Późne przyjęcie do elitarnej Akademii Blackbriar było już wystarczająco złe, ale zakwaterowanie w cieszącym się ponurą sławą Akademiku S – wyłącznie męskim leżu zabójczych zmiennokształtnych i czarnoksiężników – to wyrok śmierci. Przynajmniej tak im się wydaje. Podczas gdy niebezpieczni dziedzice akademii obserwują Elowen Vance z drapieżnymi uśmiechami, ona zajęta jest zamienianiem swojego pokoiku na poddaszu w osobistą magiczną baterię. Przez starożytne kanały wentylacyjne budynku wysysa przelewającą się, niedbałą magię potężnych bestii śpiących poniżej, zasilając nią własną, nieokiełznaną moc. Pomiędzy niebezpiecznie przystojnym, czytającym w myślach profesorem, który chce rozłożyć jej sekrety na czynniki pierwsze, aroganckim czarnoksiężnikiem przekonanym, że zdoła ją oswoić, a smoczym zmiennokształtnym dyrektorem o popielatych włosach, Elowen prowadzi śmiertelnie niebezpieczną grę. Chcieli użytecznego narzędzia, ale ona wkrótce pokaże im, co się dzieje, gdy wpuszcza się złodzieja za bramę.

Pierwszy Rozdział

Elowen Wielkie żelazne bramy Akademii Blackbriar wznoszą się dumnie przede mną, czarne i ostre, wykręcone w kształty przypominające bardziej drut kolczasty niż ozdobę. Wypiętrzają się tak wysoko, że nie widzę ich szczytów bez zadzierania głowy. Przez chwilę mam wrażenie, że pręty mogłyby się wygiąć i zacisnąć wokół mnie niczym zamykająca się pułapka. Egzekutor po mojej lewej zaciska dłoń na moim ramieniu, jakbym miała znowu spróbować ucieczki. Spoiler: Próbowałam. Dwa razy. Za pierwszym razem rzuciłam się biegiem przez jałowe zarośla, zanim powalił mnie w brud. Za drugim potknęłam się o jego cholerny but i zaryłam twarzą w ziemię. Duma wciąż boli mnie bardziej niż żebra. Egzekutor po mojej prawej… Cóż, zachowuje bezpieczny dystans. Wcale mu się nie dziwię. Wczoraj, kiedy mnie znaleźli, uderzyłam go w twarz zaklęciem, o którym nawet nie wiedziałam, że potrafię je rzucić. Jego brwi wciąż nie odrosły tak jak trzeba, co za każdym razem, gdy na niego patrzę, jest równie satysfakcjonujące, co odrobinę przerażające. Sposób, w jaki wciąż rzuca mi ukradkowe spojrzenia, jakbym znowu miała go podpalić, sprawia, że niemal chce mi się uśmiechnąć… Niemal. Bramy rozchylają się bezszelestnie, jakby całe to miejsce tylko na mnie czekało. Idealnie zielone trawniki rozciągają się w równych kwadratach, zbyt nieskazitelne, by mogły być naturalne. Marmurowe ścieżki lśnią w porannym słońcu, ani grama kurzu czy pękniętego kamienia w zasięgu wzroku. W oddali wznoszą się kamienne wieże, a ich okna chwytają światło, rzucając na ziemię złote odłamki. Magia buczy w powietrzu, napierając na moją skórę niczym ładunki elektrostatyczne przed burzą. A potem są uczniowie. Dziesiątki, może setki, wylewają się na dziedziniec. Poruszają się w ciasnych, małych grupkach, w idealnie wyprasowanych mundurkach: ciemnych marynarkach ze srebrnym haftem, z krawatami perfekcyjnie zawiązanymi pod szyją i butami wypolerowanymi tak, że łapią światło niczym lustra. Żadne z nich nie wygląda, jakby kiedykolwiek brnęło przez jałowe ziemie z brudem pod paznokciami i dymem w płucach. Wszyscy nieruchomieją na mój widok. To jak obserwowanie fali rozchodzącej się po tafli stawu: odwraca się jedna głowa, potem kolejna i jeszcze jedna. Magia zamiera w powietrzu, a rozmowy milkną. Każde oko na tym nieskazitelnym dziedzińcu utkwione jest we mnie. Gapią się, jakbym była jakimś dzikim zwierzęciem, które przybłąkało się z lasu. I nie do końca się mylą. Szarpię ramię, ale uścisk egzekutora tylko się zacieśnia. Jego dłoń jest niczym kajdany wbijające się w ciało mojego bicepsa. Prostuję ramiona i stawiam czoła ich spojrzeniom. Jeśli chcą wściekłego zwierzęcia, proszę bardzo. Dam im je. Dopiero teraz dociera do mnie, jak wielu tu magicznych. Zmiennokształtni z przebłyskami futra pod skórą. Fae o oczach ze srebrzystą obwódką. Wiedźmy ciągnące za sobą iskry z opuszków palców. Śmiech syreny wplątuje się w podmuchy wiatru. Nigdy wcześniej nie widziałam ich tylu w jednym miejscu. Nawet o tym nie śniłam. Na Pustkowiach, z których pochodzę, nie ma takich ludzi, są tylko złamani magiczni i resztki wolności. Teraz ta wolność przepadła, kurcząc się za mną z każdym krokiem w głąb tego idealnego, małego więzienia. Egzekutorzy nie zwalniają. Przecinamy dziedziniec i wchodzimy po szerokich, marmurowych schodach, lśniących jak kość. Drzwi przed nami są masywne, wyrzeźbione w pieczęcie, które pulsują słabo, gdy się do nich zbliżam. Otwierają się same, a ja zostaję wepchnięta do holu, który sprawia, że w piersi mi się zaciska. W środku Blackbriar jest gorzej niż na zewnątrz. Powietrze jest ciężkie od kadzideł i magii. Nad głowami unoszą się żyrandole, a z kryształowych odłamków spływa po ścianach blask gwiazd. Wiszą tu sztandary w głębokich odcieniach czerwieni i srebra, z wyhaftowanym herbem Blackbriar: feniksem utkanym z ognia i łańcuchów. Podłogi lśnią tak perfekcyjnie, że widzę w nich własne, ponure odbicie. Mijamy uczniów tłoczących się wzdłuż korytarza, szepczących zza dłoni. Ich oczy podążają za mną, a wyrazy twarzy wahają się od ciekawości po obrzydzenie. Wyłapuję słowa takie jak dzika, nienaznaczona i nielegalna. Zaciskam szczękę tak mocno, że aż bolą mnie zęby. "Ruszaj się" – mruczy egzekutor, kierując mnie w stronę szerokich schodów. Stopnie wydają się nie mieć końca, a my wspinamy się coraz wyżej i wyżej. Ściany obwieszone są portretami ponurych magicznych, którzy gapią się na mnie z góry, jakbym już była czemuś winna. Na szczycie wznoszą się ciężkie drzwi, ich mosiężne klamki mają kształt wijących się węży. Egzekutor puka raz, a drzwi otwierają się ze zgrzytem. Znów zostaję wepchnięta do środka. Gabinet to wyłącznie ciemne drewno i dym. Wzdłuż ścian ciągną się wysokie regały zastawione książkami tak starymi, że ich grzbiety wyglądają, jakby miały lada chwila się rozpaść. W kamiennym palenisku huczy ogień, a gorąc pełznie po mojej skórze. Za ogromnym biurkiem siedzi mężczyzna, który wygląda, jakby wyciosano go z kamienia, a dla pewności jeszcze podpalono. Włosy ma w kolorze popiołu, a oczy niczym stopiony żar, który płonie tym goręcej, im dłużej na mnie patrzy. Alistair Ashborn. Dyrektor Akademii Blackbriar. "Siadaj" – mówi, a jego głos jest pomrukiem, który zdaje się wprawiać deski podłogi w drżenie. Stoję dalej. Buty mocno wbite w ziemię, ramiona skrzyżowane. Mruży oczy, ale nie zamierzam udawać potulnej, małej przybłędy tylko dlatego, że smoczy zmiennokształtny w wymyślnym fotelu tak mi każe. Ashborn rzuca niedbałym gestem dłoni w stronę egzekutorów. "Zostawcie nas". Ten bez brwi wygląda, jakby miał zamiar zaprotestować, ale drugi wypycha go za drzwi, zanim tamten zdąży otworzyć usta. Zapadka klika i nagle w pomieszczeniu robi się zbyt cicho. Tylko ja i smok. "Jak się nazywasz?" – pyta. Unoszę podbródek, ale nie odpowiadam. "I jakim rodzajem magicznej jesteś?" Jego słowa są urywane i precyzyjne. Odwzajemniam spojrzenie, nie mrugając. Cisza przeciąga się, aż w końcu pęka. Cmokta z cicha, kręcąc głową, jakbym była niegrzecznym dzieckiem. Następnie, celowym ruchem jednego palca, wciska mosiężny przycisk wmontowany w róg biurka. "Proszę przysłać profesora Thorne'a" – mówi do interkomu. Czuję, jak skacze mi puls. Ashborn znów opiera się w fotelu, a te żarzące się oczy przybijają mnie do miejsca. "Nieważne, wyciągniemy z ciebie te odpowiedzi tak czy inaczej". Kilka sekund później drzwi się otwierają i do środka wchodzą kłopoty. Profesor Thorne jest tak wysoki, że instynktownie chce się zadrzeć głowę i nie przestawać na niego patrzeć. Jego sylwetka jest smukła, ale silna, a ramiona wypełniają ciemną, dopasowaną marynarkę, którą ma na sobie. Skórę ma w odcieniu ciepłego brązu, szczękę ostrą na tyle, by ciąć szkło, a jego ciemne włosy opadają tuż ponad kołnierzyk koszuli. Jego oczy mają zaskakujący odcień burzowej szarości, są bystre i przenikliwe, jakby już przejrzał mnie na wylot. Jego usta… Pełne wargi, wygięte tak, jakby jeden uśmieszek dzielił go od mojej zguby. Przełykam ślinę, zaschło mi w gardle. Ashborn wskazuje na niego leniwie, a kiedy mówi, z nozdrzy bucha mu dym. "Profesor Thorne, chociaż jest mistrzem eliksirów i trucizn, posiada również rzadki dar. Potrafi czytać w myślach". Żołądek podchodzi mi do gardła. Mój umysł właśnie odtwarza jakieś sześć różnych, sprośnych scenariuszy z burzowoszarymi oczami w roli głównej oraz tym, co te usta mogłyby zrobić... Szlag.

Odkryj więcej niesamowitych treści