O świcie, Odalys Stone otworzyła oczy, a światło słoneczne wpadające przez okno zmusiło ją do zmrużenia powiek.
Przez chwilę wpatrywała się bezmyślnie, jej umysł był otępiały, zanim jej wzrok padł na krzywy kalendarz na ścianie. Gorzki uśmiech wykrzywił jej usta.
Wróciła.
Wróciła do tego przeklętego dnia – dnia, w którym jej życie zostało rozerwane na strzępy. Dnia, w którym została sprzedana w piekielne małżeństwo, zdradzona przez tych, których nazywała rodziną, i ostatecznie zabita.
Nienawiść wrzała w jej żyłach, narastając jak przypływ, który groził jej utopieniem. Ale równie szybko zmusiła ją do opadnięcia, pozwalając lodowatemu spokojowi zająć jej miejsce. Jej przeszłe życie już wycisnęło z niej każdą ostatnią kroplę emocji.
Nie tym razem. Tym razem nie była tą naiwną, bezradną dziewczyną. Żyła. I była tutaj, aby im zapłacić, każdemu z nich.
Odgłos ciężkich kroków wyrwał ją z zamyślenia. Gwałtowne pukanie zatrzęsło drzwiami, a następnie rozległo się głośniejsze, bardziej niecierpliwe walenie.
Zanim Odalys zdążyła się poruszyć, drzwi otworzyły się z ogłuszającym trzaskiem. Wysoka postać wpadła do środka, chwytając ją brutalnie za ramię i szarpiąc do góry.
"Odalys Stone, jesteś kurwa głucha?" warknął Henry Bennett, jego uścisk był bolesny, a wyraz twarzy świadczył o czystej wściekłości.
Jej twarz stała się lodowata, a usta wykrzywiły się w szyderczym uśmiechu. Bez wahania gwałtownie przekręciła jego nadgarstek i odepchnęła go z siłą, która go zatoczyła.
Gdy odzyskał równowagę, mrugając w osłupiałym niedowierzaniu, Odalys spokojnie sięgnęła po telefon, naciskając przycisk nagrywania bez chwili zawahania.
Henry gapił się na nią, z opadniętą szczęką. To nie była potulna, posłuszna siostra, którą znał – ta, która wzdrygała się na każde jego słowo. Nie kuliła się i nie przepraszała. Broniła się.
"Co w ciebie wstąpiło?" wypluł, grożąc jej oskarżycielskim palcem. "Myślisz, że to jakiś żart? Stewartowie przyjeżdżają dzisiaj, a ty wciąż leżysz w łóżku? Chcesz, żeby wzięli Sophię zamiast ciebie? O to chodzi?"
Spojrzenie Odalys stwardniało, a jej głos przeciął jego tyradę jak nóż. "Dlaczego, Henry? Czy to nie ona jest z nim zaręczona? A może dlatego, że ich syn umiera, chcesz, żebym zajęła jej miejsce? Boisz się, że zostanie wdową, a ja? Jestem po prostu zbędna, prawda?"
Jego usta otwierały się i zamykały, a jego twarz przybrała brzydki odcień czerwieni. "Sophia jest inna," wymamrotał, uciekając wzrokiem. "Jeśli ludzie dowiedzą się, że była już wcześniej zamężna, jej życie będzie zrujnowane."
Gorzki śmiech uciekł z jej ust, ostry i zimny. "Och, rozumiem. Jej reputacja jest święta, a moja? Jest do wyrzucenia? Jak cholernie wygodne."
Pięści Henry'ego zacisnęły się u jego boku, a jego twarz wykrzywiła się z gniewu. Zanim zdążył się zamachnąć, w drzwiach pojawiła się wątła postać.
"Henry, przestań," powiedziała Sophia Bennett, jej głos drżał, gdy łzy spływały po jej bladej twarzy. Wyglądała rozpaczliwie żałośnie, jej szeroko otwarte oczy błyszczały smutkiem. "Zrobię to. Wyjdę za niego, dobrze? Jeśli umrze, to... to wtedy..." Jej głos załamał się w szloch, a jej kruche ciało trzęsło się, jakby miała zaraz upaść.
"Dość!" Głos Hannah Bennett przeciął pokój jak bicz.
Odalys skierowała wzrok na swoją matkę, która stała w drzwiach w towarzystwie dwóch braci, Caspiana i Atlasa Bennettów. Ich twarze były naznaczone wściekłością, a pogarda dla niej była wyczuwalna.
"Odalys," warknął Caspian, zaciskając pięści, "jak możesz być taka bezduszna? Sophia jest twoją siostrą. Naprawdę pozwolisz jej zmierzyć się z tym samej?"
Atlas skrzyżował ramiona, jego ton ociekał obrzydzeniem. "Nie prosimy cię o śmierć. Po prostu wyjdź za niego na jakiś czas. Kiedy odejdzie, wrócisz cała i zdrowa. O co tyle hałasu?"
Ich zuchwałość była wręcz śmieszna.
Przed podróżą w czasie mogłoby ją to złamać. Mogłaby krzyczeć, błagać ich, by zrozumieli, tylko po to, by zostać zmiażdżoną pod ciężarem ich szantażu i okrucieństwa.
Została odurzona, pozbawiona godności i zmuszona do tego przeklętego małżeństwa. A kiedy stało się to zbyt trudne, zakończyła to wszystko w rozpaczy.
Ale nie tym razem.
"Dobrze," powiedziała chłodno, jej ton był tak spokojny, że aż niepokojący. "Nigdy nie powiedziałam, że za niego nie wyjdę."
Biorąc głęboki oddech, Odalys wyprostowała ramiona, a jej usta wykrzywiły się w spokojny, niemal pogodny uśmiech. Bez słowa podeszła do biurka, podnosząc długopis i papier. Jej telefon, wciąż nagrywający, uchwycił każdy wyrachowany ruch.
W pokoju zapadła cisza. Wymienili zmieszane spojrzenia, próbując rozgryźć, w jaką grę gra.
Chwilę później odwróciła się do nich, trzymając dokument, który właśnie napisała. "Oto umowa – wszyscy podpisujecie to porozumienie o zerwaniu wszelkich więzi rodzinnych ze mną. Chcę, żeby to było szczelne, prawnie wiążące i notarialnie poświadczone. Żadnych bzdur, żadnych kruczków prawnych. Kiedy to zostanie zrobione, wyjdę za tego faceta. Proste."
Ich osłupiała cisza szybko zamieniła się w oburzenie.
Atlas chwycił dokument z szyderczym uśmiechem, jego głos ociekał kpiną. "Ty? Zerwać z nami więzi? Za kogo się uważasz? Wyduś to z siebie – ile chcesz?"
Henry nawet się nie zawahał. Wyciągnął z portfela elegancką czarną kartę i rzucił ją na stół z zimnym, obojętnym wyrazem twarzy. "Trzydzieści tysięcy dolarów. Weź to i znikaj. Przestań odgrywać ofiarę – to tylko pieprzone wesele. Zachowujesz się, jakbyśmy wysyłali cię na szubienicę."
Oczy Sophii zamigotały na chwilę iskierką ulgi, gdy zobaczyła umowę, ale szybko stłumiła ją krokodylimi łzami. "Nie, nie, nie róbcie tego, siostro!"
Jej głos załamał się, gdy pokręciła głową, jej ton był pełen przesadnej rozpaczy. "Pójdę. Wyjdę za niego, jeśli trzeba. Proszę, nie kłóćcie się z mamą i chłopakami przeze mnie. To moja wina – powinnam była wyjść z domu, gdy tylko wróciłaś, gdybym wiedziała, że tak się czujesz."
Odwróciła się dramatycznie, a jej krucha postać drżała z żalu, i wygodnie osunęła się w ramiona Henry'ego.
"Sophia," wymamrotał Henry, trzymając ją blisko, jakby była z porcelany. Spojrzał na Odalys jadem. "Czy o to ci chodziło? Żeby rozerwać tę rodzinę?"
Odalys odpowiedziała na jego wściekłość lodowatym dystansem. "Nie rozrywam niczego. Po prostu podpisz tę cholerną umowę, zanieś ją do notariusza, a ja pójdę zagrać twojego baranka ofiarnego."
Ich gniewne, niedowierzające twarze tylko podsycały jej wewnętrzną rozrywkę. 'Dlaczego marnowałam tyle lat, próbując zadowolić tych ludzi? Dlaczego błagałam o uczucie od ludzi, którzy nie nasikaliby na mnie, gdybym się paliła?'
Kiedyś była ich odrzuconą córką, odrzuconą jak śmieć, podczas gdy paradowali ze swoją "następczynią" – lśniącą nową dziewczyną, którą adoptowali, by wypełnić jej miejsce.
W międzyczasie Odalys została zdana na siebie na ulicach, ledwo przeżywając. Gdyby nie jej mentor, dawno by nie żyła.
A jednak, pomimo tego wszystkiego, wróciła, mając nadzieję na zdobycie ich miłości, tylko po to, by zostać zdradzona w najokrutniejszy sposób. Ale tym razem? Tym razem nie była tu, aby błagać.
"Będziesz tego żałować!" przenikliwy głos Hannah przeciął napięcie jak bicz. Odwróciła się do najbliższego sługi i warknęła: "Sprowadź prawnika. Natychmiast!"
Jej rozpacz była wręcz śmieszna – nie martwiła się zasadami, tylko tym, że Odalys się wycofa. Bracia wymienili niespokojne spojrzenia, ale milczeli, zbyt przestraszeni, by rzucić wyzwanie matce.
"E... tak, proszę pani," wydukał sługa, po czym pośpiesznie oddalił się.
Henry stał jak wryty, zaciskając szczękę, gdy przetwarzał to, co się dzieje. "Mamo, chyba nie robisz tego na poważnie, prawda?" zapytał, a w jego głosie brzmiało niedowierzanie.
Ale zanim zdążył uzyskać odpowiedź, miękki szloch Sophii ukradł show.
"Mamo, nie posuwajmy się za daleko," wtrącił Caspian, grając zatroskanego brata. "Ona wciąż jest rodziną."
Usta Hannah wykrzywiły się w szyderczym uśmiechu, a w jej oczach błysnęła czysta pogarda. "Ten niewdzięczny bachor myśli, że może po prostu odejść? W porządku. Niech spróbuje. Bez nazwiska Bennett, zobaczymy, jak daleko zajdzie na tym świecie."
Prawnik przybył chwilę później, wyglądając na całkowicie zdezorientowanego, ale profesjonalnego jak zawsze. Hannah wepchnęła mu dokument bez wahania, obserwując, jak został oficjalnie poświadczony notarialnie.
Odalys wzięła podpisaną umowę, jej twarz była spokojna i nieczytelna. Zrobiła zdjęcie telefonem, zanim wsunęła dokumenty do torby. Bez słowa odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi, a jej obcasy klikały ostro o marmurową podłogę.
"Zejdź," powiedziała chłodno, a jej głos brzmiał jak ostrze. "Stoisz mi na drodze."
Hannah stała jak wryta, jej wściekłość wrzała pod powierzchnią. W końcu chwyciła telefon i rzuciła nim w stronę oddalającej się postaci Odalys. "Ty samolubna mała suko! Próbujesz mnie zabić?!"
Ale Odalys nawet nie drgnęła. Jej głos poniósł się po schodach, spokojny i ostry. "Czy to są prezenty ślubne od rodziny Stewartów?"
"Tak, proszę pani," odpowiedział niepewnie sługa.
Wszyscy zamarli, a ich konsternacja szybko przekształciła się w ciekawość, gdy podążali za nią na dół. Tam Odalys stała w wejściu, oglądając stosy wystawnych prezentów ułożonych starannie przy drzwiach.
Wyciągnęła dowód tożsamości i wręczyła go najbliższemu słudze. "Idź do banku. Otwórz skrytkę depozytową i przechowuj tam wszystko."
Sługa zamrugał, wyraźnie oszołomiony. "Słucham, proszę pani?"
Odalys uniosła brew, a jej usta wykrzywiły się w uśmiechu. "Jakiś problem? Czy to nie są prezenty dla mnie?"
"T-tak, proszę pani," wydukał, szybko kiwając głową.
Na jej rozkaz ekipa strażników zaczęła wkładać ekstrawaganckie prezenty z powrotem do ciężarówek. W okazałej posiadłości Bennettów wybuchł chaos, gdy pracownicy rzucili się do wykonywania jej poleceń.
"Co ty do cholery robisz?!" wrzasnęła Hannah, a jej głos był ochrypły z wściekłości.