**Z perspektywy Vespery**
Tego dnia, jak każdego poprzedniego, budzę się z krzykiem.
Moje serce uderza gwałtownie o żebra, oszalałe, a skóra jest zlana zimnym potem. W mojej głowie wciąż rozbrzmiewają echa krzyków moich rodziców oraz płaczu moich braci i sióstr, rozdzierając mój umysł niczym niewidzialne ostrza. Ich głosy splatają się ze sobą – błagające, przerażone, umierające.
Mam nadzieję, pozbawioną głębszego przekonania, że nie będą mnie prześladować aż do mojego ostatniego tchnienia.
Po cichym pukaniu do drzwi do środka bezszelestnie wchodzi młoda służąca. Pomaga mi się przygotować, w milczeniu, uważając, by nie napotkać mojego wzroku. Nie potrzebuje jednak słów, bym zrozumiała, co czuje.
Litość. Smutek. Może nawet strach.
Dostrzegam ją kątem oka, jej twarz jest zamrożona w masce wymuszonej neutralności. Ale oczy ją zdradzają.
Widzi to, czym się stałam – cieniem samej siebie.
Moje niegdyś jedwabiste, białe włosy są teraz matowe, pozbawione życia. Moje błękitne oczy, które kiedyś odbijały światło, są niczym więcej niż zimnymi, pustymi otchłaniami.
Kiedy jestem gotowa, idę za nią przez zamkowe korytarze, myślami będąc zupełnie gdzie indziej.
Po niekończących się dniach płaczu nie mam już więcej łez do wylania. Mój żal stwardniał, zamieniając się w coś zimnego. Mam plan. Cel.
Wyglądam przez ogromne okna, a kontrast uderza mnie jak cios w brzuch.
Słońce świeci jasno, jakby ośmielało się udawać, że wszystko jest w porządku. W ogrodach uwijają się słudzy, a zwierzęta spokojnie się pasą.
Życie toczy się dalej – bezlitosne, obojętne na mój ból.
Ale ja też muszę iść naprzód.
Bolesny skurcz zaciska moją klatkę piersiową, gdy mój wzrok pada na znajomy zakątek ogrodu.
Huśtawka. Stół z kutego żelaza, z misternie rzeźbionymi krzesłami.
Zamykam oczy i wbrew sobie słyszę śmiech mojego rodzeństwa – cichy, beztroski, unoszący się w powietrzu niczym echo przeszłości.
Mama uwielbiała ten ogród. Spędzała całe godziny klęcząc w ziemi, z dłońmi ubrudzonymi glebą, pielęgnując swoje róże z czułym oddaniem.
Ale to wszystko jest już tylko wspomnieniem.
**Sala Tronowa**
Kiedy wkraczam do ogromnej sali tronowej, on natychmiast wstaje. Jego wzrok krzyżuje się z moim – pełen nadziei, uwielbienia… i szaleństwa.
Dreszcz obrzydzenia przebiega mi po plecach. Kiedyś uważałam go jedynie za członka dworu, odległą postać, która nie miała żadnego powodu, by w ogóle na mnie spojrzeć.
W którym momencie moje życie przybrało ten tragiczny obrót?
Kiedy stałam się ofiarą tego mężczyzny?
"Vespera! Jesteś piękniejsza niż kiedykolwiek," mówi z uśmiechem.
Jego wzrok omiata mnie, badając każdy rys mojej twarzy. Powstrzymuję chęć, by się cofnąć.
Wiem, co on robi.
Każdego dnia każe podawać mi niewielką dawkę trucizny – w sam raz tyle, by utrzymać mnie w słabości i zależności.
Moje policzki są zbyt blade, usta niemal pozbawione krwi, a pod oczami zapadły głębokie, ciemne cienie. Bezsenne noce płoną za moim suchym, obolałym spojrzeniem.
Kręcę głową i posyłam mu uśmiech zaprawiony ironią i pogardą.
"Przejdź do rzeczy, Kaelar," mówię oschle. "Przejdźmy przez tę bezcelową rozmowę jeszcze raz."
Wyraz jego twarzy ledwie się zmienia, ale dostrzegam błysk irytacji w jego oczach. Wzdycha.
"Dlaczego odmawiasz posłuchania głosu rozsądku, Vespero?"
Pozwalam ciszy ciągnąć się, ciążyć, zanim odpowiadam – a mój głos jest ostry jak brzytwa.
"Och, niech pomyślę... Może dlatego, że kazałeś zamordować moich rodziców, moich braci i moje siostry?"
Zbywa moje oskarżenie machnięciem dłoni – jakby ich masakra była niczym więcej niż nieistotnym szczegółem. Jakby ich śmierć była równie nieważka, co westchnienie wiatru.
Wzbiera we mnie brutalna wściekłość. Chcę go zabić. Tu i teraz. Chcę zobaczyć, jak wyraz jego twarzy zastyga w szoku, jak jego oczy gasną, a ostatnie tchnienie rozpływa się w ciszy.
Nie potrafię ukryć moich morderczych zamiarów. On to widzi.
I to go bawi. Na jego usta wypełza zadowolony uśmiech. Myśli, że wygrał.
Nie zdaje sobie sprawy… że nie jestem ofiarą.
Jestem ocalałą.
"Chcesz mnie zabić, Vespero?" Jego uśmiech poszerza się, a głos nabiera perwersyjnej satysfakcji. "Chcesz, żebym kłamał i powiedział, że tego żałuję?"
Wpatruję się w niego z nienawiścią w oczach. Bawi się mną, jak drapieżnik pewny swojego zwycięstwa. Ale on nic nie wie.
"Po co zadajesz mi pytania?" Mrużę oczy, ukrywając lodowaty dreszcz, który mnie przenika. "Przecież znasz już na nie odpowiedzi. Trujesz mnie, bo się mnie boisz."
Jego uśmiech się poszerza, wyraźnie rozbawiony.
"Boję się ciebie?"
Robi krok naprzód, a każde uderzenie jego stopy odbija się echem niczym dzwon śmierci.
Mój instynkt krzyczy, bym się wycofała. Ale zmuszam się do pozostania w bezruchu. Nie mogę mu okazać słabości. Ze względu na ten moment walczyłam z trucizną.
"Dlaczego miałbym bać się kobiety, którą kocham?" mruczy przyprawiająco o mdłości.
Wyciąga rękę, chwyta kosmyk moich włosów i powoli unosi go do ust, a jego ciemne spojrzenie ani na chwilę nie opuszcza mojego. Przeszywa mnie dreszcz odrazy, a żołądek skręca się z obrzydzenia.
Moja samokontrola niebezpiecznie się chwieje.
"Świat, jaki znałaś, przeminął, Vespero," kontynuuje, jakby to objawienie mogło mnie jeszcze bardziej złamać. "Dlaczego odmawiasz zaakceptowania mojego?"
Gładzi mój policzek palcami. Zastygam.
"Będziesz moim słońcem i moim księżycem. Będziesz dla mnie wszystkim."
Pozwalam ciszy ciążyć w powietrzu, duszącej i ciężkiej. Potem odpowiadam ostrzem swojego głosu.
"Chcę tylko zobaczyć cię martwego."
Odpycham go od siebie.
On się śmieje.
Tym aroganckim, zadowolonym z siebie śmiechem, przekonany, że jestem złamana, uległa i niezdolna do ucieczki.
Myli się.
Płynnym ruchem przywołuję do dłoni sztylet. Ostrze czarne jak otchłań, lśniące moim bólem i furią.
Śmiech Kaelara zamiera mu w gardle. W jego spojrzeniu pojawia się szok.
"Naprawdę tego pragniesz?" Jego głos twardnieje.
"Wiesz, że nie chcę cię zabić."
Robi nieznaczny krok w bok, niczym drapieżnik oceniający swoją ofiarę.
"Ale to nie powstrzyma mnie przed złamaniem cię, Vespero."
Zaciskam dłoń na rękojeści sztyletu tak mocno, że knykcie bieleją.
"Nie dbam o konsekwencje." Mój oddech jest krótki, urywany, ale determinacja pozostaje niezachwiana.
"Nigdy za ciebie nie wyjdę, Kaelar. Nienawidzę cię. I nic tego nie zmieni."
Rzucam się na niego.
Jest szybki – szybszy ode mnie. Jego żelazny uścisk zamyka się na moim nadgarstku w próbie rozbrojenia.
Ale tego właśnie się spodziewałam.
Robiąc gwałtowny obrót, uderzam go łokciem w twarz. Cofa się z warknięciem, a jego chwyt nieco słabnie.
Wyszarpuję ramię i uderzam w dół – głęboko rozcinając mu dłoń. Ryczy z bólu.
Wykorzystuję szansę. Uderzam ponownie, celując prosto w jego serce.
Ale on w ostatniej sekundzie robi unik, i zamiast przebić jego pierś, ostrze zagłębia się głęboko w jego bok.
Kaelar osuwa się na podłogę z zatamowanym oddechem i sztyletem wbitym w ciało. Stoję nad nim, a moje serce wali tak mocno, jakby miało roztrzaskać mi żebra.
"Z przyjemnością bym cię zabiła, Kaelar. Naprawdę."
Pochylam się lekko, a mój głos jest ledwie szeptem.
"Ale wiem, że nie mogę... jeszcze nie. A nie jestem też gotowa, żeby umrzeć."
Jego spojrzenie wypala we mnie dziurę, będąc mieszanką furii i niedowierzania.
"Mam nadzieję, że spodoba ci się twój nowy świat... beze mnie."
Prostuję się i odwracam. Za mną, jego wściekły krzyk rozdziera ciszę.
"ZATRZYMAĆ JĄ!"
Ale nikt się nie rusza.
Kaelar nie przejął jeszcze w pełni władzy. Rządzi zgliszczami – bez korony, bez poparcia.
Nikt tutaj nie pragnął jego zamachu stanu. Nikt nie chciał śmierci mojego ojca. Dlatego nikt go nie słucha. Nikt mnie nie zatrzymuje.
Popycham zamkowe wrota i biegnę bez oglądania się za siebie.
Rześkie powietrze pali moje gardło, gdy wypełnia płuca, ale nie dbam o to. Muszę uciec. Muszę przetrwać. Mija chwila, zanim orientuję się w terenie.
Las Cieni.
To moja jedyna szansa.
Pędzę przez okolicę, a odgłosy zamku cichną za mną.
Wtem – krzyki. Sztywnieję. Udało mu się zebrać kilku ludzi.
Ale ja się nie zatrzymuję.
Ból rozdziera moje ciało. Moje oddechy stają się krótkie i urywane. Trucizna wysysa ze mnie siły z każdym krokiem. Tylko siła woli pcha mnie naprzód. Zatapiam się w lesie, klucząc między drzewami, a bicie mojego serca dudni mi w uszach.
Nie upadnę tutaj.
Nie umrę dzisiaj.
Las jest zdradziecki – zimny, duszący.
Nawet w świetle dnia jego mrok pożera światło, przepuszczając między gęstymi liśćmi jedynie nieliczne, nieśmiałe promienie.
Żadnego śpiewu ptaków, żadnego szumu wiatru. Cisza przypomina grób.
Z każdym krokiem miękka ziemia grozi mi zdradą.
Zdradliwe korzenie wznoszą się, by spętać mi stopy. Nisko zwisające gałęzie chłoszczą moją skórę, wynurzając się z cieni w ostatniej chwili.
Mój oddech jest płytki. Wzrok się zamazuje, wyczerpanie i trucizna spowalniają moje kończyny. Ale wciąż prę naprzód.
A potem – po czasie, który wydaje się wiecznością – dostrzegam to.
Polana.
Wyrasta przede mną – wyspa światła w samym sercu ciemności.
W jej centrum lśni w powietrzu portal, lekko falując niczym opalizująca mgła wirująca między dwoma światami. Moje jedyne wyjście.
Przez niego opuszczę to przeklęte królestwo.
Zniknę.
Nie mogę wybrać, dokąd trafię, ale wszędzie indziej będzie lepiej niż tutaj. Jestem tego pewna.
Więc… dlaczego nie mogę się ruszyć?
Moje nogi sztywnieją. Serce łomocze boleśnie w piersi, uwięzione między strachem a czymś głębszym, czymś jeszcze cięższym.
To królestwo jest moim domem.
Tu się urodziłam. Tu dorastałam.
Tu się śmiałam. Tu się bawiłam. Tu kochałam.
Tu płakałam.
A teraz… muszę je opuścić.
Przebiega przeze mnie dreszcz. A po nim – ciepło, łagodne i kojące, niczym niewidzialny uścisk.
"Ponieważ musisz żyć, kochanie."
"Ponieważ musisz być szczęśliwa."
"Gdziekolwiek się udasz, zawsze będziemy z tobą."
Otaczają mnie głosy, niesione przez wiatr… a może przez sam las.
Moi rodzice. Moi bracia. Moje siostry. Ich szepty są wszędzie. Wszędzie i nigdzie zarazem. Jakby stanowili część tego miejsca – tych drzew, tej ziemi.
Drżący uśmiech rozciąga moje wargi. Mają rację. Gdziekolwiek się udam, oni będą ze mną.
Okrzyki za mną przybliżają się, roztrzaskując tę krótką chwilę spokoju.
"VESPERA!"
Ryk Kaelara przecina powietrze – surowy, pełen furii i zaborczości. Moje ciało reaguje szybciej niż umysł.
Pędzę w stronę portalu, aktywując zaklęcie za pomocą mojej magii. Powietrze trzeszczy, a wir budzi się do życia.
Ale nie mogę ryzykować. Moje dłonie drżą, gdy zmieniam strukturę zaklęcia, odcinając jego kotwicę. Nikt nie będzie w stanie podążyć za mną.
"VESPERA!"
Odwracam się, bez tchu.
Jest tutaj.
Stoi na skraju polany, jego krew plami bogato haftowane ubrania. Jego twarz to burza emocji – furia zderza się z troską, sprzeczności, których nawet nie próbuje ukryć.
Krzyżuję z nim spojrzenie i tym razem… to ja się uśmiecham. Triumfalnym uśmiechem. Uśmiechem, który przypieczętowuje jego porażkę.
"NIE!"
Jego ryk – wściekły, zdesperowany – to ostatnia rzecz, jaką słyszę, zanim rzucam się w wir.
I znikam.
















