Perspektywa Elle
Minął miesiąc od tamtej nocy z Bradem Rayne'em. Rzuciłam się w wir pracy, biorąc na siebie dodatkowe zadania i zostając po godzinach, cokolwiek, byle tylko zająć czymś umysł.
Moje ciało zachowywało się ostatnio inaczej. Byłam nieustannie zmęczona, a rano czasami miewałam mdłości.
Dzisiejszy dzień był wyjątkowo zły. Jarzeniówki w biurze wydawały się zbyt jasne, wbijając się w moją czaszkę. Na samą myśl o zwykłej porannej kawie, którą kupiłam, przewracało mi się w żołądku.
"West! Raport musi być gotowy do południa." Pani Jenkins rzuciła kolejną teczkę na mój i tak już niebotyczny stos. Zmarszczyła lekko brwi, patrząc na mnie. "Nie wyglądasz dobrze. Czy dobrze się czujesz?"
Skinęłam mechanicznie głową. "Tak, pani Jenkins. Po prostu jestem zmęczona."
Gdy odeszła, zauważyłam coś dziwnego. Dwóch wilkołaków ze stanowisk kierowniczych, którzy zeszli do działu kadr po jakieś dokumenty, wpatrywało się we mnie z drugiego końca pokoju, a ich nozdrza lekko drżały. Jeden z nich zrobił nawet krok w moją stronę, zanim jego kolega nie pociągnął go z powrotem, pilnie coś szepcząc.
Pokój zaczął wirować. Chwyciłam się krawędzi biurka, próbując odzyskać równowagę. Mój wzrok się zamazał, a po ciele rozlało się dziwne ciepło, koncentrujące się wokół oczu. To uczucie było niepodobne do niczego, czego doświadczyłam wcześniej – jakby elektryczność wypływała z mojej twarzy.
"Elle?" Sarah od biurka obok mówiła do mnie, ale jej głos brzmiał, jakby dobiegał z daleka. "Wszystko w porządku? Twoje oczy..."
Serce łomotało mi w piersi. Coś było bardzo nie tak. Czułam to w każdej komórce mojego ciała – przesunięcie, zmianę, której nie potrafiłam wyjaśnić. Strach ścisnął mnie za gardło, gdy próbowałam wstać, powiedzieć, że nic mi nie jest, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
"Pomóżcie jej!" usłyszałam czyjś krzyk.
Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłam, zanim pochłonęła mnie ciemność, były zszokowane twarze moich współpracowników.
---
Obudziło mnie miarowe pikanie monitora pracy serca. Biały sufit, antyseptyczny zapach – zdecydowanie szpital. Ale nie ciasna ludzka klinika, którą odwiedziłam, gdy w dzieciństwie złamałam rękę. Ten pokój był przestronny, z najnowocześniejszym sprzętem, który widziałam tylko w czasopismach.
U stóp mojego łóżka stał lekarz, studiując tablet z namarszczonymi brwiami. Był wyraźnie wilkołakiem – wysoki, imponujący, z tą naturalną gracją, którą wszyscy posiadali.
"Pani West" – powiedział, zauważywszy, że się obudziłam. "Jak się pani czuje?"
"Jestem zdezorientowana" – przyznałam ochrypłym głosem. "Co się stało?"
"Zemdlała pani w pracy. Współpracownicy wezwali pogotowie." Zbliżył się powoli, wbijając we mnie wzrok z intensywnością, która sprawiła, że poczułam się nieswojo. "Nazywam się doktor Reeves. Czy mogę sprawdzić pani oczy?"
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, zaświecił latarką w moje prawe oko, a potem w lewe. Jego ostry wdech sprawił, że serce zamarło mi w piersi.
"Co mi dolega?" zapytałam, czując narastającą panikę.
"Pani heterochromia... wykazuje niezwykłe właściwości." Wydawał się ostrożnie dobierać słowa, ale dostrzegłam w jego oczach ledwo tłumione podekscytowanie. "Różnokolorowe oczy, z którymi się pani urodziła, to nie tylko różnica kosmetyczna. One... reagują."
"Reagują na co?" Mój głos drżał.
"Właśnie to próbujemy ustalić." Odłożył latarkę i wziął moją kartę. "Pani West, powiem pani coś nieoczekiwanego. Zgodnie z wynikami badań krwi, jest pani w około szóstym tygodniu ciąży."
*Co on, kurwa, powiedział?*
Świat jakby przestał wirować. Słowa dźwięczały mi w uszach, podczas gdy mój umysł z trudem próbował je przetworzyć.
"Co? Nie, to niemożliwe. To znaczy... ja tylko..." Mój głos ucichł, gdy dotarła do mnie prawda. Sześć tygodni. Noc w hotelu z Bradem Rayne'em. Moja dłoń instynktownie powędrowała w stronę brzucha, a w oczach stanęły mi łzy. "O mój Boże."
"To nie wszystko" – kontynuował dr Reeves, uważnie obserwując moją reakcję. "Kiedy panią przywieziono, kilkoro pracowników-wilkołaków zgłosiło, że czuli niezwykły pociąg do pani. Pani stan emocjonalny wydawał się wpływać na nich na poziomie fizjologicznym. To, w połączeniu z unikalną sygnaturą energetyczną, którą emituje pani heterochromia..."
Cofnął się, wyraźnie przytłoczony własnymi odkryciami. "Muszę natychmiast skonsultować się ze starszym zespołem medycznym. To jest... bezprecedensowe."
Patrzyłam w oszołomieniu, jak wybiega z pokoju, a w moim umyśle szalała burza emocji. W ciąży. Z dzieckiem Brada Rayne'a. Człowiek noszący w sobie dziecko wilkołaka. Co to w ogóle znaczyło? I co się działo z moimi oczami?
Przez szklaną ścianę mojego pokoju widziałam, jak dr Reeves pilnie z kimś rozmawia przez telefon na stanowisku pielęgniarek.
Minęło dwadzieścia minut.
Nagle drzwi się otworzyły. Do środka wkroczył Brad Rayne, a jego potężna obecność natychmiast wypełniła pokój. Nasze spojrzenia się spotkały i przeszył mnie wstrząs elektryczny – częściowo ze strachu, częściowo z czegoś innego, czego nie chciałam nazywać. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałam: wysoki, imponujący, z tymi przenikliwymi, bursztynowymi oczami, które wydawały się patrzeć przeze mnie na wylot.
Moja pierś boleśnie się ścisnęła. Oto on, lada moment miał się dowiedzieć, że noszę jego dziecko. Chciałam zniknąć, zapaść się pod ziemię i uciec przed jego przenikliwym spojrzeniem.
Za nim weszła elegancka starsza kobieta, w której natychmiast rozpoznałam Elizabeth Rayne, jego babkę i Przewodniczącą Rady Wilkołaków. Jej srebrne włosy były zaczesane w surowy kok.
Oczy Brada nie odrywały się ode mnie, a wyraz jego twarzy był nieodgadniony. Ale czułam emanujące od niego napięcie. I to przerażało mnie jeszcze bardziej.
Elizabeth podeszła do łóżka, jej przenikliwy wzrok badał moją twarz.
"A więc to prawda" – mruknęła, wyciągając rękę, jakby chciała dotknąć mojej twarzy, ale zatrzymała ją tuż przed nią. "Prawdziwa, heterochromiczna partnerka. Nigdy nie myślałam, że zobaczę taką za swojego życia."
Partnerka? Słowo odbijało się echem w mojej głowie, obce i przerażające. Słyszałam plotki o partnerkach wilkołaków – ich wersji bratnich dusz, jak sądzono – ale co to miało wspólnego ze mną?
"Pani Rayne" – powiedział dr Reeves z szacunkiem. "Badania to potwierdzają. Jej oczy zaczynają manifestować sygnatury energetyczne zgodne ze starożytnymi tekstami. I jest coś jeszcze – spodziewa się dziecka."
Brwi Elizabeth powędrowały w górę. "Dziecka? Czyjego?"
Szczęka Brada wyraźnie się zacisnęła.
Moja twarz zapłonęła z upokorzenia. *To się nie dzieje naprawdę!*
"Myślę, że musimy odbyć prywatną rozmowę" – powiedziała w końcu Elizabeth, a jej głos zabrzmiał ostro i autorytarnie. "Doktorze, proszę nas zostawić."
Gdy dr Reeves pośpiesznie wyszedł, Elizabeth odwróciła się do mnie.
"Wiesz, kim jesteś, dziecko? Co oznaczają te twoje oczy?"
Potrząsnęłam głową, a słowa uwięzły mi w gardle. Moje gardło było zbyt zaciśnięte, by mówić.
"Jesteś tym, co nasz gatunek nazywa »prawdziwą partnerką« – idealnym genetycznym dopasowaniem dla wilkołaka Alfy. Te różnokolorowe oczy są starożytnym znacznikiem, niezwykle rzadkim. Zapewniają specjalne zdolności, zwłaszcza moc wpływania na emocje i zachowanie wilkołaków." Pochyliła się bliżej. "Ale jest pewien problem. Jesteś człowiekiem. Prawdziwe partnerki zawsze rodzą się wilkołakami. To nie wydarzyło się w odnotowanej historii."
Elizabeth nagle odwróciła się do Brada, mrużąc oczy. "Bradley, wytłumacz się. Jak to możliwe, że ta ludzka dziewczyna nosi pod sercem coś, co wydaje się być twoim dzieckiem?"
To bezpośrednie pytanie sprawiło, że się wzdrygnęłam. Nie mogłam spojrzeć na Brada, nie mogłam znieść widoku jego reakcji. Zamiast tego wpatrywałam się w swoje dłonie, trzęsąc się niekontrolowanie.
*Co do cholery dzieje się z moim życiem?*
















