Dwudziestosześcioletni Leon Wolf był żonatym mężczyzną, którego niesławna reputacja była znana w całym Springfield City. Mieszkał z rodziną swojej żony – Mansonami – i przez trzy lata małżeństwa traktowano go jak parobka. Godność była dla niego pojęciem obcym, lecz znosił wszelkie upokorzenia w milczeniu i ani razu nie zaprotestował.
Przez ostatnie trzy lata każdego dnia harował jak wół w firmie Mansonów, a mimo to całą pensję musiał oddawać swojej żonie, Marilyn, do której nawet nie mógł się zbliżyć.
Kiedy wracał nocą do domu, musiał robić pranie, myć podłogi, gotować i wykonywać różne inne prace domowe. Mimo to pracował pilnie i bez słowa skargi.
Wierzył, że robiąc to wszystko, udowodni swoją wartość żonie i przekona ją, by została z nim aż do starości. Jednak w zamian otrzymał okrutny cios – dziecko!
Jego żona, z którą nigdy nawet nie spał, była w ciąży, a on miał zostać ojcem!
Ale czy ktokolwiek uznałby to za dobrą nowinę?
– Czy to dla ciebie takie trudne, żeby porządnie wyprać ubrania albo dobrze umyć podłogę, Leon? Jesteś bezużyteczny! Czy nic nie potrafisz zrobić dobrze? Dlaczego mamy cię tu trzymać, skoro nawet pies poradziłby sobie lepiej od ciebie?
...
Te ostre słowa padły z ust teściowej Leona, Helen Manson. Wytknęła go palcem i wybuchnęła gniewem.
Leon podniósł wzrok, a jego oczy były przekrwione ze złości.
– Helen! – Leon zacisnął zęby i syknął.
– Nie zwracaj się do mnie po imieniu. Nie jesteś godzien, by mnie tak nazywać!
Helen wyraziła swoją odrazę i pogardę.
Leon milczał i powstrzymał się od odpowiedz.
Trzy lata temu przypadkiem natknął się na patriarchę rodu Mansonów, gdy ten nagle zachorował.
Senior Manson, jak go nazywano, musiał zostać zaniesiony do szpitala na plecach Leona, co zajęło około ośmiu mil. Starzec otrzymał pomoc na czas i został uratowany dzięki życzliwości Leona.
Senior Manson, czując się dłużnikiem, postanowił odwdzięczyć się, wydając swoją wnuczkę, Marilyn, za Leona. Reszta rodziny była temu przeciwna, ale starzec pozostał głuchy na ich sprzeciwy.
Od tamtej pory Leon mieszkał z Mansonami przez trzy lata.
Trzy lata!
Nawet człowiek o sercu z kamienia przekonałby się do kogoś w takim czasie, ale ten zgorzkniały duet matki z córką czynił to niemożliwym!
Marilyn i jej rodzina patrzyli na niego z góry z głębi serca tylko dlatego, że był sierotą bez perspektyw i pochodzenia.
Mimo jego największych starań, Marilyn i pozostali nieustannie go krytykowali, bili i lżyli na każdym kroku.
Senior Manson był jedyną osobą w całej rodzinie, która traktowała go dobrze.
Gdy Senior Manson był w pobliżu, by go chronić, jego teściowa Helen potrafiła się powstrzymać – ale tylko do pewnego stopnia.
Odkąd Senior Manson zmarł na chorobę miesiąc temu, Helen i wszyscy inni praktycznie zintensyfikowali swoje wysiłki, by go wygonić.
Stał się niechcianą obecnością w rodzinie i spędzał dni traktowany gorzej niż pies...
Drzwi do pokoju otworzyły się i weszła Marilyn, od której biła woń alkoholu. Ubrana w modne ciuchy i czarne jedwabne pończochy, jej kuszący krok i uwodzicielsko zarumieniona twarz były nie do odparcia dla niemal każdego mężczyzny.
Widząc jej powrót, Leon spojrzał na nią i poczuł falę bólu w obolałym sercu. Nie mógł pojąć, jak mogła wyjść na drinka, będąc w ciąży!
Pierwszym odruchem Leona było podejść i ją podtrzymać, ale Marilyn natychmiast go odepchnęła.
– Łapy precz ode mnie! Pakuj swoje rzeczy natychmiast i wynoś się stąd do diabła. Jutro bierzemy rozwód w Urzędzie Stanu Cywilnego!
– Co?! Dlaczego?!
W tym momencie pojawiła się Helen i zaczęła przeklinać Leona, gdy tylko zobaczyła go stojącego w osłupieniu.
– Co ty robisz, Leon? Przynieś miednicę z wodą i zacznij myć stopy Lulu!
Helen podeszła do Marilyn z wyrazem uwielbienia na twarzy. Delikatnie ujęła dłoń kobiety i zapytała z troską: – Dlaczego pijesz tyle alkoholu? To niedobre dla dziecka. Włożyłaś tyle wysiłku, by wreszcie zajść w ciążę z synem Brody'ego, więc nie możesz pozwolić, by cokolwiek mu się stało.
Już nie mogła się doczekać wnuka, mimo że termin porodu był odległy o wiele miesięcy. Tylko chłopiec dałby jej córce szansę na zostanie żoną Brody'ego. Jedynym powodem, dla którego trzymała Leona w pobliżu, było to, że nie była pewna płci dziecka – w końcu ktoś musiał opiekować się jej córką, a wynajęcie opiekunki kosztowałoby dodatkowe pieniądze.
– Nie kłopocz się myciem moich stóp! Wystarczająco wycierpiałam przez twoją bezużyteczność przez ostatnie trzy lata, Leon! Rozwiedźmy się jutro!
Marilyn spojrzała na Leona z zimnym, aroganckim i pogardliwym wyrazem twarzy.
Leon natychmiast poczuł się tak, jakby jego serce zostało przebite tysiącem strzał. Wiedział, że nie jest godzien Marilyn, a jednak pracował ciężko i znosił wszystko przez trzy lata, mając nadzieję na zdobycie jej uznania.
Nie wiedział, że w zamian za całą jego ciężką pracę otrzyma żądanie rozwodu!
– Masz rację! – Helen też to sobie uświadomiła. – W końcu mamy teraz dziecko Brody'ego i zszargałoby to naszą reputację, gdyby ludzie dowiedzieli się, że on wciąż z nami mieszka.
– Jestem zmęczona. Mogłabyś odprowadzić mnie do pokoju, żebym mogła odpocząć? Widok tego idioty mnie brzydzi!
Marilyn czule pogłaskała się po brzuchu, martwiąc się, czy inne kobiety wokół Brody'ego będą próbowały im przeszkodzić, gdy jej brzuch urośnie. Gdy Helen pomagała Marilyn wejść do pokoju, dogryzła Leonowi: – Dlaczego wciąż tu stoisz? Planujesz zostać i opiekować się dzieckiem, które nawet nie jest twoje?
W tym ułamku sekundy upokorzenie, gniew i miriady innych negatywnych emocji przytłoczyły serce Leona. Czuł się jak porzucony przybłęda, bezlitośnie wygoniony z domu. Wszystkie jego rzeczy z trzech lat małżeństwa – w tym dowód osobisty – zostały wrzucone do kosza na śmieci. Najsilniejszym uczuciem Leona w tamtej chwili było gorzkie rozczarowanie.
Był bezdomny.
Przez te trzy lata jego zarobki z pracy były w całości przekazywane teściowej i nie dostawał ani grosza. Nie różnił się niczym od dzikiego psa.
Leon błąkał się po ulicach i trafił na cmentarz, gdzie poczuł chłód powietrza w ciemności.
Stanął przed nagrobkiem, jego wyraz twarzy był samotny, a oczy szeroko otwarte, lecz nie spadła ani jedna łza.
Nie wiedział, czy czuć gniew, rozpacz czy rozczarowanie.
W milczeniu patrzył na nagrobek zmarłego Seniora Mansona, jedynej osoby, która chroniła go i dbała o niego przez te trzy lata. Po wyrzuceniu z domu Leon czuł się w obowiązku oddać hołd staruszkowi po raz ostatni.
Chociaż zamierzał złożyć wyrazy szacunku, nie miał przy sobie pieniędzy i nie mógł sobie pozwolić nawet na kupno najtańszych kwiatów.
– Dziękuję za opiekę nade mną przez te trzy lata, proszę pana...
– Jutro zamierzam rozwieść się z Marilyn...
– Nie udało mi się spełnić pańskich oczekiwań...
Oczy Leona były czerwone. Ukląkł w mroku nocy i wielokrotnie pokłonił się przed nagrobkiem Seniora Mansona. Trudno było ubrać w słowa gorycz i smutek w jego sercu.
Po oddaniu hołdu podniósł wisiorek, trzymał go w dłoni i usiadł tępo na ziemi, opierając się plecami o nagrobek.
Bez wiedzy Leona wisiorek zdawał się emitować delikatne białe światło, jakby wyczuwał w nim gniew i upokorzenie...