Z perspektywy Vespery
Kiedy otwieram oczy, spodziewam się usłyszeć przekleństwa strażników, ponieważ wciąż leżę. Ale nie, znajduję się w skromnym, spartańskim pokoju. I jestem związana! Drzwi otwierają się i wchodzi wysoki, smukły mężczyzna. Ma krótkie, kasztanowe włosy oraz wychudzoną twarz, uwydatnioną przez ciemnozielone, przenikliwe oczy. Na jego cienkich wargach wykwita pełen satysfakcji, złośliwy uśmiech, kiedy dostrzega, że się obudziłam.
"Cóż, nie spodziewałem się, że będziesz już obudzona, moja ślicznotko," mówi z nutą zadowolenia w głosie.
"Kim jesteś? I gdzie ja jestem?"
"Jestem Ryker, Król Alfa Banitów. A ty, moja ślicznotko, pomożesz mi obalić króla likanów."
"A niby dlaczego miałabym to zrobić?"
Banita podchodzi do mnie, by usiąść na łóżku. Kładzie dłoń pod moim podbródkiem, by zmusić mnie do uniesienia głowy. Jego wzrok powoli i bez pośpiechu mnie taksuje.
"Wiem, co ci zrobił Król Likanów. Jesteś jego erasthai, ale odrzucił cię dla likanki. W zamian zaproponował ci, byś została jego kochanką," mówi pewnym siebie tonem.
"To prawda. Ale to wciąż niewystarczający powód, bym zgodziła się ci pomóc. Poza tym, dlaczego miałbyś chcieć u swego boku człowieka?"
"Och, błagam cię. Król może tego nie zauważył, ale ja nie jestem aż tak głupi. Bogini nigdy się nie myli. Wyczuwam, że twój zapach jest inny. Nie jesteś człowiekiem, prawda?"
"A co, jeśli jestem?" rzucam wyzywająco.
"Ty i ja jesteśmy do siebie podobni. Nikt tutaj nie będzie chciał kogoś takiego jak ty. Nikt, oprócz mnie," twierdzi z przekonaniem.
Kręcę głową z sarkastycznym uśmiechem. Może gadać co chce, mnie nie oszuka. Chociaż nie jestem tu zbyt długo, wiem, jak działają zbuntowani banici. Ich metody to przemoc, zastraszanie, dominacja i tortury.
"Będziesz musiał postarać się bardziej, jeśli chcesz, żebym w to uwierzyła. Król likanów jest idiotą, przyznaję to. Ale z pewnością nie pomogę takim szumowinom jak ty w przejęciu władzy," mówię twardo.
Spojrzenie Rykera ciemnieje, jego dłoń zsuwa się z mojego podbródka na szyję i zaczyna mnie dusić. Muszę walczyć z instynktem przetrwania, aby nie okazać strachu i nie zacząć się szarpać. Właśnie na to czeka. Ale moje opanowanie wywołuje na jego twarzy uśmiech i w końcu puszcza.
"Dokonałaś wyboru, moja ślicznotko. Mogłaś zaoszczędzić sobie mnóstwa kłopotów i bólu, godząc się pójść za mną dobrowolnie. Teraz z wielką przyjemnością cię złamię. I bez oporu dasz mi wszystko, czego zechcę," podsumowuje złośliwie.
Nie odpowiadam i tylko patrzę, jak wychodzi z pokoju. Czekam, aż jego kroki oddalą się wystarczająco, zanim uwalniam się zaklęciem wiatru, które przecina więzy. Czy to Król Likanów, czy Król Banitów, obaj myślą, że jestem wystarczająco krucha, by mną manipulować. Zaczyna mnie to już irytować.
Ze względu na jego zachowanie względem mnie nie pałam sympatią do Dravena, to prawda. Niemniej jednak, lepiej, żeby to on stał na czele rządu, niż ten bezwzględny wyrzutek. Rozmasowuję nadgarstki. Skoro już tu jestem, równie dobrze mogę z tego wyciągnąć jak najwięcej korzyści.
Postanawiam stać się niewidzialna za pomocą zaklęcia i ostrożnie opuszczam pokój, zamykając za sobą drzwi z ogromną delikatnością. Zajmuje mi to sporo czasu, błądzę i po cichu przeklinam w labiryncie przedziwnej posiadłości króla banitów, zanim w końcu udaje mi się znaleźć jego gabinet.
Przyciskam ucho do drzwi, aby upewnić się, że pomieszczenie jest puste, zanim wchodzę do środka. Podchodzę do biurka i z trudem powstrzymuję śmiech, widząc plany i projekty rozrzucone na całej powierzchni mebla. Ten wilk jest zupełnie taki sam jak Draven. Niczego nie poddają w wątpliwość, a zwłaszcza samych siebie.
Chciałabym zostać tu na tyle długo, by zobaczyć jego minę, kiedy zda sobie sprawę, że biurko zostało całkowicie oczyszczone z dokumentów. Zbieram je spokojnie, po czym teleportuję się z powrotem do domu.
Wzdycham z ulgą, odnajdując na nowo przytulne bezpieczeństwo mojego małego mieszkania. Biorąc pod uwagę uwięzienie przez Dravena i porwanie przez Rykera, czuję się, jakby minęła cała wieczność. Biorę długi prysznic, a potem się przebieram. Następnie teleportuję się do gabinetu Króla Likanów, gdzie, co jestem niemal pewna, powinnam go znaleźć. Tyle że nie spodziewam się zastać go gruchającego ze swoją likanką. Przewracam oczami; robi mi się od nich niedobrze.
"Teraz lepiej rozumiem, dlaczego królestwo tak bardzo męczy się, by pozbyć się problemu z banitami," mówię kpiącym tonem.
Moje pojawienie się zaskakuje parę. A wzrok Dravena szybko, niebezpiecznie ciemnieje. Ale mnie to nie martwi. Nadszedł czas, bym uświadomiła mu, jak wielki błąd popełnił, upokarzając mnie w taki sposób.
"Po ucieczce masz czelność pokazywać mi się znów na oczy?! Nie masz wstydu, kobieto?!" warczy król.
"Jesteś jeszcze głupszy, niż myślałam," odparowuję ze śmiechem.
"Jak śmiesz się tak do mnie odzywać?! To, że jesteś moją erasthai, nie oznacza, że nie mogę cię ukarać za twoje zachowanie!"
Likan podchodzi do mnie, ale ja materializuję włócznię i celuję nią prosto w jego szyję. Tak blisko, że ostra końcówka lekko napiera na skórę, ale jej nie przebija. Oczy króla rozszerzają się ze zdumienia. Jego spojrzenie wędruje po wspaniałej, złotej i misternie wykonanej broni, którą trzymam w dłoniach, dopóki nie napotyka mojego zimnego wzroku.
"Och, zapomniałam ci powiedzieć, że nie jestem człowiekiem? Wybacz, to musiało mi wylecieć z głowy. A dla twojej wiadomości, potężny Królu Likanów, wcale nie uciekłam, zostałam porwana przez Króla Banitów, w TWOICH lochach, na TWOIM terytorium. Masz jednak szczęście, gdyż uważam, że lepiej mieć u władzy idiotę niż szumowiny. Zanim opuściłam posiadłość tego banity, pozwoliłam sobie wykraść jego plany i projekty."
Rzucam teczkę pod stopy zdumionego likana. Z trudem ukrywam gniew, jaki wzbudza we mnie jego zachowanie.
"Zrobisz z tym, co zechcesz. Reszta mnie nie obchodzi. A jeśli chodzi o mnie... Ja, Vespera Sylvane, odrzucam cię, Dravenie Vossenie, jako partnera i króla."
Patrzę, jak król osuwa się na ziemię, wyraźnie cierpiąc z powodu niewyobrażalnego bólu. Jego palce wbijają się w klatkę piersiową, drapiąc ją bezlitośnie. Łapiąc powietrze z trudem, ponownie zabiera głos.
"Odrzucam... twoje odrzucenie," syczy. "Likanie nie dostają drugiej szansy."
"Nie rozśmieszaj mnie. Sam stworzyłeś sobie drugą szansę. Weź teraz odpowiedzialność za swoje wybory," odpowiadam chłodno.
"Nie," upiera się.
"Słucham?" wykrzykuje Vivienne.
Wydaje się wstrząśnięta zachowaniem Dravena.
"Jak sobie chcesz. Upokarzając mnie, zabiłeś wszelkie uczucia, jakimi mogłabym cię darzyć. Ścigaj mnie, a nie okażę litości. Zatrzymaj swoją likankę i uczyń ją swoją królową."
"Ty mała..."
Ale likanka, która wciąż stoi blisko biurka Dravena, zamyka się gwałtownie, gdy z mebla wyrastają drewniane kolce i zaczynają jej zagrażać.
"Wiedźma..."
"Nie. Ale mogę być kimś znacznie gorszym, jeśli dalej będziecie mnie prowokować," mówię groźnie.
"Vespero..." szepcze Draven.
"Ach, teraz zwracasz się do mnie po imieniu?" pytam z ironią.
Macham wolną ręką z irytacją. Straciłam tu wystarczająco dużo czasu.
"Za dużo już gadałam. Pamiętajcie, że wszystkie dokumenty, które wam przekazałam, są autentyczne, ale reszta zależy już tylko od was. A co do mnie, zamierzam opuścić królestwo likanów."
Z tymi ostatnimi słowami teleportuję się z powrotem do mojego mieszkania. To naprawdę wielka szkoda, że muszę je opuścić. Ale nie mam innego wyboru.
















