koniem. Zazwyczaj nie są tak duże jak on, ale był łagodnym olbrzymem. Nie płoszył się łatwo. Więc kiedy nagle zatrzymał się gwałtownie na tyłach przyczepy i prychnął, wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Spojrzałam w stronę linii drzew. Stojąc ledwie poza zasięgiem wzroku, znajdował się ogromny, czekoladowobrązowy wilk, a jego błyszczące, zielone oczy wpatrywały się we mnie. Nie byłam pewna, co robił – czy próbował mnie nastraszyć, czy po prostu obserwował. Nie próbował podejść bliżej i nie wyglądało na to, by ktokolwiek inny mógł go tam zobaczyć. Moja przyczepa blokowała widok. Gdy wilk nie wykonał żadnego ruchu, odwróciłam się i zaprowadziłam Bucka na tył przyczepy, by go załadować. Kątem oka obserwowałam wilka.
Gdy wyskoczyłam z przyczepy i zatrzasnęłam bramkę, wiatr zmienił kierunek i poczułam zapach. To był najbardziej niesamowity zapach, jak połączenie piżma i skóry. Przechyliłam głowę w stronę linii drzew; wilk wciąż tam był i mnie obserwował. Dziwne, ale nie czułam zagrożenia. Podeszłam do kabiny i wsiadłam. Zamykając drzwi i odpalając silnik, zerknęłam z powrotem w stronę lasu. Wilka już nie było. Hmm, to było dziwne.
















