Declan – 15 lat
Lyra – 12 lat
DECLAN.
Siedziałem na głazie na łące, spoglądając na całe terytorium należące do Watahy Argent Lune. Przyjechałem tu z ojcem odwiedzić jego przyjaciela, ale ponieważ nie miałem nic do roboty, postanowiłem sprawdzić tereny leśne i tak trafiłem w to miejsce.
Powiedzieć, że to miejsce było piękne, to mało powiedziane. Było wspaniałe. Przypominało mi Crescent Ridge na naszym własnym terytorium, które często odwiedzałem. Tak więc, nawet jeśli to miejsce nie należało do nas, czułem się tam spokojnie. Czułem się jak w domu.
Moje oczy były zajęte przeszukiwaniem całej okolicy, gdy usłyszałem ruch za plecami w krzakach kilka stóp dalej. Liście zaszeleściły, a malutkie kroki zadudniły o leśne podłoże. Odwróciłem głowę, czekając, aż właścicielka tych małych stóp wyłoni się z zarośli za mną. Nie minęło dużo czasu, gdy pojawiła się drobna postać, sapiąc z wysiłku po biegu, który musiała odbyć.
Lyra.
Jej wielkie oczy jak u łani rozszerzyły się na mój widok i dostrzegłem w nich błysk lęku. Posłałem jej powitalny uśmiech, dając do zrozumienia, że przy mnie jest bezpieczna.
– Hej! Chodź tutaj! Wszystko w porządku? – skinąłem ręką, prosząc, by podeszła.
– Co tu robisz? – zapytała cichym głosem. Jej wzrok błądził wszędzie, byle nie na mojej twarzy.
– Ukrywam się przed światem. A ty? – zaśmiałem się cicho, ale to była prawda.
– Chowam się przed Rowanem. Chciał grać ze mną w gry planszowe, a ja powiedziałam, że nie chcę, ale on ciągle do mnie przychodził. – Westchnęła głęboko, zanim stanęła przede mną.
Rowan jest synem Alfy Watahy Argent Lune i miał być następnym Alfą tej watahy. Jeśli Delilah, moja siostra, miała rację, Rowan podkochiwał się w Lyrze. To był jedyny logiczny powód, dla którego zawsze jej szukał i za nią chodził.
– Czy mogę tam usiąść? – zapytała grzecznie, wyrywając mnie z myśli.
Moje oczy przeniosły się na miejsce obok mnie, na które wskazywał jej mały palec, i natychmiast przesunąłem się na drugą stronę, by zrobić jej miejsce. – Oczywiście, czemu nie? To miejsce nie należy do mnie.
– Papa powiedział, że będziesz następnym Alfą swojej watahy, tak jak Rowan, i że muszę okazywać ci szacunek. – Tylko zaśmiałem się na jej słowa i nic nie odpowiedziałem. Poklepałem jedynie miejsce obok siebie.
– Gdzie jest Delilah? Miałam nadzieję pobawić się z nią dzisiaj – zapytała, siadając obok mnie, ale zauważyłem, że zachowuje dystans. Jej wzrok skupiony był na widoku przed nami, jakby nie chciała na mnie nawet zerknąć.
– Nie mogliśmy jej rano dobudzić, a nie mieliśmy czasu na nią czekać, więc pojechaliśmy bez niej. Ale powiem jej, że o nią pytałaś, może następnym razem wstanie wcześniej.
Skinęła tylko głową i zapytała: – Czy na waszym terytorium jest ładnie?
– Tak, uwielbiam tam być. – Moja odpowiedź płynęła prosto z serca.
– Chcę tam pojechać... Nie lubię tego miejsca. Może twoje terytorium będzie bardziej gościnne. Zabierzesz mnie? – zapytała z rozbrajającą niewinnością, a ja nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
– Nie mogę cię po prostu zabrać. Musiałabyś pojechać tam z rodzicami.
Wydęła wargi i skrzyżowała ramiona na piersi, wypuszczając ciche fuknięcie, ale wciąż patrzyła przed siebie. Zastanawiałem się, dlaczego ani razu na mnie nie spojrzała.
Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale zamknęła je, gdy w powietrzu rozległ się głośny głos.
– Lyra! Lyra! – Znałem ten głos i tylko potrząsnąłem głową z irytacją.
Oczy Lyry rozszerzyły się; wstała z głazu i zaczęła krążyć przede mną tam i z powrotem. – Rowan idzie... – powiedziała ściszonym tonem, a ja nie byłem pewien, czy mówiła to do mnie, czy do siebie.
– Muszę się schować – rzuciła pośpiesznie i zanim się obejrzałem, stała już przy wielkim, wysokim drzewie, próbując się na nie wspiąć.
– Wiesz, on i tak cię poczuje, nawet jeśli schowasz się tam na górze – powiedziałem cicho, patrząc, jak bezskutecznie próbuje się wspiąć. – Chyba że dotrzesz na sam szczyt.
Nic nie odpowiedziała, ale wciąż próbowała, a gdy nie mogłem już patrzeć, jak raz po raz się ześlizguje, wstałem i podszedłem do niej.
Chwyciłem ją za szczupłą talię i przycisnąłem jej ciało do siebie. Wydała z siebie ciche westchnienie, po czym zarzuciła mi ramiona na szyję, a w momencie, gdy uniosłem ją nad ziemię, mocno oplotła nogami moją talię.
Wspiąłem się na drzewo bezbłędnie – robiłem to mnóstwo razy podczas treningów na Alfę. Nie przestawałem się wspinać, dopóki nie dotarliśmy niemal do najwyższego punktu, wystarczająco wysoko, by nasz zapach nie unosił się przy ziemi.
Jej twarz była tak blisko mojej, że czułem jej słodki, cynamonowy oddech. Próbowałem zapanować nad moim wilkiem, Zanderem. Warczał w mojej głowie, chcąc przejąć kontrolę. Podobnie jak ja, był urzeczony słodkim zapachem Lyry.
Jako pierworodny czystej krwi rodziców-Alf, przeszedłem pierwszą przemianę podczas ostatniej pełni przed piętnastymi urodzinami. Było to zwyczajne wydarzenie dla przyszłego Alfy i to był ten sam powód, dla którego musiałem wejść tak wysoko na drzewo.
Rowan miał już szesnaście lat i był następcą Alfy w tej watasze. Miał już swojego wilka i mógłby nas wyczuć, gdybyśmy byli blisko.
Uścisk Lyry na mojej szyi zacisnął się, gdy usłyszeliśmy szelest liści i trzask gałązek. Niedługo potem pod nami pojawiła się sylwetka Rowana. Węszył w powietrzu, a ja miałem przeczucie, że złapał nasze ślady. Miałem tylko nadzieję, że będą na tyle słabe, by odpuścił i zaczął szukać gdzie indziej.
Lyra wciąż mocno do mnie przywierała, aż w końcu wtuliła głowę w zagłębienie mojej szyi. Jej oddech muskał moją skórę, a ja robiłem wszystko, co w mojej mocy, by powstrzymać się od wykorzystania naszej sytuacji. Miała tylko dwanaście lat. A jednak sprawiała, że czułem coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem.
Zamknąłem oczy i mocniej zacisnąłem dłoń na gałęzi, którą trzymałem, podczas gdy drugą ręką stabilnie ją podtrzymywałem.
To wtedy zdałem sobie sprawę, jak idealnie pasuje do moich ramion, jakby tam było jej miejsce, jakby należała do mnie.
– Czy on już poszedł? – Cichy głos Lyry wyrwał mnie z myśli i sprawił, że otworzyłem oczy. Wpatrywała się we mnie, jakby jej życie zależało ode mnie.
– Poczekajmy parę minut, zanim zejdziemy. – Skinęła tylko głową i znów oparła głowę na mojej szyi.
Westchnąłem głęboko, zanim ją zapytałem: – Czy jest ci wygodnie, czy chcesz, żebym poprawił naszą pozycję?
– Jest okej, Declan. Tak właściwie, jest tu bardzo przyjemnie – odpowiedziała słodkim głosem, a ja nie mogłem powstrzymać szerokiego uśmiechu, podczas gdy moje serce drżało ze szczęścia.
¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨
Declan – 18 lat
Lyra – 15 lat
DECLAN.
– Declan, proszę! Nie chcę jechać! – Jej głos podążał za mną, gdy schodziłem po schodach, kierując się do salonu.
Nie odważyłem się obejrzeć, bo wiedziałem, że gdy to zrobię, stracę pewność siebie i mogę ulec, pozwalając jej zostać z nami.
Kilka tygodni temu nasza wataha została zaatakowana, a mój ojciec, ówczesny Alfa, zginął wraz ze swoim Betą. Jego Gamma przebywał obecnie w szpitalu, walcząc o życie. Nie mając innego wyjścia, zostałem rzucony na stanowisko Alfy, wraz z moim Betą i Gammą, Prestonem i Corbinem.
Całe życie trenowaliśmy do tych ról, ale to wcale nie ułatwiało sprawy, gdy wszystko zostało zniszczone na naszych oczach w ciągu jednej nocy. Zmagaliśmy się z problemami, próbując zapewnić watasze przetrwanie, jednocześnie opłakując bliskich za zamkniętymi drzwiami.
A obecność Lyry wcale mi tego nie ułatwiała.
Jej ojciec, były wojownik i dobry przyjaciel mojego ojca, również zginął w ataku, pozostawiając Lyrę pod moją opieką. Byłoby łatwo, gdyby była zwykłą dziewczyną. Ale nie była.
Była wyjątkowa. Przynajmniej w moich oczach.
I ilekroć była w pobliżu, traciłem nad sobą panowanie.
Miałem całą watahę na swoich barkach i bywały dni, kiedy po prostu chciałem ulec pokusie zatracenia się, co oznaczałoby, że Lyra byłaby w niebezpieczeństwie. Nie chciałem stracić kontroli, gdy chodziło o nią.
Małe kroki podążały za mną i niedługo potem drobna dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku, szarpiąc go, bym się odwrócił.
– Alfo Declan... – Jej głos łamał się, co rozdzierało moje serce na kawałki. – Proszę...
Zamknąłem na chwilę oczy, zanim odwróciłem się twarzą do niej. Zastałem ją klęczącą na ziemi, z twarzą mokrą od łez uniesioną w górę, z oczami patrzącymi na mnie błagalnie.
– Wstań, Lyra... – opanowałem głos, by nie zadrżał. Chciałem przyciągnąć ją w ramiona, ale wiedziałem, że nie powinienem.
– Nie, proszę, Alfo. Nie odsyłaj mnie. Będę grzeczniejsza. Będę tu pomagać. Będę pracować. Nie... nie musisz mi płacić. Zrobię wszystko. Wszystko. Mogę sprzątać... dom watahy. Mogę prać ubrania... i zmywać naczynia... – Jąkała się pomiędzy szlochami, a ja nie mogłem już tego znieść.
Podniosłem ją z kolan i ująłem jej twarz w dłonie, wbijając wzrok głęboko w jej oczy. – Lyra, tylko kilka lat. Bądź dla mnie cierpliwa. A potem cię zabiorę z powrotem. Tam będziesz bezpieczna, ale któregoś dnia po ciebie wrócę.
– Proszę, Alfo... błagam cię... pozwól mi... zostać... – Jej łzy spływały po moich dłoniach, a mury, które zbudowałem, powoli topniały.
– Lyra, dość! Musisz jechać! – Podniosłem głos, bo nie wiedziałem, jak długo jeszcze zniosę widok jej w takim stanie. Musiała wyjechać.
Jej ciało zaczęło drżeć, zanim odtrąciła moje ręce od swojej twarzy.
– Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! Myślałam, że ci na mnie zależy! Ale ty się tylko popisywałeś! Teraz, gdy twój ojciec i mój ojciec nie żyją, pokazałeś swoje prawdziwe oblicze! Nie obchodzi cię nic poza byciem Alfą! – Wykrzyczała te słowa, a zawarta w nich nienawiść rozdzierała moje serce na kawałki. Gdyby tylko wiedziała.
Patrzyłem, jak biegnie w stronę wyjścia i wybiega z domu watahy, podczas gdy moje dłonie zaciskały się w pięści. Próbowałem powstrzymać się od pobiegnięcia za nią.
To dla jej dobra. Powtarzałem to sobie w kółko.
Po kilku sekundach do domu wszedł mój Beta, Preston. – Jest już w samochodzie. Odjeżdżamy. Jesteś pewien, że nie chcesz jechać z nami?
Potrząsnąłem głową, zaciskając usta. – Jedźcie. Rozmawiałem już z dyrektorem szkoły z internatem. Czekają na nią i zaopiekują się nią. Jedźcie bezpiecznie. – Odwróciłem się i odszedłem, nie czekając na jego odpowiedź.
Miałem zamiar udać się do swojego gabinetu, gdy zobaczyłem Delilah, moją siostrę, opartą o ścianę na korytarzu.
– Jesteś pewien, że chcesz to zrobić, Declan? Ona też właśnie straciła ojca, a ty wysyłasz ją gdzieś, gdzie nikogo nie zna. Potrzebujemy siebie nawzajem w tej chwili – powiedziała cichym głosem, z oczami wciąż spuchniętymi od płaczu.
– Podjąłem już decyzję, Delilah. – Odwróciłem od niej wzrok i szedłem dalej.
– Będzie cię za to nienawidzić.
– Wiem – odpowiedziałem głosem pełnym rezygnacji.
Ale nie miałem wyboru. Miałem watahę do poprowadzenia. I zakochiwałem się w niej.
Musiałem trzymać ją z dala od siebie, inaczej zatraciłbym się w tym procesie, gdyby została.
















