Dziś wieczorem Genevieve Vance nie zamierzała nikogo zabić.
Wzięła głęboki oddech, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Ta deklaracja wydawała się kołem ratunkowym. "Nie dziś", szepnęła, jakby głośniejsze słowa mogły zrujnować kruchą determinację, którą składała w całość przez kilka ostatnich tygodni.
Czerwona sukienka, którą ukradła siostrze, przylegała do jej posiniaczonej skóry. Nienawidziła sukienek odsłaniających ramiona, ale na dzisiejszy wieczór ta była idealna. Siniaki na jej ramieniu były świeże, paskudne – i dokładnie takie, jakich potrzebowała. Niech zobaczą.
Niech wszyscy zobaczą.
W miękkim świetle łazienki siniaki wyglądały jak cienie. Były prawdą kryjącą się za kłamstwem, w którym żyła – życiem pełnym pozorów i znoszenia bólu. Ćwiczyła swój uśmiech. Był pusty, wyzuty z emocji, uśmiech, który mówił o samotności i ciężarze, jaki nosiła.
Właśnie tego potrzebowała.
Zadowolona ze swojego wyglądu Genevieve wyszła z łazienki. Gdy wkroczyła na werandę, powitały ją odgłosy śmiechu i muzyka – rażący kontrast dla ciszy, która zazwyczaj wypełniała zakamarki jej umysłu, ciszy zrodzonej ze zbyt wielu nocy spędzonych w samotności, zbyt wielu siniaków ukrytych pod długimi rękawami.
Impreza na tyłach rezydencji watahy trwała w najlepsze, ale z przodu było ciszej; kręciło się tu zaledwie kilka osób, które mijały ją z powitaniem. Czuła ich wzrok na swoim ramieniu i szyi, ale jak zawsze ich spojrzenia uciekały w bok. Ignorowali ją. Dokładnie tak, jak zawsze.
Widzą tylko to, co chcą widzieć – pomyślała gorzko, a uraza wezbrała w jej gardle jak żółć. Westchnienie uciekło z jej warg, gdy spojrzała w górę na księżyc, którego srebrzyste światło rzucało na rezydencję niemal oniryczny blask.
Wszyscy zdawali się dobrze bawić, a w szczególności gość honorowy, książę Kaelen, jeden z Książąt Wilkołaków. Wzrok Genevieve powędrował na tyły rezydencji, gdzie pulsowała muzyka, mieszając się z gwarem rozmów gości. To miała być długa noc.
Malachai, jak zawsze, przeszedł samego siebie, upewniając się, że jedzenia i napojów wystarczy, by impreza trwała do świtu. Wszyscy go za to uwielbiali – za jego zdolność do sprawiania, by wszystko wydawało się idealne. Gdyby tylko potrafił włożyć tyle samo wysiłku w ich małżeństwo. Ale to wymagałoby od niego, by w ogóle go to obchodziło.
Genevieve odwróciła się od księżyca. Rezydencja jawiła się jako wysoka i imponująca, zimny, szary monolit na tle nocnego nieba. Nie kwitły tu żadne kwiaty. Matka Mala, Luna Morgana, gardziła nimi, twierdząc, że ich żywe kolory kłócą się z mroczniejszą naturą watahy. Szary świat, rządzony przez stworzenia nocy.
Jej obcasy stukały rytmicznie na kamiennej ścieżce, gdy szła w stronę muzyki, a każdy krok zbliżał ją do niego. Mal, jej mąż. Przyszły Alfa. Drapieżnik w owczej skórze. Gniew tlił się tuż pod powierzchnią, grożąc wybuchem.
Muzyka stawała się głośniejsza, w miarę jak zbliżała się do ogrodowego labiryntu. Zazwyczaj unikała tego miejsca – był to klaustrofobiczny gąszcz, którego ściany zaciskały się wokół niej, dusząc ją. Ale dzisiejsza noc wydawała się inna. Ogarnęło ją dziwne poczucie spokoju. Po prostu kolejny test, powtarzała sobie. Kolejna próba przetrwania.
Mimo nienawiści do labiryntu, znała go dobrze. Stał się on azylem, miejscem, w którym mogła ukryć się przed mężczyzną, który miał ją chronić.
Znajomy zapach uderzył ją, gdy zaczęła zapuszczać się głębiej w labirynt. Jego woda kolońska. Oczywiście, że to musiał być on. Przyspieszyła kroku, a gniew znów w niej wezbrał. Po jakiego diabła tu był? Czy nie powinien dotrzymywać towarzystwa księciu Kaelenowi? I jak śmiał przyprowadzać ją tutaj? To był jej dom, jej więzienie, a on obnosił się tu ze swoją niewiernością.
Zuchwałość tego czynu sprawiła, że zacisnęła pięści, wychodząc zza rogu. Znalazła ich. Mal i jego kochanka, zatraceni we własnym świecie. Wyglądali razem idealnie – para dobrana w piekle. Jej żołądek skręcił się ze znajomego bólu. Chciała krzyczeć, ale słowa uwięzły jej w gardle, dławiąc ją.
Odwracając się na pięcie, ruszyła w przeciwnym kierunku. Lepiej było udawać, że o niczym nie wie. Lepiej to, niż skończyć martwą. Ale nie była wystarczająco szybka.
– Genevieve? – Głos Mala przeciął noc, działając jej na nerwy. Nawet jego głos jest paskudny. Odwróciła się, udając zaskoczenie.
– Mal? – Jej ton był starannie wyważony, niewinny i zdezorientowany. Nie dziwiło jej, że widzi go samego. Kochanki wciąż były tematem tabu w świecie wilkołaków. Część niej pragnęła, by była na tyle odważna, by się mu postawić, ale nie była. Jeszcze nie.
– Co ty tutaj robisz? – Jego oczy powędrowały na jej sukienkę, a brwi uniosły się z pogardą. Świetnie. Dokładnie takiej reakcji się spodziewała. – Co to, do cholery, za sukienka?
– Czyżbyśmy nie mieli przyjęcia? Myślałam... – zaczęła, doskonale wiedząc, do czego to zmierza.
– Przebierz się – warknął, wchodząc jej w słowo.
– Co? – Genevieve zamrugała, udając niewiedzę, chociaż w jej żołądku zacisnął się węzeł strachu.
– Głucha jesteś? – syknął, a jego oczy były zimne i wściekłe. Odkąd wzięli ślub, Mala nigdy nie obchodziło, jak się prezentuje. Nigdy nie dbał o to, czy obnosiła się ze swoimi siniakami. Jednak fakt, że był tu książę, zmieniał wszystko.
– Ja... co masz na myśli, przebierz się? Chcesz, żebym zmieniła ubranie? – Genevieve udawała głupią, otwierając szeroko oczy w fałszywej niewinności.
– Co to ma być, do cholery, Genevieve? Dlaczego w ogóle ubrałaś coś tak... – Przerwał, a jego szczęka zacisnęła się z ledwo powstrzymywaną furią.
– Tak... co? – podpowiedziała, spuszczając wzrok, jakby była zawstydzona. Ale jedyne, co widziała, to ślady tego, jak traktował ją przez ostatnie kilka miesięcy. Jak pieprzone zwierzę.
– Nie zmuszaj mnie, żebym zaciągnął cię z powrotem do rezydencji – zagroził, wsuwając dłoń do kieszeni. W normalne dni jego słowa wystarczyłyby, by Genevieve ruszyła się i wykonała jego polecenie. Ale nie dziś.
Genevieve zamrugała wielkimi, brązowymi oczami, mając nadzieję, że wyda się jeszcze bardziej niewinna. – O czym ty mówisz? – zapytała cichym głosem. – Jak możesz w ten sposób mówić do swojej żony? – W jej oczach wezbrały łzy, stanowiąc idealny akcent dla jej gry. Udawanie słabej zawsze było jej mocną stroną, a przynajmniej w ich obecności.
– Po prostu... – Mal postąpił krok naprzód i chwycił jej już zranione ramię. Ból przeszył jej ciało, gdy jego uścisk się zacisnął, wywołując w niej wstrząs gniewu i strachu.
Pisnęła, bardziej ze zdziwienia niż z czegokolwiek innego. Naprawdę tracił w ten sposób kontrolę? Raniąc mnie na oczach wszystkich? Krzywdził ją, ale robił to tylko w samotności. Potem wmawiał wszystkim, że upadła, w coś uderzyła albo podawał jakiś inny żałosny powód, w który wszyscy woleli wierzyć. – Mal, to boli! Co ty robisz?
Zignorował ją, z zacisniętą w furii szczęką. – Żartujesz sobie ze mnie? Wparowujesz na imprezę ubrana jak dziwka? Musimy porozmawiać – warknął, wlokąc ją w stronę domu.
Konsternacja przemknęła przez umysł Genevieve. Dlaczego tak bardzo przejmuje się sukienką, a nie siniakami? Czy coś przegapiła?
– Postradałaś, kurwa, zmysły? – syknął. Jego głos był cichy, ale przepełniony jadem.
Panika wezbrała w Genevieve. Nie mogła pozwolić, by zabrał ją z powrotem do rezydencji! Szarpała się w jego uścisku, a strach dodawał jej sił. Ale na próżno.
– Nie udawaj przede mną niewinnej. Dokładnie wiem, co robisz – próbujesz uwieść tego cholernego księcia! – Oskarżenie Mala uderzyło ją jak cios.
Łzy zamazyały jej obraz. – Uwieść go? Oszalałeś? To tylko sukienka! – jęknęła, desperacko próbując uwolnić ramię. Chciała pochwalić się swoimi siniakami, by wszyscy – łącznie z księciem – je zobaczyli. A ten cholerny człowiek gadał o sukience? O co tu do cholery chodzi?
Ale Mal był nieugięty i szarpnął nią brutalnie w stronę rezydencji. Potknęła się, a jej obcasy zatopiły się w miękkiej trawie. Poczuła, że coś zadrasnęło ją w nogi i natychmiast poczuła zapach krwi.
– Błagam, Mal, przestań! Ranisz mnie! – krzyknęła z nadzieją, że ktoś to zauważy, że przyciągnie to wystarczająco dużo uwagi.
– Panie Malachai Kross – przerwał jakiś głos, przecinając noc niczym nóż. – Nie tak wilk powinien traktować swoją partnerkę.
Mal zamarł, a jego uścisk natychmiast zelżał. Oboje odwrócili się w stronę głosu. Niemal natychmiast serce Genevieve zabiło szybciej, gdy z cieni wyłoniła się wysoka sylwetka. Książę Kaelen.
Był równie imponujący, co wtedy, gdy zobaczyła go po raz pierwszy; jego obecność budziła respekt i autorytet. Jego przenikliwe, szare oczy odnalazły jej spojrzenie, a Genevieve natychmiast poczuła intensywność tego wzroku. Jak ktoś mógł mieć oczy, które wyglądały jak księżyc? Błyszczały jak klejnoty, piękne w sposób wręcz niepokojący. Idealnie dopełniały jego ostro zarysowane rysy, nadając mu aurę nietykalnego majestatu.
Uścisk Mala znów się zacisnął, tym razem ze złości. – Nie ma pan prawa się wtrącać. To sprawa między mną a moją żoną! – wypluł, a jego głos był pełen fałszywej brawury, której załamywanie się wyczuwała nawet Genevieve.
Kaelen zignorował wybuch Mala, wbijając wzrok w Genevieve. Podszedł bliżej, a każdy jego krok był miarowy i przemyślany, jakby ważył każdy możliwy rezultat. – Czy wszystko w porządku? – zapytał, a jego głos złagodniał, gdy zwracał się do niej.
Genevieve skinęła głową; głos uwiązł jej w gardle. Obecność Kaelena była przytłaczająca, ale po raz pierwszy od niepamiętnych czasów poczuła coś zbliżonego do bezpieczeństwa – czuła się niemal bezpieczna.
– Nie ma pan prawa się wtrącać – warknął Mal, stając przed Genevieve, jakby chciał ją osłonić przed księciem.
Wzrok Kaelena przeniósł się na Mala, a jego wyraz twarzy stwardniał, stając się zimny i niebezpieczny. – Mam pełne prawo, gdy widzę wilka źle traktującego swoją partnerkę. To sprzeciwia się wszystkiemu, w co wierzymy.
Twarz Mala wykrzywiła się z wściekłości, ale nie drgnął. Wiedział równie dobrze jak Genevieve, że z tym mężczyzną nie wolno igrać. To był książę Kaelen Thorne, gość honorowy, syn Króla Alf. Jego reputacja go wyprzedzała – bezlitosny, niewybaczający, człowiek, który zabijał bez wahania.
Kaelen zwrócił się z powrotem do Genevieve, wyciągając rękę. – Chodź ze mną – powiedział łagodnie. – Nie musisz tu zostawać.
Genevieve zawahala się, przenosząc wzrok na Mala. Za Kaelenem widziała już kilku członków ich watahy, przyciągniętych tym zamieszaniem, którzy się im przypatrywali. Idealnie. To była jej szansa.
– Właściwie... – zaczęła, a jej głos drżał na tyle, by uwiarygodnić ten akt. – Chciałabym zostać. – Przełknęła ślinę, przenosząc wzrok na kogoś, kto właśnie pojawił się za Malem – swojego ojca, człowieka, który zmusił ją do tego małżeństwa. – Błagam, Wasza Wysokość... – powiedziała, a łzy spłynęły jej po policzkach. – Proszę, unieważnij moje małżeństwo z powodu impotencji mojego męża!